wtorek, 18 maja 2010

Nauczony doświadczeniem...

Nauczony dniem wczorajszym, zamiast pieszo jako środek transportu wybrałem pociąg i rower. Nauczony dniem dzisiejszym zaś pojechałbym autobusem, ponieważ tuż po wyjściu z pociągu zaczęło strasznie padać, a do tego jeszcze pomyliłem drogi i jechałem bardzo naokoło.


Aż mi mokro jak widzę to zdjęcie


Dzisiaj ponownie było odtynkowywanie z tą różnicą, że dach przeciekał i cały czas woda na mnie kapała, a ponadto od wiertarki udarowej z funkcją młota kurz leciał i łączył się z wodą, co dawało nieprzyjemną papkę błotną włażącą wszędzie gdzie się dało. Ale najważniejsze, że praca jest, więc trzeba wykonać ją nawet w takich warunkach. Z jednej strony na szczęście, a z drugiej niestety, wszystko dzisiaj zrobiłem sprawnie i już wiem, że jutro ponownie jestem bezrobotny. 

Po pracy na rowerze w deszczu już najszybszą drogą dostałem się do CBD i zjadłem z Malinką przepyszny obiadek w postaci frytek z Woolworthsa. Zdążyłem się jeszcze przebrać i ruszyłem do szkoły, gdzie było mało twórczości ze strony nauczyciela, ponownie to samo co wczoraj. W domu jedyne na co miałem siłę to prysznic i spanie. W nocy zadzwoniła do mnie zdesperowana Malinka, że już ma wszystkiego dosyć, a w szczególności ulewy i deszczu jaki mi dzisiaj również bardzo dokuczył.

poniedziałek, 17 maja 2010

Odtynkowywacz

Piątkowe załatwianie pracy na poniedziałek przez już znany kontakt w rozbiórce przyniosło pozytywny rezultat, tak że dzisiejszy dzień był zmarnowany. Moje dzisiejsze miejsce pracy było prawie że w CBD. Prawie robi wielką różnicę, o czym się przekonałem dopiero po dotarciu na miejsce – piechotą z Central Station. Podczas jazdy pociągiem około godziny 5:55 rano dostałem SMS-a z agencji czy jestem dzisiaj dostępny do pracy? Cóż mogłem zrobić. Odpisałem od razu, że niestety dziś nie mogę. W odpowiedzi 6 godzin później dostałem wiadomość, że następnym razem mam dawać wcześniej znać jeśli na jakiś dzień jestem niedostępny. Ach te prace dla agencji… 

Ładne wejście do kanalizacji

Widok z pobliskiej ulicy na CBD

Pomimo długiego iścia na miejsce znalazłem się tam 30 minut przed czasem. O godzinie o której miałem zacząć pracę nikogo jeszcze nie było na miejscu. 15 minut później też… 30 minut to samo. Już powoli zaczynałem się niepokoić co to ma znaczyć! Dopiero po godzinie i 15 miuntach od mojego przyjazdu, czyli 45 minut po czasie przyjechał gościu. Otworzył drzwi do domku, w którym zaczęło się wyburzanie, a raczej odtynkowywanie, czyli zdrapywanie tynku z powierzchni wszystkich ścian za pomocą wiertarki udarowej.

Odpadający tynk, ja mu musiałem pomóc w odpadnięciu :)

Kolejna ściana do odtynkowania

1 piętro tego mieszkania

Jeden dzień na taką akcję to zdecydowanie za mało, dlatego miałem zostać godzinę dłużej. Jednak w ostatniej chwili supervizorowi się odwidziało i było normalnie, czyli 8 godzin, ale za to mam przyjść jutro i nie tak jak zazwyczaj tylko o pół godziny później. Za to lunch miałem z pięknym widokiem na całe CBD! Aż przyjemnie sobie popatrzeć :) 

Pierwsza część pięknego widoku...

Druga część...

Efekt już po lunchu. Na jutro pozostała reszta i cały dół...

Widok z drugiej strony i w oddali miasto...

Po pracy podjechałem autobusem do CBD, gdzie czekała na mnie Malinka w kawiarni przy internecie. Ja już się śpieszyłem do szkoły w której jak zwykle za dużo się nie działo, jedynie jakieś zadanie zaliczeniowe…

niedziela, 16 maja 2010

Zwiedzania Sydney ciąg dalszy

Bez budzika, bez pomocy ze strony osoby trzeciej wstałem rano i dzień rozpoczął się od przypomnienia o wczorajszym wieczornym nastawieniu prania. Aby mokra zawartość pralki nie skisła w środku, szybko porozwieszałem ciuchy na jeszcze trochę zroszonym wieszaku w kształcie dużej parasolki. Po tej ciężkiej operacji czekało mnie coś jeszcze gorszego, a mianowicie układanie ulotek. Na moje szczęście nie było ich za dużo, mimo to nie skończyłem przed pobudką Malinki. Razem zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy na kolejną część wielkiego zwiedzania Sydney.

Główne wejście do muzeum


Pałąki przed muzeum

Przyprawy z całego świata

Wywiady na dotykowych ekranach były najbardziej pasjonującą częścią wystawy. 

Na sam początek postanowiliśmy wybrać się do Museum of Sydney, gdzie oprócz stałej wystawy dotyczącej powstania miasta, budowy najważniejszych budowli takich jak opera czy most były bardzo ciekawe interaktywne wywiady na dotykowych ekranach. 

Kolejne muzeum do jakiego poszliśmy dotyczyło opali, czyli kamieni szlachetnych i półszlachetnych wykopywanych w różnych stanach Australii. Tam też znajdował się sklepik, który był większy od samego muzeum! Tak prawdę mówiąc miło że tam zajrzeliśmy, ale polecić tego muzeum nie mógłbym komukolwiek.

Chodzenie po mieście i podziwianie jego architektury. 

Nieodparta pokusa... czekoladki :D

Kolejna pokusa na dzień dzisiejszy... lody!

Wjazd na stację monorail.

Ze środka było widać jak śmiesznie ta kolejka parkuje.

Trochę zmęczeni informacjami z przeszłości Sydney, doprawieni mało zrozumiałymi wzmiankami o opalach poszliśmy na przepyszne lody, a następnie na przejażdżkę tutejszą linią jednotorowej kolejki magnetycznej jeżdżącej w kółko tylko w jednym kierunku. Kolejka ta tak samo jak i tramwaj należy do prywatnych firm i bilety na te środki komunikacji są stosunkowo drogie. Zrobiliśmy jedno kółko, w tym czasie nadszedł zmrok, a w naszych brzuszkach pusto. Specjalność dnia dzisiejszego to kanapka z SubWay-a - pyszne, tanie i zawsze pod ręką. Pod wieczór wszystkie lepsze atrakcje zostały już zamknięte, więc wyruszyliśmy do ukochanej Paradiso Cafe aby nadrobić zaległości internetowe. 

sobota, 15 maja 2010

Hot-dog boy!

Misja odsypianie tygodnia powiodła się! O godzinie 14 trzeba było wyjść do kolejnej pracy, tym razem na zupełnie innej imprezie. Po drodze poszliśmy jeszcze na lody do centrum handlowego w którym natrafiliśmy na taniec promocyjny nowego produktu kosmetycznego. 

Krok w jedną stronę i w drugą...

Trochę w bok i publika się zbiera...

Głównym hasłem na stadionie Acer Arena na której pracowałem było "You ride it – you jump it!" czyli skoki na motorach, rowerach, hulajnogach. Krótko: na wszystkim na czym da się jeździć po prostu skakali. Przed rozpoczęciem zmiany pracownice agencji sprawdziły czy mamy wszystkie "potrzebne" rzeczy zaczynając od przyczepki z imieniem poprzez kartkę i długopis, otwieracz do butelek a kończąc na czarnych skarpetkach. Moja praca polegała na wkładaniu parówki do bułki, a później to do papierowej torebki. W sumie zrobiłem chyba około 1000 hod-dogów. Oprócz tego pomagałem przyrządzać hurtowe ilości frytek, a na koniec wszystko czyścić. Podczas przerwy ciekawość mnie zjadała aby zobaczyć jak wyglądają te wszystkie ciekawe akrobacje.

Te rozmazane linie lekko po lewej stronie to lecący motocyklista...

Temu akurat coś nie wyszło i się wywrócił.

Podczas chwili gdy oglądałem pokaz, jakaś stara szatniara zaczęła mnie zrównywać z ziemią co ja robię, dlaczego oglądam pokaz, że to jest niedozwolone. Wszystkie osoby które pracują podczas przerwy mają siedzieć w pomieszczeniu przeznaczonym dla pracowników. Pokój w jakichś podziemiach, bez okien, ściany betonowe, zero przyjemności. Zapytała się dla kogo pracuję i spisała moje imię i nazwisko. Nie miałem wyjścia i podałem, ale strasznie się po tym wydarzeniu zdenerwowałem. Jak jedna osoba potrafi zepsuć motywację i przyjemność pracy, nawet takiej głupiej jaką wykonywałem. Do tego powiedziała, że zgłosi to do agencji. Przeprosiny i skrucha nie przynosiły jakichkolwiek pozytywnych rezultatów. Nawet chciała mnie po prostu wyrzucić!

Stanowisko sprzedawania "przysmaków", które przygotowywałem. 

Ceny jak na to co sprzedawałem były dużo za duże! A jakość produktów szkoda gadać! W tle kuchnia gdzie pracowałem


Po pracy sprawnie z Malinką wróciliśmy do domu i poszliśmy spać, ja niestety byłem cały czas zdenerwowany na tą szatniarę, bo jeśli powie cokolwiek agencji to już będzie ciężko u nich z pracą. Najgorsze jest to, że nikt nie wspominał, że nie można oglądać podczas przerwy nawet minuty tego ciekawego wydarzenia! Zresztą inni bez problemu wchodzili na widownię, ja po prostu miałem pecha, że trafiłem na tą babę :(

piątek, 14 maja 2010

Moje ręce pachną piwem. Nareszcie!

Kolejny dzień pracy w Chatswood. Z samego rana przeczytałem, że jeszcze mają długo to robić, więc prawdopodobnie na pewien czas mam pracę zapewnioną. Dzisiaj pomagałem Libańczykom w ustawianiu płyt chodnikowych, a raczej w ich podawaniu, aż kazali mi zrobić sobie przerwę, bo za dużo poprzynosiłem, a im się dziś nie chciało pracować już za jutro. 

Plan budowy i oddania chodnika do użytku publicznego. 

Następnym zadaniem było dalsze usuwanie starego chodnika i chyba znowu za dobrze mi poszło, ponieważ zostałem zwolniony o godzinę wcześniej do domu. Następnym razem muszę pamiętać, aby śpieszyć się powoli... Dzięki tej godzinie miałem więcej czasu na przygotowanie się do następnej pracy. 
Tym razem na stadionie jako barman. Nareszcie nalewałem piwo i pracowałem jako barman, a do tego Malinka pracowała po drugiej stronie stadionu dokładnie w tym samym czasie! Ale miło się złożyło. Głównym moim zadaniem było nalewanie piwa do plastikowych szklanek i podawanie go klientom, czasami też otwarcie puszki z innym alkoholem i przelanie do plastiku. Moje ręce po pracy pachniały piwem, aż przyjemnie...

Ja już po pracy i oglądam ostatnie minuty meczu! 

Emocje sięgają punktu ostatecznego, czy Sydney wygra z Perth

Napięcie na widowni 

Ciekawe pomysły na gadżety dopingujące ulubioną drużynę

I można było wejść na stadion!

Pamiątkowa fotka

I już powoli robi się pusto na stadionie

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w pizzerii w której pracowałem dwa dni jako rozwoziciel pizzy, a gdzie akurat pracował Yoyo. Dojechaliśmy do domu i położyliśmy się szybko spać. To był pracowity tydzień.

czwartek, 13 maja 2010

Asfalt w torebce

Kolejny dzień pracujący! Ponownie w Chatswood i ponowne przy robieniu chodnika. Na samym początku łataliśmy dziury ciekawym wynalazkiem jakim jest asfalt w torebce. Wystarczyło go wyjąć, włożyć w dziurę, ubić i gotowe. Później już było tylko więcej przerw niż pracy.

Kolega podczas załatywania dziury asfaltem w torebce. To żółte to ta torebka.

Dziura przed załataniem

Inna dziura po załataniu. 

Tu wczoraj został wylany beton

Plan na dziś i jutro: ułożenie na tym odcinku płyt chodnikowych

Libańczycy już się wzięli do pracy

Gołębie znalazły sobie przyjemność chodzenia po świeżo wylanym betonie. Tym samym zostawiły pamiątkę

Rozbieranie kostki, aby później położyć nowe płyty. 

Trzeba się zastanowić gdzie to położyć?

Po skończonych zadaniach zarobkowych krótka wizyta w domu, podjedzenie czegoś drobnego i do szkoły. Przed nią udało się jeszcze podejść do agencji Pinnacle. Niespodziewanie dostałem tam od razu trzy zlecenia na jutro, sobotę oraz 26 maja!

środa, 12 maja 2010

Dwie prace i szkoła

Początek pracy o 5 rano. O 5:15 już przyjechała betoniarka i zaczęliśmy wylewać beton pod chodniki. Później trzeba było trochę uprzątnąć to co się pochlapało, m.in. na szybach okolicznych sklepów i do tego oczyścić chodnik. Tak zleciał prawie cały dzień. Dzięki wcześniejszemu rozpoczęciu pracy wcześniejszy koniec, ale na dziś to nie koniec mojej pracy. Po wylewce szybki powrót do domu, prysznic i wyjście do Uniwersytetu Sydney. Tam miałem drugą pracę jako kelner. Uroczystością było zakończenie roku akademickiego dla 1 roku studentów.

Budynek w którym za chwilę będę pracować.

W środku można było się poczuć jak w szkole Harry Pottera. Zresztą na zewnątrz też

Stoliki przygotowane, szklanki już czekają na napełnianie, goście zaczną przychodzić za 20 minut...

Czas można było wykorzystać na chwilę przerwy

Zniecierpliwiony czekam na pierwszych gości 

Praca była stosunkowo prosta, a mianowicie uzupełnianie kieliszków, później zbieranie pustych i zanoszenie do odpowiednich skrzynek. Pod sam koniec, kiedy miałem pełną tacę kieliszków i już prawie wszystko było pozbierane, kolega który wkładał kieliszki kończąc zrobił krok w tył, prosto na mnie z pełną tacą! Ciach, brzdęk i kieliszki pokruszyły się w tysiące części, czerwone wino znalazło się na moim rękawie. Supervisor przybył w mgnieniu oka. Szybko udało nam się uporać z bałaganem jaki powstał i wszystko wróciło do normy. No może poza moją białą koszulą. Czy plamy z czerwonego wina łatwo schodzą? Dalsze porządki poszły sprawienie i udało się skończyć 20 minut wcześniej.
Po tych dwóch pracach poszedłem do szkoły zobaczyć co słychać. Okazało się, że na dziś jest termin ostateczny oddania pracy zaliczeniowej! Tak więc wykończony do godziny 1 w nocy siedziałem i robiłem zadanie, po czym padnięty... padłem. 

wtorek, 11 maja 2010

Nieposłuszna wiertarka

I ponowie praca z samego rana, tym razem w Chatswood! Muszę przyznać, że już za tym miejscem tęskniłem, a przede wszystkim za nietraceniem czasu na dojazd. Jednak dzisiaj było zupełnie inaczej, a mianowicie przerwy były przepisowe! Dzień w pracy mijał na wywiercaniu dziur na specjalne pręty przytrzymujące siatkę zbrojeniową do wylania betonu. Cały czas miałem problemy z wiertarką udarową, ponieważ co chwilę bez powodu się wyłączała.

Nieposłuszny sprzęt.

Wiertarka i dziury w betonie, które już wykręciła. To dopiero jakieś 20%...

Pomocnik wiertarki, który też miał problemy z działaniem

Metalowy pręt w wywierconej dziurze

Alejka gdzie trzeba było powywiercać

I już wyłożona siatka zbrojeniowa.

Pod koniec dnia zorientowałem się dlaczego ta wiertarka przerywa. Przyczyna prosta. Na początku kabla, przy wtyczce coś nie kontaktuje i trzeba po prostu trochę inaczej ten kabel położyć i będzie działać! Po pracy dostałem instrukcję, że jutro mam przyjść na 5 rano! Bomba!
Po pracy wróciłem do domu, zrobiłem jeszcze tylko kilkugodzinny spacer z ulotkami, prysznic, kolacja i do łóżka. Do szkoły nie poszedłem, ponieważ wczoraj dowiedziałem się od nauczyciela, że będziemy robić tylko zadanie zaliczeniowe.