poniedziałek, 30 listopada 2009

Imieninowy deszcz

Po pierwsze dziękuje wszystkim za życzenia imieninowe. Bardzo miło, że pamiętaliście. Dziękuję!

Po weekendzie pełnym wrażeń przyszedł dzień spokojniejszy, gdzie w sumie nic nie miałem zaplanowane. Strasznie miłe to było i tak jak bywa z miłymi dniami, szybko minął. Rano, no dobrze, przed południem wstaliśmy, a raczej ja. Drugi budzik zaczął dzwonić, ale go wyłączyłem ponieważ Malinka jeszcze spała a podczas weekendu na mnie czekała aż przyjadę z zakamarków Sydney. Chciałem aby mogła się wyspać. Ja w tym czasie zdążyłem dodać co nieco do mojego dziennika. Tuż przed południem oboje już byliśmy na nogach i zaczęliśmy planować dzisiejszy dzień.
Po pierwsze śniadanie. A raczej śniaadaaanieeeee. Chyba przez pogodę jakoś wszystko powoli szło, źle się myślało. Jak się w końcu zebraliśmy po śniadaniu, krótkiej lekcji angielskiego, zrobiła się godzina, że Malinka już musiała wychodzić do pracy. Ja postanowiłem nie tracić czasu i po dobrym weekendzie dobrze rozpocząć tydzień od wypłaty za ulotki. Ledwo co zdążyłem na prom. Zapomniałem zabrać ze sobą książki do czytania. Znalazłem za to dzisiejszą gazetę, którą z chęcią sobie przywłaszczyłem i część przeczytałem :)
W sumie mało mi się opłacało jechać po tą wypłatę, ale już chciałem mieć to z głowy, a zawsze parę dolarów więcej w kieszeni nie zaszkodzi.
W domu próbowałem zrobić coś  pożytecznego, jednakże straszny brak koncentracji mi dokuczał, więc pojechałem na rowerze zobaczyć jak Malince idzie praca. Jak zwykle dostaliśmy przepyszną pizze! :)
W momencie kiedy powrotu przyszedł czas, rozpadało się na dobre. Jak bym pojechał na rowerze, w ciągu 15 sekund bym był cały mokry! Na szczęście podwózkę pod dom zaoferował nam Joe pizza maker! Zostawiłem rower na parkingu, na pewno uda się w najbliższym czasie po niego pojechać.
W domciu jak na Malinkę i jej wspaniałą rodzinkę przystało, zrobiła niespodziankę i mieliśmy przepyszną kolację z winem! Zjedliśmy przesoczysty i słodziutki imieninowy melon! Mniam! :)

niedziela, 29 listopada 2009

Praca i satysfakcja

W ciągu 5 godzin ciężko się wyspać, a moje nogi odczuły ponad 10 godzin pracy + długie spacery do przystanków i do domu, jednakże nareszcie wstałem mając dobry powód, a mianowicie ponownie do pracy! W stronę Castel d’Oro podróż zabrała mi  półtorej godziny, tak jak wczoraj. Spodziewałem się, że może to dłużej zająć z powodu niedzielnego rozkładu jazdy, więc w końcu na miejsce dotarłem godzinę przed umówionym czasem. W sumie dobrze się złożyło, bo się przydałem, ponieważ dopiero co skończyła się jedna impreza i w godzinę trzeba było wszystko posprzątać i przygotować do wesela, które ruszyło o 4-ej z minutami. Tempo niesamowite, ale wszystko ruszyło z najwyższą starannością o każdy szczegół jak na to miejsce przystało. Dziś byłem w drugiej, mniejszej sali, więc było trochę mniej zajęć. Moje obowiązki były dokładnie takie same co wczoraj.
Podczas wesela odbył się pokaz pary tancerzy (gości weselnych) oraz niesamowite wytańczenie przez około 6-7 latka dwóch piosenek Michela Jacksona. Naśladował go niesamowicie, włącznie z jedną białą rękawiczką i najsłynniejszymi krokami.
Wszystko razem z posprzątaniem skończyło się o 1:00 w nocy! Podróż minęła podobnie jak wczoraj, z tymże w autobusie spotkałem jednego z kucharzy. Razem z nim dojechałem do North Sydney, gdzie złapałem ten sam autobus co wczoraj. Na jutro nie mamy większych planów, więc wyspanie można powiedzieć gwarantowane!

sobota, 28 listopada 2009

Goczina 2:30 nad ranem prawie 20km od domu!

Rano sprawdziłem e-mail, jak co dzień. Ogólnie nic niezwykłego, jednakże czekał na mnie e-mail od najsłynniejszej restauracji typu fast-food na świecie. Wcześniej zaaplikowałem na ich stronie, tak jak do kilku innych tego typu miejsc. Z wielką uprzejmością napisali mi, że "niestety" nie przeszedłem pozytywnie rekrutacji... Jak już nawet z takiego miejsca taka odpowiedź, to ja już nie wiem co o tym sądzić!
Nie zmartwiłem się tym jednak za bardzo, ponieważ wiedziałem, że dzisiejszy wieczór mam zajęty. Otóż pojechałem do pracy! Wow! Co więcej, było to zupełne przeciwieństwo sytuacji w niemieckiej restauracji. Więcej pracy ale wszystko dużo lepiej, w przyjemniejszej atmosferze i w ogóle rewelacja, ale zacznijmy od początku.

Właścicielem jest ta sama osoba co Peter Pan's. Miejsce znajduje się w dzielnicy o bardzo  portowej nazwie, a mianowicie five docks. Z zewnątrz wygląda to mniej więcej tak:

Niepozornie, ponieważ budynek podobny do wszystkich w okolicy i całym mieście. Tak, wszędzie są takie śmieszne daszki, więc jak deszcz pada można przejść bez narażania się na zmoknięcie. W środku to już zupełnie inna bajka, otóż znajdują się tam dwie sale na różnego rodzaje uroczystości.

 


Robi wrażenie, nieprawdaż? Tam spędziłem około 10 godzin, od 16:30 do 2:30. Co tam robiłem? Można powiedzieć, że byłem kelnerem. Na początku, jak goście usiedli do stołu to się witałem, pytałem co słychać, czy wszystko w porządku i czy mogę zaoferować coś do picia. Głównie zajmowałem się tym, aby na każdym stoliku był jeden pełny dzbanek z colą, jedno wino białe, jedno czerwone, dwa piwa i aby nie brakowało pieczywa i masła. Do tego jak tylko widziałem, że komuś czegoś brakuje w kieliszku po prostu dolewałem. Od czasu do czasu trzeba było podać ciepłe danie, sprzątnąć talerze, czyli to co się robi na spotkaniach okolicznościowych. To które miałem przyjemność obsługiwać, było spotkaniem klubu włoskiego.
Po imprezie, około godziny 1:00 musieliśmy wszystko posprzątać, co zajęło czas do godziny 2:30. I właśnie o tej godzinie zostałem powiadomiony, że jutro mam się pojawić ponownie na godzinę 15, z czego się bardzo ucieszyłem. Niestety nie wiem jaką mam stawkę, a obecnie gorszy problem do załatwienia... jak dojechać do domu aby zdążyć się jeszcze wyspać?!?
Mając przed sobą 20 kilometrów do pokonania, ubrany w białą koszulę, krawat, spodnie w kant i sportowe buty, które zmieniłem po pracy aby było wygodniej i nogi miały trochę odmiany, wyruszyłem do jednej z głównych dróg. Tam ku uciesze moich oczu oraz nóg znalazłem przystanek autobusowy. Ostatni odjechał o 23:45 a kolejny będzie o 7:24. Na temat połączeń nocnych ani słowa... Ale za to jeden autobus podjechał!!! Czyli podróż do centrum mam załatwioną, jednakże bilet ważny mam do godziny 4:00 rano i żadnej wizji kupna nowego.
Centrum o godzinie 3:20 tętniło życiem, mnóstwo miejsc otwartych, ludzi jeszcze więcej, wszyscy wystrojeni, więc w miarę pasowałem do tego towarzystwa :). Niektóre kobiety chodziły boso trzymając szpilki w ręku. W sumie ciepła noc była, ponieważ wtedy temperatura wynosiła dokładnie  21 stopni! Po spacerku na przystań, gdzie pierwszy prom odpływa o 9:00 poszedłem na przystanek autobusowy, z którego jadą autobusy do North Sydney. Po 20 minutach oczekiwania miałem podwózkę o most i mały kawałek. Tam kolejny spacer na inny przystanek. Godzina 3:44. Na rozkładzie o tej porze w sobotę były 3 autobusy każdy co godzinę 1:49; 2:49 i ostatni 3:49 gdzieś w kierunku domu, jednakże nazwa docelowa nie była mi znana. Autobus przyjechał 5 minut spóźniony, więc udało się skasować bilet na 6 minut przed końcem ważności!!! Na dodatek autobus jechał na Mosman, co prawda nie na najbliższy przystanek, ale 20 minut spacerkiem od domu. Przynajmniej już mam pewność, że tej nocy dotrę do domu!
Kiedy słońce powoli zaczynało się wychylać zza horyzontu, ja się chowałem pod poduszką, aby odpocząć przed jutrzejszym dniem. Dobranoc, a raczej dobrydzień i spać!

piątek, 27 listopada 2009

Koniec szkoły, czas na podsumowanie...

Ostatniego dnia szkoły nadszedł czas. Jak to bywa w takie dni przychodzi czas na podsumowanie w swojej głowie czy ta nauka dała wystarczająco dużo, czy była zgodna z oczekiwaniami oraz wcześniej założonymi planami. Myślę, że ogólnie tak, mimo że dużą część swojej energii poświęcałem na szukanie pracy... Widocznie tak już miało być, a co będzie dalej to wszyscy się dowiemy. Udało mi się w ciągu tego czasu przeczytać 3 i pół książki po angielsku, no dobra książeczek po około 40-60 stron każda, ale to zawsze coś :). Na pewno teraz będę poświęcać sporo czasu na naukę samodzielną w domu, czy też czytanie po angielsku no i mam nadzieję, że na rozmawianiu z ludźmi w mojej przyszłej pracy.
Na miły akcent dnia dzisiejszego można zaliczyć ten oto piękny widok:




Nic dodać nic ująć tylko: "Coraz bliżej święta". Ciekawe jak to będzie wyglądać tuż przed świętami...

Po szkole z częścią klasy, która miała czas poszliśmy zrelaksować się i pogadać w miejscu bardziej do tego stworzonym niż szkoła. I tak spędziłem czas do ostatniego promu, który był o 0:10 :)

czwartek, 26 listopada 2009

Gdzie mój bilet?

Rano zanim Malinka wstała udało mi się nadrobić trochę zaległości w tymże blogu, który piszę dla Ciebie mój drogi Czytelniku ;)
Udało się nam razem zjeść śniadanko i ja niestety już musiałem wychodzić...
Przy wyjściu z promu zastała mnie przykra niespodzianka, a mianowicie okazało się, że nie mam biletu! Wczoraj jak dałem go Malince to wieczorem zapomnieliśmy go przełożyć. I tak musiałem zapłacić $5.20 za przepłynięcie i do tego jeszcze muszę podejść do szkoły około 2 kilometry. No cóż płaci się za gapiostwo... :( No dobra nie będę oszukiwać udało mi się złapać bezpłatny autobus, który zawiózł mnie w okolice szkoły!
W szkole z prawie całą klasą umówiliśmy się, że jutro po zajęciach idziemy gdzieś, ponieważ trzy osoby z grupy w tym tygodniu kończą kurs i dwie wracają do swojego ojczystego kraju. Nareszcie zapowiada się coś innego...
W związku z brakiem biletu dziś moje nogi miały odpoczynek od noszenia ciężarów w postaci tysięcy karteczek. Za to wróciłem do domu i już definitywnie nadrobiłem zaległości w blogu, napisałem kilka maili do znajomych oraz znajomych znajomych, i jeszcze reklamacje do orange. Czas ogólnie dobrze spożytkowany, przydałaby się tylko jeszcze większa efektywność i skuteczność, ale to już szczegół. Może przyjdzie z doświadczeniem...

środa, 25 listopada 2009

Kolejna pyszna pizza!



Widok na Sydney z rana, w drodze do przystani promu.


Po lekcjach wróciłem prosto do domu. Moje nogi już nie wytrzymywały tych kilogramów i wzniesień poprzednich dni. Czas mi po prostu uciekł. Trochę gotowania, trochę spraw w internecie i zanim cokolwiek zdążyłem naprawdę zrobić była już godzina na którą byłem umówiony z Malinką. Więc szybko wsiadłem na rower i popędziłem. Na szczęście na rowerze używa się innych mięśni niż przy chodzeniu więc nie było to takie złe jak się tego wcześniej obawiałem.
Opłacało się przyjechać, ponieważ po raz kolejny dostaliśmy pyszną pizzę! Z powrotem do domu ja wróciłem tak jak przyjechałem, czyli rowerkiem, za to Malince dałem bilet komunikacji miejskiej, aby mogła sobie spokojnie przyjechać autobusem. Po drodze jeszcze drobne zakupy aby coś było na śniadanie. Dobrze że jeden sklep jest czynny do dosyć późnych godzin i można jeszcze po 23 coś kupić :)

wtorek, 24 listopada 2009

Do czego się nadaje magister psychologii?

Z rana po raz kolejny odwiedziłem restaurację, która się mieści przy Circural Quay. To tam gdzie pracują Polacy. I tym razem również nie udało mi się porozmawiać z głównym szefem. Jak już przystało na tutejsze standardy zostawiłem tylko swoje resume.
W szkole jak to w szkole zajęcia, nowe słówka, trochę gramatyki, ćwiczenia i już niestety czas się kończy... Niestety to już ostatni wtorek...
Po lekcjach moje "ukochane" zajęcie na mnie czekało, czyli ciężarki na plecy i chodzenie od skrzynki do skrzynki. Tak właśnie magistrzy psychologii kończą... Czyżby w całym mieście nie było czegoś innego?

poniedziałek, 23 listopada 2009

Ostatni poniedziałek w szkole

Po stosunkowo mało udanym weekendzie czas chociaż dobrze zakończyć tydzień nauki. Jak wyjdzie zobaczymy...

Początek tego tygodnia rozpoczął się mało zachęcająco, a mianowicie odwołali prom przez co się spóźniłem do szkoły jakieś 45 minut! Na szczęście były to zajęcia z nauczycielką, która ma (moim zdaniem) kiepskie metody nauczania.

Po szkole pojechałem po wynagrodzenie za wczorajsze cierpienie w upale. Zawsze kilka groszy będzie. Oczywiście jeszcze nie omieszkałem skorzystać i znowu trochę być roznosicielem. Na szczęście pogoda lepsza, ponieważ brak słońca i przystępna temperatura, a do tego okolica, gdzie jest dużo więcej bloków i nie trzeba aż tak dużo chodzić. W sumie to w połowę wczorajszego czasu zrobiłem tyle samo! Więc się cieszę :)

niedziela, 22 listopada 2009

Ćwiczenia w wielkim upale

Jak na niedzielę przystało był to dzień zaśmiecania ludziom skrzynek pocztowych. Czyli z samego rana rower do przystanku autobusowego do centrum. Pierwszy prom odpływa dopiero o 9:45. Ta niedziela była wyjątkowa z powodu temperatury! Było strasznie duszno i powietrze jakieś takie ciężkie. Podobno było 40 stopni! A ja zasuwałem uliczka po uliczce w nowej okolicy i pozbywałem się ulotek ze średnią prędkością jedna na 33,3 sekundy. Podczas tego chodzenia obliczyłem, że za każdą ulotkę dostaję trochę ponad 2 centy! Wow ale zaskakujące. Tu nawet nie ma takiego nominału, najmniejszy to 5 centów! Do tego jak trzeba nosić te wszystkie kilogramy na plecach/ramieniu i w ręku (wydaje mi się, że 100 takich ulotek waży około 1,5 do 2 kilogramów) jeszcze dodając do tego te wszystkie stromizny i dzisiejszą temperaturę po kilku godzinach nie wiedziałem co się ze mną dzieje.

W Polsce coś takiego by nie przeszło! Na skrzynce pocztowej koperta z napisem: "Znaleziono kluczyki do samochodu" a w kopercie kluczyki!!!

Jak dla mnie niestety to jeszcze nie był koniec, ponieważ spragniony czegokolwiek do picia i po prostu dłuższej chwili w pozycji siedzącej i nie przemieszczającej za pomocą siły własnej zdzwoniłem się z Malinką, że idziemy na Hymarket zrobić zakupy owocowo-warzywne! Jednak wcześniej trzeba było uzupełnić braki wody w organizmie. W sklepie zrobiliśmy dosyć ciekawe zakupy, a mianowicie tylko sama 1,5l butelka z wodą. Na nią mieliśmy przygotowaną walizkę na kółkach ;) Pani przy kasie w momencie płacenia poprosiła, aby otworzyć tą walizkę, i w momencie kiedy otwierałem zadzwonił mi telefon. Był to ten koleś od ulotek i pytał się o mapę, gdzie zaznaczam teren, który "zrobiłem". Już nie miał kiedy zadzwonić. Zaspokoiwszy pierwszą potrzebę odrobienia utraty wody w organizmie udaliśmy się na chiński targ.
Przeszliśmy się kawałek, porównaliśmy ceny na różnych stoiskach. Był straszny tłum, co chwilę jakiś sprzedawca wykrzykiwał coś, ale i tak nikt ich nie słuchał (chyba po prostu nie rozumiał co mówią).  Z poziomem wycieńczenia organizmu po 6-7 godzinnym spacerze z dodatkowymi obciążnikami i wielkimi górkami, wykończony psychicznie po wczorajszym dniu oraz zagłuszany przez ogólnie panujący chaos na targu, miałem dosyć! Szybko kupiliśmy co trzeba i co nam się podobało, kilka razy nie daliśmy się oszukać bo ceny które były podane nie do końca pasowały do cen po których liczyli. I nareszcie powrót do domu! Jednak ku naszemu nieprzyjemnemu zaskoczeniu nie przyjeżdżał autobus! No tak, komunikacja miejska w niedzielę. Dodatkowy półgodzinny spacer w taki gorący dzień nie zaszkodzi, ponieważ już chyba nic nie może zaszkodzić. Przeszliśmy dwa przystanki i autobus przyjechał wow!!! Prom za 15 minut więc jak na niedzielę to całkiem dobrze :-)
W domu z powodu braku sił padłem jak mucha...

sobota, 21 listopada 2009

Co za dzień co za ludzie!!!

Chciałem coś ciekawszego na sobotę przygotować, jednakże tyle się wydarzyło, że i tak będzie dużo do opisania. Spróbuję wszystko opisać ze szczegółami.

Dzień można by narysować w kształcie sinusoidy gdzie oś x to kolejne godziny a oś y moje samopoczucie z pozytywnym nastawieniem. Dla przypomnienia zamieszczam rysunek sinusoidy:




Godzina pobudki podobna do dnia wczorajszego. Właściwie cały poranek wyglądał podobnie z drobnymi szczegółami no i w tych szczegółach tkwi cały problem. Podczas porannego szukania pracy na początku natrafiłem na miłą właścicielkę, która poświęciła mi około 5-10 minut na rozmowę. Jednakże nikogo nie szukała. Powiedziała mi, że może powinienem spróbować w pobliskiej kawiarni, gdzie oczywiście się udałem wcześniej zaglądając jeszcze do kilku innych. Po drodze też znalazłem dobrze wyposażoną bibliotekę z dużym działem dziecięcym. Oprócz książek można tam wypożyczyć filmy na DVD (trochę stare, ale jest taka możliwość) oraz audiobooki na CD i kasetach audio! Jest tam stosunkowo duży wybór. Będę musiał się tam przejść na spokojnie. Do tego momentu moje samopoczucie miało tendencję wzrostu. Jednakże przyszedł pierwszy kryzys w momencie kiedy zapytałem się o pracę w poleconej mi kawiarni. Właściciel, albo kelner, tego nie wiem, jak tylko usłyszał w jakim celu przyszedłem krzyknął abym się wynosił!!! Tak, to był krzyk w przetłumaczeniu: "WYNOŚ SIĘ" i palcem pokazał drzwi! Tak, to był dla mnie cios poniżej pasa. Tego już nie wytrzymałem i się załamałem. To była dla mnie taka przenośnia, że we wszystkich miejscach dokładnie mi tak mówią (tylko milszymi słowami). Że jestem zupełnie niepotrzebny, jak jakiś porzucony przedmiot na ulicy, którego losem nikt się nie przejmuje. Przedmiot, który nie jest nikomu potrzebny i tylko się pałęta z miejsca na miejsce... (w sumie dobrze by było aby z miejsca na miejsce, ja sobie nawet tego miejsca nie mogę znaleźć!!!).
Z brakiem sił psychicznych wróciłem do domu gdzie otuchy mi dała Malinka, chociaż było naprawdę ciężko! Po paru godzinach moje samopoczucie powoli zaczynało wzrastać. Postanowiłem spróbować w miejscu gdzie wiedziałem, że kogoś szukają. Kawiarnia ta mieści się jakieś 15 minut spacerkiem od domu więc całkiem blisko. Okolica w miarę daleko od miasta więc może nie będą mieli wielkich oczekiwań. Byłem tam wczoraj, ale nie było właścicielki. Dzisiaj ją zastałem. Wtedy moje nadzieje i samopoczucie znowu były dosyć wysoko. Jednak po przejrzeniu mojego resume oświadczyła mi, że szukają kogoś kto wie jak robić kawę i ma przynajmniej 2 (słownie: dwa) lata doświadczenia!!! W takim miejscu i takie wymagania, chyba się przeliczyłem co do oczekiwań?! Zapomniałem się jej zapytać gdzie to doświadczenie mogę zdobyć, jak nawet w takim miejscu potrzebują ludzi którzy są mistrzami w robieniu kawy (z psychologii: można powiedzieć że osiąga się stan mistrzowski po 10.000 powtórzeń lub godzin wykonywania danej czynności, myślę że po dwóch latach spokojnie można zrobić 10k kaw). A już miało być tak pięknie, a tu znowu załamanie się i myśli co robić dalej.

Dobijała już godzina 16:00. Malinka zaraz się zacznie szykować do wyjścia. Ja z brakiem sił psychicznych na polowanie w terenie postanowiłem, że zaatakuję internet. Jako że korzystamy z jednego komputerka, kiedy Malinka go używała ja zrobiłem sobie coś do jedzenia. W taki dzień nie obeszło się bez krwi, ponieważ do tego wszystkiego nóż przekroił mi skórę na kciuku i potrawa była ze świeżą krwią... Na szczęście niedużo jej było :)
Około 15-20 minut po wyjściu Maliny nieoczekiwanie odezwał się mój telefon! Byłem w szoku, ponieważ zadzwonili do mnie z jednej z restauracji gdzie byłem wczoraj i potrzebują kogoś na dzisiaj. Mam być za 50 minut! Miejsce jakieś 5 minut spacerkiem od pracy Malinki! Brzmiało rewelacyjnie. Znowu moje samopoczucie z pozytywnym nastawieniem wzrosło bardzo wysoko. Praktycznie nie zastanawiając się  porzuciłem to co robiłem do tej pory, czyli strony z ogłoszeniem o pracę. Przebrałem się w czarne spodnie, koszulę i eleganckie buty zapakowałem do torby i rowerkiem dojechałem w 30 minut na miejsce. Nie chcąc wchodzić zdyszany i zmęczony przyczepiłem rower w pobliżu. Okazało się, że to było to miejsce, gdzie śmierdziało w środku! Znalazłem zaułek w którym zmieniłem koszulę i buty oraz się wypachniłem.
W ciągu 5 minut zostałem poinstruowany łamaną angielszczyzną, a raczej bardziej w języku niemieckim, o tym gdzie się znajdują talerze, sztućce, serwetki, kieliszki do wina, kufle do piwa (3 rodzaje) jak składać serwetki, jak nakryć do stołu (dwa talerze, 3 widelce, 3 noże, dwie łyżeczki i serwetka), jak podawać do stołu, jak przyjmować zamówienie, gdzie wszystko zapisywać i jak doliczać do rachunku, kiedy i co podawać z kuchni, jak przygotować i podawać różne napoje, gdzie odnosić brudne rzeczy, jak robić kawę, jaka jest numeracja stolików.... W sumie wyliczać już nie ma co, bo i tak pewnie mi się wszystkiego nie uda wymienić... Bardzo mało czasu do pierwszych klientów spowodowało bardzo duże tempo i mało czasu na naukę z praktyką. To była niemiecka restauracja z niemieckim właścicielem.
Jak na pierwszy dzień kelnerstwa mogę się ocenić bardzo dobrze, jednakże z takim szefem nie życzę nikomu pracować. Dla klientów strasznie miły. Cały czas żartuje, śmieje się, klepie po ramieniu, gratuluje... a dla swoich pracowników jest wredny. To chyba nawet za mało powiedziane. Zero wsparcia, pochwały jak coś dobrze zrobią, za to jak coś jest nie tak to żywcem skórę chciałby zerwać! Jak czekałem w kuchni na potrawy aby zanieść, to ten koleś nie patrząc się czy ktoś stoi za drzwiami z całej siły je otworzył (uderzając nimi drugiego kelnera) i zaczął się wydzierać na całą kuchnię, że co to oni sobie wyobrażają, że jeszcze nie ma jakiejś tam potrawy. Wszystko w 1/3 po angielsku i 2/3 po niemiecku! Żeby nie było tak dobrze to mi  też się oberwało. W jednym momencie położył mi trzy rzeczy na tacy i powiedział abym jedno zaniósł do kuchni a drugie odłożył do czystych rzeczy. O trzecim (łyżeczkach) ani słowa. Zrobiłem tak, że to co do kuchni to i do kuchni a łyżeczki do czystych. W momencie jak wkładałem łyżeczki to wielki huk nad moją głową z ledwo zrozumiałymi słowami: "Ty masz do cholery pomagać, a nie %&;*^%$% przeszkadzać!!!"
Innym razem kazał mi chodzić za nim cały czas, abym się jak najwięcej nauczył. Jednakże jak tak za nim chodziłem nie zwracał na mnie uwagi, a jak już zwrócił to z wielkimi wyrzutami: "Sprawdziłeś stolik numer 8? Na co czekasz sprzątaj tam!"
Wszystkie posiłki tam podawane są na strasznie gorących talerzach wyjętych prosto z pieca. Parzy niesamowicie nawet przez serwetkę, a ten jeszcze każe się do tego wszystkiego uśmiechać!
Innym razem jak stałem za nim to on zrobił krok do tyłu, stanął na mojej nodze i stojąc cały czas przekręcił się na pięcie i po prostu odszedł. Nic nie powiedział, żadnego przepraszam!
Przykłady co tam się działo mogę jeszcze długo podawać, ale chyba to już nie ma sensu, ponieważ drogi Czytelniku chyba już wiesz z jakiego typu osobą miałem do czynienia.
Drugi kelner był też jakiś dziwny. Kilka razy coś starałem się do niego zagadać, ale ten strasznie zamknięty w sobie, albo raczej zastraszony. Raz tylko odezwał się do mnie jak coś źle zrobiłem następującym zdaniem: "Nie rób tak więcej, bo jak to szef zobaczy to Cię zabije"... Już pod koniec, jak chciałem mu pomóc powiedział mi, abym zajął się "swoim szkłem" a on sobie tu poradzi. Chodziło mu o to, że wycierałem szklanki, ale one mi się skończyły i nie chciałem stać bezczynnie.
Szczerze mówiąc podczas tej szkoły przetrwania miałem myśli czy gałąź przemysłu jaką jest hospitality czy też gastronomia jest stworzona dla mnie. Po radości, że dostałem gdzieś szansę, że gdzieś jestem potrzebny doszedłem do wniosku, że tu też jestem przedmiotem, którym można pomiatać!
Na zakończenie dostałem pewnie tyle co się uzbierało z napiwków, przebrałem się i zostałem pożegnany słowami: danke schon. 
Po tej przygodzie pojechałem do Malinki gdzie już standardowo pomogłem wnosić stoliki i wróciliśmy do domu około 0:30. Jutro pomimo tego, że niedziela, dzień rozpoczynam o 6:30 rano!

piątek, 20 listopada 2009

Polowanie nadal trwa!

Dziś skończył mi się bilet, a następnego nie chcę na razie kupować, ponieważ jest drogi. Na szczęście mamy rowerki, które też dobrze mogą nas dowieźć. Nie chcąc tracić czasu postanowiłem poszukać pracy w piątkowy poranek. Zanim jednak wyszliśmy z Malinką z domu już nie był to do końca taki poranek, ale wciąż rano. Poszedłem jeszcze raz do piekarni, gdzie się okazało, że już nikogo nie szukają?!? Jak to możliwe, byłem tydzień temu zostawiłem resume i dowiedziałem się, że szukali, mieli zadzwonić... Dzisiaj już nie szukają! Co jest ze mną nie tak?!?
Następnie razem z Malinką odwiedziliśmy kilka kawiarni i sklepików i musiałem już powoli zacząć kierować się w stronę centrum do szkoły... Na rowerach z górki bardzo przyjemnie się jedzie, niestety gorzej w drugą stronę, szczególnie pod te stromizny. Już teraz wiem jaki wysiłek mają kolarze... :)
W centrum w biurze wydrukowałem dostawę świeżych, cieplutkich i jeszcze bardziej skróconych resume na dzisiejszy wieczór.
W szkole jak to w szkole troche gramatyki, rozmów, nowych słówek, czyli do przodu. Po nauce na rowerku pośmigałem do Malinki. Po drodze zaczął padać deszcz, było strasznie gorąco, a ja spocony, cały czerwony jeszcze zaglądałem do kilku miejsc. Zawsze warto spróbować, a jak już jestem w pobliżu to dlaczego by nie...W końcu dostałem kilka wizytówek i adresów www aby zaaplikować lub wysłać resume on-line.
U Malinki było strasznie dużo klientów, więc poprosiłem o szklankę wody i po krótkim odpoczynku nie przeszkadzając dalej poszedłem na polowanie pracy. Był piątek i już wieczór. Wszędzie było sporo osób. W niektórych miejscach mówili, że są zajęci i poprosili abym przyszedł w najbliższym czasie. Jeden koleś w restauracji, gdzie jak się weszło to tak (jakby to delikatnie powiedzieć...) śmierdziało wydał mi się nie do końca przyjemny. Powiedział to co wszyscy, że jest zajęty i żebym mu głowy nie zawracał, ale chwilę potem dał mi kartkę A4 z formularzem do wypełnienia. Wypełniłem na zewnątrz, ponieważ koleś nie chciał abym mu zajmował stolik wewnątrz. Nawet lepiej, milsze powietrze...
Po tym pojechałem do domu, gdzie czekała na mnie pyszna kolacja spaghetti oczywiście nieprzyrządzona, więc dopiero po 45 minutach mogłem cieszyć się jej smakiem :)

czwartek, 19 listopada 2009

Tego momentu zaczynam się obawiać!

Dzień w którym można było się troche odespać, ale... Właśnie zawsze jest jakeiś ale ponieważ do znużenia na razie będe pisać, że brakuje mi pracy! Dlatego też odpoczynku nie można nazwać w 100% odpoczynkiem, ponieważ zaczyna być to dla mnie ciężkie psychicznie! Nie dosyć że cały mój czas tracę na szukanie pracy to jeszcze nie mogę wykorzystać w pełni lekcji na które chodzę. Chciałbym się coś więcej nauczyć, ale nie bo chodzę i cały czas pytam się o to samo. Raz na 38 razy użyję kilku więcej słów ale to cały czas to samo, no może przynajmniej posłucham sobie różnych akcentów. Chociaż gdybym pracował to bym mógł też słuchać wielu akcentów i nauczyć się nowych słów!
Po szkole jeszcze poszedłem zaśmiecać ludziom skrzynki pocztowe, po czym w domu zmęczenie było już spore i chciałem tylko się położyć spać!

środa, 18 listopada 2009

Środek tygodnia

Zajęcia z tą samą nauczycielką co ostatni czwartek i piątek!!! Mała dynamika i straszna powolność ćwiczeń. Chociaż muszę przyznać, że strasznie duża dokładność, aż za duża i można oszaleć. Wszystko zgodnie z przepisami i z wcześniej wyznaczonym planem. Zero spontaniczności! Tak to są właśnie zajęcia dodatkowe o tytule: "poprawa angielskiego plus".
Musiałem się zwolnić z ostatniej godziny "normalnych" zajęć i pójść na rozmowę. To było dokładnie w tym samym miejscu gdzie byłem miesiąc temu i dokładnie o tę samą prace chodziło. Zastanawia mnie ile oni dziennie rekrutują osób, ponieważ w przeciągu jak tam byłem to przewinęło się z 15 osób, podobnie jak miesiąc temu. I jeśli tak jest codziennie to coś mi tu nie pasuje. Mają do mnie oddzwonić (I'll call you), czyli tekst który słyszę kilka razy dziennie, codziennie od około 4 tygodni, jak nie więcej. Tylko dlaczego mój telefon z numerem australijskim milczy, tak jak ten z numerem polskim z wyłączonym roamingiem.
Tak, właśnie. Wspaniała sieć Orange postanowiła mi wyłączyć usługę roaming z dniem przejścia z abonamentu na kartę. Do tego jeszcze odebrali mi z konta ponad 70 PLN! Aby włączyć roaming przez stronę, muszę podać hasło, które przychodzi SMSem! Czy ktoś rozumie tą sieć?!? Bo ja nie. Próbowałem do nich napisać, ale nie mogę, ponieważ aby to zrobić potrzebuję jakiegoś tam kodu który kiedyś mi podali razem z kartą SIM (nie chodzi o kod PIN tylko PUK). A skąd ja mam go teraz zdobyć!?! Musiałem się wyżalić ;)
Po rozmowie i zakupach wróciłem do domu i po obiadokolacji pochłonęły mnie strony z ofertami pracy. Kiedy przyjdzie tego kres?

wtorek, 17 listopada 2009

Czyżby się coś ruszyło?

Wczesne niepotrzebne wstanie,
w szkole wielkie zamieszanie.
Zmieniły się zajęcia dodatkowe,
teraz będę ćwiczyć wymowę.
Rano będę chodzić w poniedziałki i środy
i w te dni nie będzie już tyle swobody.

Dostałem telefon w pracy sprawie
na interview w dniu jutrzejszym się pojawię.
Praca polegać by miała na sprzedaży kredytowych kart
Mam nadzieję, że to nie jakiś kiepski żart.
Miejsce już mi dobrze znane,
miesiąc temu zostało zbadane.
Teraz szkoły koniec już dobiega
a pracodawca na pełen etat nalega.

Nie ma co się jutrem martwić,
kilka resume trzeba jeszcze załatwić.
Może mnie potrzebują w sklepie z telefonami
zajrzałem również do sklepów z aparatami
Do luna parku też się wybrałem,
Pecha miałem, bo zamknięty był jak tam zajrzałem
Rezultatów z pracą pozytywnych brak
Szykuję się na jutrzejszy atak!



Tu można by było mieć mieszkanko. Kąpać się w basenie i mieć widok na most, operę i panoramę Sydney!










poniedziałek, 16 listopada 2009

$5 więcej... WOW

W poniedziałek na szczęście na późniejszą godzinę, ale co z tego? Z samego rana pojechałem do piekarni, ponieważ z tajnych szpiegowskich źródeł dowiedziałem się, że tam kogoś będą potrzebować. Porozmawiałem przez chwilę, zostawiłem ulotkę i dowiedziałem się że w przeciągu tygodnia się odezwą... Znowu to samo! Co za miasto. Dlaczego wszyscy mówią, że oddzwonią a mój telefon jak milczał tak milczy... No ale zaczekam oczywiście szukając dalej!
W drodze powrotnej jeszcze zahaczyłem o jedną kawiarnię i do domu po Malinkę i rower. W warsztacie zrobili to co ja tyle tylko, że specjalistycznym śrubokrętem, a nie kuchennym nożem. Kierownica się trzyma, pytanie tylko na jak długo. Teraz pytanie, czy sprzedać i więcej się o to nie martwić, czy może zacząć się martwić jak znowu kierownica zacznie się ruszać?
No nic czas ruszyć do szkoły na zajęcia, poznać nową nauczycielkę i częściowo zmienioną grupę. Statystyka jest dużo gorsza, ponieważ więcej osób w grupie, więcej Azjatów, którzy mówią głoskami i często ciężko cokolwiek zrozumieć. Nauczycielka trochę gorsza od poprzedniej. Co ciekawe ma tak samo na imię. Dużo lepsza od tej co była na zastępstwie. Ja chyba naprawdę jestem nisko reaktywny ponieważ cały czas potrzebuję stymulacji, a chwila przerwy na zajęciach mnie nudzi.
Po zajęciach dowiedziałem się, że dzisiaj nie będę roznosicielem, ale postanowiłem pojechać aby odebrać moje ciężko zarobione pieniądze. Tak jak się spodziewałem odliczona kwota była mniejsza niż zakładałem. Główny szefuncio zapomniał dodać jednego dnia, dla mnie najważniejszego, w którym najwięcej zarobiłem. Udało mi się wrócić jego pamięć metodami humanitarnymi i dostałem nawet $5 więcej (niektóre ulotki były większe niż zazwyczaj A4 i policzył większą stawkę) więc po dokonaniu formalności z zapisaniem wszystkiego do jakiejś książeczki wróciłem do domu bogatszy o ponad $150. Niedużo, ale zawsze coś... Jednak to mi po raz kolejny uprzytomniło, że na tym się długo nie pociągnie i muszę mieć coś bardziej ludzkiego!

niedziela, 15 listopada 2009

Kolejne kilometry pieszo...

Nie ma to jak wstać z rana i pojechać w nieznane. Okazało się że dzisiejsze roznoszenie będzie gdzieś na obrzeżach miasta, gdzie za dojazd tam musiałem dopłacić $5. Po 5 godzinach chodzenia w tą i z powrotem gdy skończyły mi się zapasy w torbie byłem wolny. Co oznaczało powrót do domu z miejsca dla mnie obcego i oddalonego o x kilometrów, komunikacją miejską w niedzielę. Po ostatniej niedzielnej przeprowadzce wiedziałem, że to nie będzie łatwe, ale udało się złapać jakiś autobus, który zawiózł mnie raptem jeden przystanek. Kolejny nie przyjechał, chociaż byłem na przystanku 15 minut wcześniej. W końcu po 50 minutach przyjechał! I już poszło lepiej. Jednakże wróciłem do domu strasznie zmęczony, a moje nogi powoli zaczynały odmawiać mi posłuszeństwa...

Chciałbym jeszcze dodać, że szczęścia nie mogę dogonić, ale za to pech towarzyszy mi jak brat cień. O pracy nie muszę pisać, bo wiem drogi Czytelniku, że już Ciebie to też zaczyna nudzić jak mnie. Co zrobić szukam dalej... Jeśli chodzi o pech to ciągle mam problemy z zasilaczem i teraz już kompletnie nie mogę swojego komputera uruchomić, to już trwa prawie tydzień... Strasznie to jest męczące psychicznie. Ale to nie wszystko, ponieważ kilka dni temu podczas śmiecenia ludziom skrzynek kabelkiem od słuchawek zaczepiłem o jakiś wystający przedmiot i urwał się. Więc nawet podczas godzin spędzonych na bezsensownym chodzeniu nie mogę wykorzystać na słuchaniu lekcji angielskiego, czy jakichś tekstów po angielsku, czy chociażby jakiejś miłej muzyki aby ćwiczyć rytm i mój słoni słuch. Mam nadzieję, że chociaż jutro uda się bezproblemowo odebrać wypłatę za te wszystkie kilometry, które moje nogi zrobiły.

sobota, 14 listopada 2009

Sculptures by the Sea

Po wczorajszym poszukiwaniu pozostały mi 4 miejsca w których powiedziałem, że przyjdę jutro, kiedy będzie mniejszy ruch. Po prostu w piątki wieczorem i dni, kiedy jest większy ruch nie opłaca się chodzić.

W sumie powrót w te cztery miejsca zajął mi dużo mniej czasu niż zakładałem, Malinka była jeszcze nie gotowa, więc postanowiliśmy, że jeszcze przejdę się ponownie po Mosmanie. Prom mam za 15 minut, więc na pewno zdążę. Pierwszy leszy autobus zawiózł mnie do portu. Trochę się wlókł, ponieważ jakaś para turystów zatrzymywała autobus na każdym przystanku i nie mogła się zdecydować, czy to już mają wysiąść. Zabrakło mi 45 sekund aby zdążyć na prom. Następny za pół godziny... Złapałem inny 15 minut wcześniej, ale w inne miejsce. Jak dojechałem na Mosman Malinka była gotowa i zaczął się kolejny wyścig aby zdążyć na wodny środek lokomocji. Trochę tak w kółko...
Podróż na przepiękną plażę w Sydney, Bondi, zabrała nam ponad godzinę. Szukanie wystawy sztuki współczesnej Sculptures by the Sea też trochę trwało, ale się opłacało. Poniżej kilka zdjęć jak to wyglądało:













Po tym fascynującym szybkim spacerze musieliśmy wracać, ponieważ Malinka zaczynała pracę. Ja jak na poszukiwacza przystało wykorzystałem ten czas na dalsze poszukiwania pracy...

piątek, 13 listopada 2009

Piątek trzynastego i nic nowego

Kolejny dzień, piątek trzynastego,
nie zdarzyło się nic niespodziewanego.
Wyjątkowo nudne zajęcia,
dłużyły się bez pojęcia.
Jeśli ktokolwiek nudzi w tak wielkim stanie,
przechodzi to moje najśmielsze oczekiwanie.
W przyszłym tygodniu mam nadzieję ogromną,
że wszyscy o tej nauczycielce zapomną
I wrócimy do nauki z wielką siłą
I nową nauczycielką miłą.

Poszukiwania w nowej dzielnicy,
poznanie nowej ciekawej okolicy
nie przyniosły rezultatu pozytywnego,
a wręcz do nastroju doprowadziły mnie negatywnego.
Kolejny dzień, tydzień na straty spisany
Kiedy w końcu na próbę zostanę wezwany?
Coraz częściej stawiam sobie to pytanie,
a w szczególności kiedy jem śniadanie.
Czy to własnie dzisiaj znajdzie się praca,
Bo z każdym dniem nadzieja się zatraca.

czwartek, 12 listopada 2009

Nowi nauczyciele przynudzają

Prom do centrum jak zwykle odpłynął niesamowicie punktualnie, pomimo porannego załadowania. Około 75% miejsc siedzących było zajętych, co jak na promy jest bardzo rzadkim zjawiskiem w godzinach w których pływałem do tej pory.
W szkole udało się przeżyć dwie nudne lekcje. Trzymała mnie przy nadziei myśl, że nowy/a nauczyciel/ka będzie ciekawie prowadzić. W końcu zaczęły się zajęcia i... polskie przysłowie, że nadzieja matką głupich okazało się sprawdzić w ponad 100%! Kobitka przeszła samą siebie. Dobrze, że zajęcia będą z nią tylko przez dwa dni bo bym chyba wyszedł z siebie i stanął obok! Kobieta podobno urodzona w Australii, z lekkim brytyjskim akcentem w wieku około 70 lat. Nie wiem dlaczego, ale taki typowy stereotypowy przykład nauczycielki.
Po zajęciach aby dzień był jeszcze nudniejszy poszedłem rozdać kolejne setki ulotek. Niespodziewanie podczas tej czynności zaczęło grzmieć, błyskać się i lać jak z cebra, więc gdzieś w zadaszonym miejscu straciłem około godzinę. Szkoda, że w tej "pracy" płacą za sztuki a nie za godziny... Pozbywszy się tysiąca sztuk odwiedziłem Malinkę w pracy. Wymieniliśmy się biletem i kluczami do mieszkania no i ja dodatkowo dostałem gratis rower, który przyprowadził mnie szybko do domciu.

środa, 11 listopada 2009

Pożegnanie...

Po wczorajszych wyprawach nie miałem czasu zrobić pracy domowej, ale udało mi się ją odrobić w dość sprzyjających warunkach na promie. Taką naukę to lubię.
Na pierwszej lekcji odwiedzili nas wizytatorzy, którzy obserwowali co się dzieje, a na kolejnej mieliśmy małe pożegnanie z naszą nauczycielką, ponieważ teraz będzie uczyć wyższe grupy. Przyniosła przepyszny tort czekoladowy!


Do tego każdy przyniósł też coś do jedzenia / picia i miło spędziliśmy czas rozmawiając po angielsku. A teraz zdjęcie grupowe klasy:


Po tak miłych zajęciach w pracy było trochę gorzej. Pojedyncze ulotki, czyli dużo chodzenia i mała stawka. Na szczęście byłem w rejonie gdzie były bloki i poszło szybko.

wtorek, 10 listopada 2009

W stronę Manly!

Nowa nauczycielka przechodzi powoli samą siebie. Strasznie nudne są te zajęcia i mam na nich poczucie straty czasu... niestety.
Po szkole jak to po szkole albo roznoszenie ulotek (resume), albo roznoszenie ulotek (zaśmiecanie skrzynek ludziom z przyczynianiem się do niszczenia drzew oraz środowiska), albo wysyłanie ulotek (resume) przez internet. Wybrałem ostatnią opcję. Wysłałem kilka resume i doszedłem do wniosku, że więcej nie ma sensu i trzeba ruszyć w miasto, a że była już 8:45 to nic nie szkodzi, przynajmniej będę wiedział co jest otwarte na nocną pracę...
Pojechałem na rowerze, w rejony gdzie autobusem na obecnym bilecie bym nie dał rady ze względu na kolejną strefę, czyli na jedną z piękniejszych (podobno) plaż w Sydney, a mianowicie Manly. Nie miałem okazji zobaczyć jej w pełnej okazałości słonecznej, ale zwiedzanie nocne odpowiadało mi.
Manly oddalone jest od miejsca zamieszkania o jakieś 6-8 km, czyli wydawałoby się, że na rower odległość w sam raz. Słowo haczyk to jest 'wydawałoby się', ponieważ są tam tak strome zjazdy i podjazdy, że w połowie drogi tam, moje nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa :( W nagrodę za trud i zmęczenie mogłem podziwiać takie oto piękne widoki:


Wbrew oczekiwaniom, jak już zapewne drogi czytelniku się spodziewasz pracy nie znalazłem, chociaż wchodziłem wszędzie gdzie było coś otwarte! W momencie kiedy wybiła 22:50 i nie było już gdzie wchodzić pojechałem do domu. Tym razem górki mi dały jeszcze większy wycisk. Nie spodziewałem się, że mogę mieć tak słabą kondycję!
W domu byłem przed północą. Ledwo żywy położyłem się spać.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Poznaj teren zanim wyruszysz w trasę

Rozpoczęcie podróży do szkoły od promu daje dużo pozytywnej energii. Po lewej stronie Opera House, po prawej Harbour Bridge i czuję, że jestem w Sydney. 20 minut relaksu na promie z takimi widokami, ewentualnie książką potrafią umilić życie, że zapomina się chociaż na chwilę, że brak pracy poważnie doskwiera.

W szkole dokładnie omówiliśmy wyniki z testu z zeszłego tygodnia i każdy przedyskutował z nauczycielką dalsze zajęcia dodatkowe. Mi na teście najsłabiej poszła gramatyka, więc najprawdopodobniej trafię do grupy uczącej się intensywnie gramatyki. Do tej pory miałem zajęcia dodatkowe z pisania po angielsku i na teście bardzo się przydała ta wiedza. Podczas tej krótkiej rozmowy dostałem też ważną informację, otóż nauczycielka powiedziała, że bardzo cieszy się, że jestem w tej grupie razem z Tomem (Polak, ale tylko raz z nim gadałem po polsku, kiedy się razem śpieszyliśmy) oraz Michalem (Czech, bardzo sympatyczny), ponieważ wprowadzamy więcej dynamiki i pozytywnej atmosfery do całej grupy :) Bardzo miło!

Mając w głowie bezowocne godziny spędzone włóczeniem się z ulotkami w postaci mojego CV od baru do baru, postanowiłem, że drugi dzień z rzędu zaSPAMuję ludziom skrzynki pocztowe ulotkami, które dostanę od firmy. Przynajmniej coś się uzbiera na bieżące wydatki, w szczególności, że właśnie mi się skończył bilet tygodniowy i znowu muszę kupić nowy.

Na początek spotkania dostałem wypłatę za dzień wczorajszy w wysokości niesamowitej kwoty 30$. Już prawie na bilet mam :) Później otrzymałem 300 kompletów po 4 inne rodzaje i w teren. W sumie nic nadzwyczajnego, jestem przyzwyczajony do czegoś takiego, tylko używając nowoczesnej technologii. W końcu moja praca magisterska była o mailingu internetowym... Podczas chodzenia natrafiłem na jedną ciekawą skrzynkę, poniżej fotka:




Później dostałem jeszcze kolejne 300 ulotek. Poszło w miarę sprawnie, także jak już zaczynało się ściemniać mogłem wrócić do domu. Po drodze drobne, ale ciężkie zakupy w centrum, na prom i do domciu. Po drodze Malinka do mnie zadzwoniła i poprosiła abym kupił ananas w puszce do sałatki którą planuje. Zostawiłem swoje rzeczy i pojechałem na rowerze... i się pogubiłem w terenie. Z mojej mapy w głowie zostało wymazane położenie sklepu, przez to szukałem go przez jakieś 30 minut jeżdżąc w jedną i drugą stronę. Po tym czasie jakby piorun strzelił i sklep pojawił się na mojej mapie wyobrażeniowej. Muszę jeszcze przypomnieć, że tu są dosyć strome górki i jazda pod górę była wyzwaniem, z górki przyjemnością. Ku mojej uciesze sklep znajdował się na górce, więc praktycznie podczas całego dojazdu do domu z zakupami nie musiałem pedałować (za wyjątkiem ostatnich 400 metrów, gdzie jest stromo pod górkę). I tak szczęśliwie znalazłem się w domu o godzinie 23 z minutami. Kolacja + przygotowanie lanczu na dzień jutrzejszy zajęło trochę czasu, ale się udało i tak oto minął kolejny dzień na antypodach.

niedziela, 8 listopada 2009

Prawie jak listonosz

Niedziela,
godzina 6:15: Beeeep * beeeeep * beeeep...... po chwili cisza. Pierwszy budzik już za mną...
godzina 6:30: Beeeep * beeeeep * beeeep...... po chwili cisza. Drugi budzik już za mną...
godzina 6:45: Beeeep * beeeeep * beeeep...... Trzeci budzik już za mną... Kto w niedzielę nastawia budzik na tak nieludzką porę!!! O kurcze to ja!!!! Szybko wstaje i:
godzina 7:00: Beeeep * beeeeep * beeeep...... po chwili cisza. Ja już robię sobie śniadanie pakując się i obmyślając plan dojazdu do centrum jednocześnie. Plan następujący: wychodzę ASAP (as soon as possible  = jak najszybciej się da) wsiadam na rower i sprawdzam autobusy przy głównej ulicy. Jeśli jakiś szybko ma w planie podjechać to czekam, jeśli nie to pędzę na rowerze na 8:10 do centrum. Na moje szczęście podjechał autobus i byłem przed czasem.
Koleś od ulotek niepoukładany, w pomieszczeniu (chyba jego domu) bałagan niesamowity, strasznie rozwleka swoje czynności. Jakby miał wszystko wcześniej przygotowane lepiej by mu to wychodziło, no ale nie mi to oceniać. Dopiero o godzinie 9:10 byłem w terenie. W torbie miałem 3 rodzaje ulotek po 500 sztuk, czyli razem 1500. Ale to waży! I zaczęło się chodzenie od skrzynki do skrzynki, prawie jak listonosz, tylko ja zostawiałem śmieci i zapychałem ludziom skrzynki. Przynajmniej pozwiedzałem nową okolicę.
Około godziny 12 musiałem już wracać, ponieważ miałem zdążyć na 13 na Mosman, gdzie razem z Malinką wybieraliśmy się na imprezę do jej szefa. Prawie się wyrobiłem. Niestety to niedziela i komunikacja beznadziejna. Punkt 13 wyruszyłem promem. Po drodze plan się zmienił, że mam do nich dołączyć przy stacji kolejowej gdzieś na St. Leonards. A gdzie to jest??? Wiedziałem tylko, że gdzieś na północ od North Sydney. Wsiadając do kolejnego autobusu, podczas kasowania biletu zostałem zauważony przez.... Malinkę! No to już nie muszę szukać stacji tylko razem dojedziemy na miejsce :)
Spotkanie bardzo, bardzo przyjemne. Nie będę tu opisywać i dodawać zdjęć, ponieważ Malinka już wszystko zrobiła :) Powrót do domu też bardzo długi, ale na szczęście pociągi i autobusy w miarę dobrze podjeżdżały. Po drodze odebrałem rower i dojechałem do domu, gdzie nareszcie moje nogi mogły odpocząć po intensywnej niedzieli...

sobota, 7 listopada 2009

W tą i z powrotem, czyli problem komiwojażera

Na początek chciałbym przeprosić za opóźnienia, ale są one związane z popsutym zasilaczem do mojego laptopa i przez to nie mam jak pisać, a niestety na telefonie by było to po pierwsze nieprzyjemne po drugie powolne. Zdecydowałem się, że najwyżej będą małe opóźnienia...

Na początek dnia doświadczyliśmy zmodyfikowanej wersji problemu komiwojażera, otóż mieliśmy:

  • sporo bagażu do przewiezienia z miejsca A do punktu B
    • dwie spore walizki
    • dwa laptopy (w tym jeden zepsuty)
    • dwa rowery, jeden z popsutą kierownicą (jeden kask i jedno tylne światełko)
    • dwie torby materiałowe z żywnością
    • dokumenty, materiały ze szkoły i inne papiery (wbrew pozorom uzbierało się już tego trochę) 
    • kosmetyki, chusteczki, waciki ($300 hihi) i inne takie lekkie ale zajmujące miejsce rzeczy
    • niezliczoną ilość drobiazgów poukrywanych w różnych szufladach, szafkach i gdzieś na wierzchu
  • ograniczoną liczbę godzin na wykonanie zadania
  • odległość na 
    • 2h spaceru, albo 
    • 1h roweru, albo 
    • od 1h - 2,5h komunikacją miejską
    • 15 min taksówkę 
    • 1 min teleportem (albo i mniej)
Odległość do pokonania pieszo ale bez walizek i dodatkowych kilogramów. Wielbłądami nie jesteśmy i też wielbłądy tu nie żyją, więc na pieszo odpada. Rowery... będzie trzeba raz po nie przyjechać i wrócić na nich, ale to już jak się uporamy ze wszystkimi bagażami. Taksówka odpada z racji braku funduszy, a teleportu jeszcze nie wymyślili, więc zostaje komunikacja miejska. Teraz pytanie ile razy będziemy musieli pojechać i wrócić i jak bardzo załadowani i ile czasu nam to zajmie?

Na początku bez pośpiechu powoli się pakowaliśmy, jednak jak już wybiła 12:30 to się zaczęliśmy niepokoić i szybko sprawdziliśmy rozkład autobusów. Kolejny za 4 minuty!!!
-Szybko, łapię laptopa, dużą walizkę i torby z jedzeniem i jadę!
-Nie zdążysz!
-Następny autobus dopiero o 13:30, a mieliśmy odebrać klucze około 13! Damy radę!

I szybko buty na nogi, plecak z laptopem na plecy, dwie torby z żywnością do jednej ręki i walizka z dodatkowymi kilogramami do drugiej. Bieg na złamanie karku po schodach, potem po ulicy do przystanku, ale się udało, zdążyłem! Przesiadka w North Sydney poszła nawet sprawnie, tylko 20 min czekania (jak na sobotę to jest dobry czas). Dojechałem prawie pod sam dom. To prawie robi WIELKĄ różnicę, ponieważ trzeba było jeszcze się wdrapać na szczyt wzgórza na którym jest nasz domek. W tym czasie dostałem informację, że nie muszę się śpieszyć, ponieważ klucze (=lokatorzy z którymi byliśmy umówieni) dopiero teraz czekają w centrum na prom aby przypłynąć na Mosman. A ja już praktycznie pod drzwiami... Na szczęście miałem w zanadrzu telefon z kolejnym odcinkiem "Friends" i czas zleciał chyba najprzyjemniej...
W nowym domciu poszło w miarę sprawie, ponieważ wypakowałem dużą czerwoną walizkę, zostawiłem resztę rzeczy i pojechałem po kolejną porcję. I tu niestety mniej szczęścia, ponieważ autobus zdążył mi uciec. Na North Sydney też musiałem trochę czekać, więc jak już wróciłem, po pierwszym okrążeniu zrobiła się godzina 16:30!
Kolejny autobus odjeżdża o 17:03, więc szybkie dopakowanie, przekąszenie pizzy, która jako jedyna do jedzenia została i w drogę. Dowiedziałem się jeszcze od już byłej współlokatorki, że jeśli chcę to mogę jutro razem z nią roznosić ulotki aby zarobić parę centów. Tak zdesperowany zgodziłem się.


Autobusy podjechały o czasie, więc nawet dużo czasu nam nie zajęło przemieszczenie się do nowej lokalizacji. Zostały do zabrania jeszcze tylko rowery!
Gdy wychodziliśmy z nowego mieszkanka, było już można zauważyć, że słonko chyli się bardziej ku Polsce, w Australii swoją pracę już wykonało. Nie była to dla nas dobra wiadomość ze względu na brak odpowiedniego oświetlenia oraz funkcjonowania kierownicy jednego z rowerów. Postanowiliśmy wcześniej jeszcze podjechać do sklepu aby zaopatrzyć się w potrzebne przyrządy zwiększające bezpieczeństwo. Nadrobiliśmy dodatkowe 5 km, straciliśmy 1,5h i dowiedzieliśmy się, że sklep czynny w sobotę tylko do 19, a była już 20:50 i ciemno! Postanowiliśmy jednak, że rowery odbierzemy mimo wszystko żeby już tam nie wracać. Jechało się ciężko, tak że na ostatnim odcinku wstąpiliśmy do sklepu po sok, aby dowodnić nasze organizmy. W domciu sprzątanie, układanie, oraz znajdowanie nowego miejsca dla wszystkich tobołów, które przywieźliśmy do 3 nad ranem. Jutro pobudka o 6:30, ale nie to mnie martwi. Gorzej z dojazdem do centrum w niedzielę. Pierwszy prom rusza dopiero o 9:35, a ja mam tam być o 8:10! Czeka mnie albo jazda na rowerze, albo... Dobry plan - to podstawa!

piątek, 6 listopada 2009

Pracowe rozmyślania

Każdy dzień bez pracy to strata. Codziennie ma się również nadzieję, że to może dziś się uda zarobić na chleb. Jednak po dłuższym okresie niepowodzeń, każdego dnia nadzieja jest odrobinę mniejsza. Każda strata (jakakolwiek) wiąże się z nieprzyjemnym stanem. Kilka nieprzyjemnych sytuacji po sobie prowadzi do negatywnego samopoczucia, które to może wywołać coraz to bardziej pesymistyczne myśli. Myśli te powodują pogorszenie samooceny, która jest potrzebna aby znaleźć pracę.
Gdybym już pracował przez ten czas, który poświęciłem na szukanie zapewne nie musiałbym się martwić na najbliższy miesiąc. Gdybym dostał pracę mógłbym spokojnie sobie zaoszczędzić na aparat, na kurs surfingu, na podróże. Gdybym, gdybym, gdybym może już przestał gdybać tylko pracował... Kurcze nawet to mi nie wychodzi!!!
Nawet zdając sobie sprawę z powyższego błędnego koła ciężko jest pytać się w każdym napotkanym potencjalnym miejscu o pracę z uśmiechem i udawaniem, że jest się zadowolonym z siebie (czyt. odpowiedzialnym pracownikiem, zachęcającym klientów do zostawienia większej ilości banknotów z ich portfeli). Nie jestem w stanie przekonać, że moje doświadczenie jest wystarczające, a znajomość języka na tyle komunikatywna, aby mnie zatrudnić. Chciałbym, aby ktoś dał mi szansę wykazania się...
Przepraszam Cię drogi czytelniku za ten dzisiejszy wpis. Jeśli chciałbyś wiedzieć jaki był dzisiejszy mój dzień to w skrócie: szukanie pracy w terenie --> szkoła --> szukanie w szkole w internecie (z powodu awarii mojego zasilacza) --> wygonienie mnie z sali, bo już była późna godzina --> powrót do domu i przekąszenie czegoś --> oczekiwanie na Malinkę --> odpoczynek. Tak i tyle, czyli nic ciekawego, oryginalnego, interesującego tylko kolejny dzień, tydzień, miesiąc do tyłu bez oczekiwanego rezultatu!
Za to jutro może być ciekawie, ponieważ będziemy się przeprowadzać!

czwartek, 5 listopada 2009

Coraz większy pesymizm


Czwartek, jak to czwartek, zaczyna się intensywniej, z powodu wcześniejszych zajęć. Chciałem napisać, "wcześniej", jednakże zawsze staram się już wstawać o tej samej porze, co różnie mi wychodzi i czasami powstają poślizgi dochodzące do 45 minut :)
Po zajęciach postanowiłem zmienić taktykę szukania pracy. Pojechałem do domu zrobiłem sobie coś do jedzenia i z pełnym żołądkiem i dużą dawką energii wyruszyłem na dalsze poszukiwania w nowe dzielnice. Wybrałem sobie jeszcze gorzej niż wczoraj, a mianowicie idąc około 6 kilometrów natrafiłem może na 3 otwarte rzeczy, w tym jeden lokal w którym udało się zostawić resume, tylko co z tego? Chcąc przyśpieszyć poszukiwania i zwiedzanie nowych okolic w strugach deszczu wsiadłem do pierwszego lepszego autobusu, który nadjechał.
Pan kierowca jechał do centrum, gdzie się przesiadłem i pojechałem po Malinkę. Tam już tradycyjnie pomogłem pownosić wszystkie stoły, krzesła i ogrzewacze do środka. Do domu odwiózł nas przemiły kucharz, a raczej piekarz pizzy.
W domu myślałem, że sprawdzę aktualne oferty z pracą, jednakże mój zasilacz do laptopa się na mnie porządnie obraził i nie myślał nawet by się włączyć chociaż na chwilę. Dziś w jednym serwisie powiedzieli, że nie da się z tym nic zrobić i zaproponowali mi kupić taki zasilacz pasujący do wszystkich laptopów za "jedyne" 85$. To ja już podziękuję...

I tak kolejny dzień się kończy dla mnie bez pracy i tak aby jeszcze bardziej mnie zdołować bez laptopa...

środa, 4 listopada 2009

Pierwsza kolizja...

Pada deszcz, czyli raczej z roweru dziś nie skorzystam. Na początku zaplanowałem podskoczyć do sklepu aby naprawić zasilacz do laptopa, ale okazało się, że był jeszcze zamknięty. A czego miałbym się spodziewać przed godziną 10 :(
Autobus spóźnił się ponad 20 minut, ale na szczęście nie śpieszyło mi się tak jak zazwyczaj. Postanowiłem, że przed zajęciami pojadę do tego miejsca, które ma się otworzyć za kilka dni, a nie udało mi się zostawić resume ze względu na brak menadżera. Na miejscu okazało się, że niestety menadżera znowu nie ma i nie wiadomo, kiedy wróci. Miejsce wygląda świetnie, jednakże strasznie dużo papierów, listów i wszelkiego rodzaju kartek leżało na ziemi... Na barowym stole było już trochę lepiej. Znalazłem dwa resume innych osób. Nie zastanawiając się dołożyłem swoje.
Mając jeszcze trochę czasu w zapasie podjechałem autobusem do szkoły skorzystać z internetu i przy okazji sprawdzić świeże oferty pracy w internecie. Po drodze ekipa od kwiatków stawiała na chodniku takie oto piękne donice (wysokość około 2,5m) z jeszcze nie dojrzałymi truskawkami:



Jak skończą mi się wszystkie oszczędności na życie to już wiem gdzie i czym będę się żywił :)
Ale w sumie to jest mniej ważne od tego, że na światłach w tył autobusu, w którym jechałem wjechała taksówka! Silnik zaczął wydawać strasznie dziwne dźwięki i wszyscy musieli opuścić pojazd... To wszystko przez ten deszcz, który mży od początku dzisiejszego dnia... Pierwsza i miejmy nadzieję, że ostatnia kolizja zaliczona. Spacer do szkoły też mi dobrze zrobi.
Na zajęciach zostaliśmy poinformowani o rezultacie poniedziałkowego testu! Dostałem 76/100 ptk. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o ocenę z nauki języka obcego to jeden z nielicznych egzaminów, który poszedł mi tak dobrze! Niestety nie zakwalifikowałem się do przeniesienia na wyższy poziom (zabrakło 4 punktów). Najgorzej poszła mi część z gramatyki, a najlepiej rozumienie słuchanego dialogu/tekstu/informacji.
Po szkole "zwiedziłem" nową dzielnicę, gdzie na moje nieszczęście, nie było nic, gdzie mogliby mnie zatrudnić :( W planie miałem jeszcze podjechać na Mosman, do jednego miejsca, gdzie jeszcze nie zostawiłem po sobie śladu, ponieważ nie miałem RCG. Po odczekaniu swojego udało mi się porozmawiać z managerem, który oprócz mojego resume wziął kopie RSA i RCG. Na koniec rozmowy powiedział, że to co już mam w głowie od 2 tygodni, czyli że oddzwonią jeśli będą kogoś szukać...
Pierwszy lepszy autobus zawiózł mnie w okolice gdzie Malinka pracuje. Chciałem zrobić niespodziankę, ale doszedłem do wniosku, że nie ma co jej stresować.
W domu zasilacz zaczął działać, niestety tylko przez jakiś czas i ponownie się obraził i piszczał. Zaczyna mnie to coraz bardziej niepokoić co się z nim dzieje :(

wtorek, 3 listopada 2009

Melbourne Cup 2009, czyli nauka australijskiej kultury

Bezpośredni autobus do miasta jak zwykle przyjechał niepunktualnie, czyli albo o 3 minuty za wcześnie, albo 8 minut po czasie. Najgorsze jest to, że nigdy nie wiadomo którą opcję wybierze i trzeba być 5 minut przed przyjazdem. Z dwojga złego wolę tą drugą opcję i tak było dzisiejszego dnia... Na przystanek doszedłem 3 minuty po godzinie, która widnieje na rozkładzie jazdy, ale widząc już wcześniej pięknie ustawioną kolejkę na przystanku nie chciało mi się nawet przyśpieszyć, w końcu 7:43 :D
W szkole nowa nauczycielka od zajęć dodatkowych, na których poprawiam swoją umiejętność pisania w obcym języku. Nauczycielka ta jest dopiero od 2 tygodni w Australii, a pochodzi z Wielkiej Brytanii. Po pierwszym zdaniu udało się już to usłyszeć... Jak dla mnie trochę nudniej prowadziła od swojej poprzedniczki, no ale jest świeżo po anglistyce więc można jej wybaczyć.
Dzisiaj można powiedzieć jest święto narodowe Australijczyków, otóż na Melbourne Cup cała Australia się zatrzymuje. Melbourne Cup, czyli wyścigi konne, które już trwają od kilku dni, ale dziś był ten najważniejszy wyścig, najlepszych z najlepszych. 3200 metrów cwału 24 koni (dziś jednego zdyskwalifikowali). Główny wyścig rusza zawsze w pierwszy wtorek listopada równo o godzinie 15:00 czasu Sydney.
Zgadza się o tej godzinie powinniśmy jeszcze grzecznie się uczyć w szkole na zajęciach, jednak jak bywa w wielkie wydarzenia i święta w Australii, z całą nie tylko klasą ale i szkołą poszliśmy do BARu!!! Wcześniej jednak aby poczuć tą adrenalinę związaną z wyścigami mieliśmy szansę obstawić swoich faworytów, czyli konie które według nas wygrają. Można było zabawić się w klasie losując jednego konia za 1$ i/lub/albo obstawić prawdziwe zakłady bukmacherskie. Ja skorzystałem jedynie z możliwości zabawy z klasą i wylosowałem dwa konie. Wygrany koń, a raczej szczęśliwy posiadacz kuponu z jego imieniem dostaje 60% całej puli, 2 miejsce 30%, a trzecie 10%. Reszta płaci za wygranych :) Prawdziwe zakłady są bardziej skomplikowane aby je opisać, ale zainteresowani na pewno znajdą coś w googlu :)
Do tego wszystkiego był jeszcze konkurs kapeluszy i nakryć głowy. Tu jest taka tradycja, że (głównie Panie, ale i panowie również) zakładają przedziwne i przeciekawe kapelusze. Jako, że już została przywieziona czapka zimowa to ją na tą okazje założyłem. Muszę dodać, że dzisiejszego dnia było strasznie gorąco, zwiastun prawdziwego lata, prawie 40 stopni!!! Chodzenie z taką czapką w taką pogodę było ciekawym przeżyciem. Dla przypomnienia czapka wygląda następująco:


Tuż przed rozpoczęciem całej zabawy przyjechała do mnie Malinka na moim wspaniałym podrdzewiałym rowerze!!! Musimy poznać ścieżki rowerowe z domu do centrum, bo są jakoś dziwnie poukrywane, albo znikają...
Niestety konkursu na super nakrycie głowy nie udało się wygrać.



Napięcie rosło z każdą chwilą, aż rozpoczął się wyścig. Emocje coraz większe z każdą sekundą biegu. Każdy w ręku trzyma kupony ze swoimi zakładami i patrzy się w telebim, który koń prowadzi.






Ostatnie sekundy wyścigu to same krzyki, i popędzanie "swojego" konia. Jakby to coś miało zmienić... No i ta ostatnia najbardziej ekscytująca sekunda, kiedy to już okazuje się który koń wygrał. W tym momencie gdzieniegdzie słychać okrzyki radości, aplauz i częściej chyba dźwięki rozczarowania.







To ostatnie przytrafiło się mi... No niestety jakoś nie mam właściwości przyciągających pieniądze. Cieszę się, że przeżyłem co to znaczy Melbourne Cup połączony z hazardem.
Po tym emocjonującym wydarzeniu Malinka pojechała autobusem do pracy, a ja wróciłem w ramach oszczędności i "odpracowania" przegranych pieniędzy, rowerem do domu, gdzie nadrobiłem zaległości w obowiązkach w internecie. Na nieszczęście ponownie popsuła mi się ładowarka i mój sposób podłączania jej ponownie nie zdał rezultatu. Jutro czeka mnie jeszcze wyprawa do sklepu komputerowego w celu naprawy...

poniedziałek, 2 listopada 2009

Rower i jego świat. Szukania pracy ciąg dalszy...

Na dzień dzisiejszy zaplanowałem sobie sporo, głównie sprawy związane z poszukiwaniem pracy, ale i też bardziej przyjemne jak sprawdzenie, czy mój rower jeszcze stoi tam gdzie go wczoraj zauważyłem!!! To co miałem zrobić odwróciło swoją kolejność ale bardzo dobrze się stało.
Rano miałem pojechać spróbować się spotkać z kobietą, która potrzebuje osoby na stanowisko sprzedawcy w sklepie związanym z telekomunikacją, jednakże za wcześnie wyszedłem z domu i wcześniej pojechałem po rower. I wiecie co? Udało się mam rower!!! Co z tego, że łańcuch ma trochę zardzewiały, tak jak przód nad widełkami trzymającymi koło. Co z tego, że koła są kompletnymi flakami? Tak aby przybliżyć wygląd tego oto roweru umieszczam kilka zdjęć:





Tak oto mój rower w całej swojej okazałości! Na dwóch flakach ciężko było się poruszać, więc kierując się s w stronę miejsca w którym miałem jeszcze do zostawienia resume szukałem stacji benzynowej z kompresorem. Tak urządzenie, które wykonuje taką samą pracę, a funkcjonuje zupełnie inaczej. Jak obsłużyć kompresor mając cztery przyciski na głównym pulpicie z kawałkiem rurki gdzie nie dało się nic nacisnąć, aby rozpoczął proces uzdatniania mojego roweru do jazdy. Postanowiłem być niemęski, ale za to nie tracić więcej czasu i zapytałem o pomoc pracownika stacji. Niestety po spędzeniu 10 minut też nie potrafił uruchomić i powiedział, żebym pojechał na stację konkurencji 800 metrów dalej.
Niestety kompresor wyglądał identycznie z tą różnicą, ze miał urwany zaczep przy końcu rurki, gdzie leci, a przynajmniej powinno lecieć powietrze. Instrukcji obsługi nie było, ale za to podjechał jakiś pan z pół flakiem czerwonym audi, pozaciskał przyciski i zaczęło syczeć, napompował co trzeba i odjechał. Chwila na zastanowienie i mi też się udało. Było nastawione na 35 czegoś, ale na pewno nie atmosfer. Opony szybko stwardniały od ciśnienia, a ja zadowolony mogłem w pełni korzystać z uroków posiadania roweru. Podwójne amortyzatory uprzyjemniają mi jazdę, więc na początku przejechałem się pod lokal gdzie miałem przyjść w ciągu dnia aby zobaczyć się z menagerem. Niestety był jeszcze zamknięty, w końcu godzina 9:45 rano nie zobowiązuje do otwierania baru, gdzie ludzie zazwyczaj przychodzą wieczorami...
Postanowiłem znaleźć jakieś miejsce oddalone od ruchliwej ulicy aby spokojnie zadzwonic w sprawie sprzedawcy telekomunikacyjnego. Okazało się, że zbierają na razie CV, a później będą się kontaktować ze szczęśliwacami...
Później pojechałem na drugi koniec tej części miasta (w końcu teraz taka przejażdżka zajmuje mi 20 minut a nie jak wcześniej na piechotę 2 godziny) gdzie z internetu wiedziałem że kogoś potrzebują. Niestety po intensywnych poszukiwaniach miejsca nie znalazłem :(
Wróciłem do baru gdzie już byłem i... mam zadzwonić w środę między 10 a 11...
Dobrze by było zostawić rower już w okolicy nowego mieszkania, aby później nie było problemu przy przeprowadzce. Dojechałem do przystani skąd odpływają statki do centrum. Niestety uciekł mi, za to miałem chwilę, aby zrobić zdjęcia, które wyżej umieściłem, więc może dlatego łańcuch nie jest już taki zardzewiały jaki był, w momencie kiedy rower odbierałem.
W centrum poszedłem do restauracji, gdzie spotkałem poprzednio polaków, tuż miejsca gdzie "parkują" takie statki:
 
To jest akurat jeden z mniejszych... taki ogromny ma przypłynąć około 6 stycznia. Pechowo nie udało się spotkać z menażerem, ale za to ponownie zostawiłem swoje resume.
Niestety zaczął mnie gonić czas, bo zrobiła się godzina przed 12, a ja muszę się jeszcze dostać do szkoły. Komunikacja miejska nie zawiodła i zawiozła mnie w miarę sprawnie w okolice. Jeszcze przydało by się znaleźć chwilę aby zjeść lunch z domu, który robiliśmy z Malinką o godzinie, która wskazywała, ze należy już zmierzać w stronę miejsca odpoczynku. Sobą bym nie był gdybym czegoś nie zapomniał... Uff na szczęście to nie była ta sałatka ryżowa, tylko łyżeczka. Muszę przyznać, że taka sałatka inaczej smakuje jak się je normalnymi sztućcami, a jakimś drewnianym patyczkiem - mieszadełkiem, przypominający patyczek do lodów. Szczególnie, że jeszcze kończyłem jeść pisząc już egzamin :)
Zajęcia ze względu na test skończyły się wcześniej, więc miałem więcej czasu na poszukiwania w dwóch nowych dla mnie dzielnicach: Wooloomooloo oraz Darlinghurst. Na moje nieszczęście w pierwszym miejscu do którego trafiłem zostałem wyśmiany jak tylko zadałem pytanie o możliwość pracy. Jak to ja chcialem się dowiedzieć dlaczego, może jakiś wyraz przekręciłem, albo mam coś narysowane na twarzy, różne pomysły zdążyły mi przyjść przez tą krótką chwilę w której zapytałem się z powodu radości najprawdopodobniej menadżerki. Otóż okazało się, że tego dnia (a była dopiero może 16:00) byłem przynajmniej 20 osobą, która się zapytała o prace!!! 
Komunikat dla mnie jasny konkurencja ogromna szanse małe, ale chciałem się przejść po tych dzielnicach. Dotarłem po drodze do miejsca które ma się otworzyć 7 listopada. Jak już tego dnia zdążylem przywyknąć, albo nie ma menadżera, albo już było 20 innych kandytatów, albo... no właśnie mam przyjść jutro w godzinach 11-15.
Tak krążąc i roznosząc swoje resume (ver. 3.4) dotarłem nawet do jakiegoś baru gejowskiego, gdzie też zapytałem się o pracę... że to był bar gejowski zoriętowałem się w momencie zadawania pytania. Koleś szybko mnie przeskanował i dał odpowiedz (uff!) negatywną :) kilka miejsc było jeszcze o tej porze  zamkniętych. Można było zobaczyć natomiast za szybą, ze leżą koperty. Postanowiłem wsunąć tam swoje resume, na pewno nic nie zaszkodzi, a może pomoże...
W sumie dzielnice nie były na takie duże jak wyglądały, ale dały się odczuć w nogach. Regenerujący sok 3 litrowy za 2,79$ przywrócił siły. Jakiś autobus podjechał i wywiózł mnie pod przystań, gdzie za 3 minuty odpływał prom na Mosman, czyli tam gdzie jest mój rower!!!
W drodze z jeszcze nie naszego ale nowego przyszłego mieszkania do obecnego odwiedziłem Malinkę w pracy i po około godzinie znalazłem się w domu, gdzie cowieczorny zestaw obowiązków wykonałem.

niedziela, 1 listopada 2009

Wyprawa w nieznane po... rower

Na godzinę 13 umówione spotkanie w okolicy w której jeszcze nie mieliśmy okazji być. Dotarcie tam zajęło trochę czasu, jednakże po uporaniu się z różnymi rodzajami biletów (każdy na inny okres czasu, inne środki komunikacji) dotarliśmy w miarę sprawnie. Zwiedziliśmy "polskie china town" w którym jest Polish Club, gdzie kupiliśmy trochę polskich łakoci :)


Następnie wizyta u znajomego od którego udało się odkupić rower dla Malinki!!! Powrót do centrum nie był problemem, ponieważ udało się przewieźć rower pociągiem, gorzej z centrum do domu. Tu już 12 km drogi pełnej stromych podjazdów.
Już po przejechaniu pierwszych 200 metrów zobaczyłem, że jest mały luz w kierownicy. Nie przejmując się jechałem w kierunku mostu, którym miałem się przedostać na północną część Sydney. Po podjechaniu na kolejne górki kierownica zaczynała coraz bardziej się obluzowywać, za to reszta działała jak należy. Na moście podziwiając piękny widok doszedłem do wniosku, że będą to ciężkie do przejechania kilometry. Ścieżka rowerowa dała mi sama to do zrozumienia, ponieważ zjazd z mostu kończył się barierkami, za którymi było sporo schodów i dalej żadnych znaków mogących mi dać minimalną wskazówkę jak dotrzeć do domu. Na szczęście tereny te już nie były mi do końca obce, ponieważ dokładnie w tamtej okolicy w zeszłym tygodniu mieliśmy spotkanie w sprawie śniadania na moście. Nie zastanawiając się długo ruszyłem w stronę północy.
Dwadzieścia minut później po kolejnych kilku stromych podjazdach kierownica szalała jak sama chciała. Ogólne opóźnienie w wykonaniu polecenia skrętu było na tyle duże, że sprawiało to duże zagrożenie dla osób znajdujących się na trasie tego nieokrzesanego pojazdu. Postanowiłem kierując się w stronę ścieżki rowerowej odszukać stację benzynową, gdzie na pewno mają odpowiednie klucze, aby przykręcić kilka śrubek odpowiedzialnych za tą całą niebezpieczną sytuację. Dwa wzgórza dalej znalazłem. Mieli tam skrzynkę z narzędziami gdzie niestety nie znalazłem odpowiedniego klucza :( Był natomiast śrubokręt, którym udało mi się dokręcić dwie odpowiedzialne śruby.
Po przejechaniu parudziesięciu metrów kierownica powróciła do swojego stanu srzed naprawy. Mam przed sobą jeszcze około połowę drogi (nie licząc jazdy w kółko po wewnętrznych drogach osiedlowych).
Teraz na chwilę zmienię temat, ponieważ zanim zostanę posądzony o jakieś złe zamiary to chciałbym to sprostować, otóż jest tu taki zwyczaj, że ludzie wystawiają przed dom niepotrzebne im sprzęty, zaczynając od dywanów poprzez meble i kończąc na sprzęcie AGD i RTV. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia, czy później jest to sprzątane przez kogoś, czy tak leży dopóki tego złomu nie zabierze jakiś "złomiarz" czy bezdomny. Koniec sprostowania :)
Błądząc po północnych okolicach North Sydney zauważyłem, że obok kilku jakichś nieużytków stoi rower. Nie namyślając się długo, zlokalizowałem się na mapie w telefonie i zaznaczyłem to miejsce aby tu wrócić. Rower wygląda na całkiem sprawny, tylko trochę zardzewiały, ale przecież trochę olejem się go poleje i będzie chodzić jak trzeba. Miałem nawet myśl, aby wymienić jeden rower z drugim, aby spokojnie przy sprawnej kierownicy dojechać do domu. Jednak wtedy chciałbym jakoś zapiąć rower Malinki jednym słowem za dużo problemów. Najwyżej jakoś tu podejdę w najbliższym czasie...
Jechałem więc dalej, gubiąc się dalej w okolicach, co chwilę spadając na kierownicę. Chyba już by było łatwiej jechać bez tej kierownicy... Po jakichś 45 minutach jazdy zygzakiem (to wina kierownicy, ja nic nie piłem. Zresztą alkohol jest tu strasznie drogi) dotarłem na ostatnią górkę. Na szczęście mieszkanie znajdowało się za tą górką, czyli zostało tylko z górki na pazurki :) (Dla osób troszczących się o moje zdrowie dodam, że zjechałem zachowując oczywiście duży poziom bezpieczeństwa i niski poziom prędkości nie tylko ze względu na kierownicę, która działała z opóźnieniem, ale i na moje nawyki do ruchu prawostronnego. Tak całą trasę musiałem sobie powtarzać: Trzymaj się lewej. Ci z lewej mają pierwszeństwo. No i oczywiście zabawnie było na rondach, gdzie tu się jeździ w drugą stronę...
W domku jak to w domu szukanie pracy w internecie, robienie czegoś na kolację i na lunch. Na dodatek rower na górkach strasznie wysysa energię :)