sobota, 31 października 2009

Happy Halloween

Dzień minął szybko i (nie)produktywnie, tzn. cały dzień szukania pracy w internecie. Po kolei z 150% dokładnością portal po portalu + własne ogłoszenia że poszukuję. Na jakikolwiek rezultat będę musiał poczekać  zapewne do poniedziałku. Miejmy nadzieje, że się opłaci.
Wieczorem bardzo szybki wypad do miasta zobaczyć jak się Sydney bawi w Halloween. Dużo osób poprzebieranych, z bananem na ustach (czyli z uśmiechem od ucha do ucha).




A teraz aby nie było tak wesoło zdjęcie tylko dla osób o mocnych nerwach. Taka druga strona Halloween... niestety :( Za takie Happy Halloween to ja dziękuję.

piątek, 30 października 2009

Dobrze płatna czy interesująca? Oby jakakolwiek!!!

Z samego rana postanowiłem dokończyć poszukiwania na Circural Quay oraz pozostawiać jeszcze swoje resume w agencjach pracy, w których jeszcze nie byłem.
Początek był mało obiecujący, ponieważ w pierwszej agencji powiedzieli, kiedy się popatrzyli na mój dokument, że nic dla mnie nie znajdą. W restauracji, gdzie wczoraj chcieli, abym przyszedł następnego dnia, już nie było kierowniczki, więc zostawiłem papier u kelnera, który ma donieść to odpowiedniej osobie (95% resume które zostawiam, przechodzi niestety taką drogę i tu jest tak przyjęta polityka, tylko w niektórych miejscach mam okazję porozmawiać z kimś na wyższym stanowisku). Po drodze do biura, gdzie wydrukowałem sobie kolejną partię kartek, znalazłem jeszcze jedno miejsce do którego wczoraj nie dotarłem. Udało się nawet porozmawiać z managerem, który wypytał mnie o doświadczenia i o nazwy drinków, które potrafię zrobić. Więc powiedziałem kilka znanych nazw + to że lubię robić cocktaile z sambuki. Ale oczywiście na koniec ta sama stara śpiewka, że na chwilę obecną nie potrzebują, ale jak zwiększy się ilość klientów to zadzwonią...
W kolejnej agencji mają oddzwonić w przeciągu tygodnia jeśli się nadaję. Jeśli nie zadzwonią, to oznacza, ze moje "kwalifikacje" są za słabe. W następnej powiedzieli, że obecnie nikogo nie szukają i że jak przyjdę za miesiąc to będzie większy ruch, ponieważ zacznie się sezon i może wtedy...
W szkole niespodziewana pierwsza część testu, czyli speaking (mówienie). Losowaliśmy jeden temat i musieliśmy rozmawiać przez 5 minut. W sumie proste i przyjemne. Wylosowałem temat: "pieniądze". Czy są potrzebne, czy uszczęśliwiają. Co bym zrobił jak bym wygrał na loterii, i czy wolę pracę gdzie bym zarabiał dużo, ale za to by mnie nie interesowała, czy na odwrót mało płatna, ale interesująca. Pomyślmy... na chwilę obecną potrzebuje jakiejkolwiek pracy!!! Taki wybór to już luksus :)
Na koniec robiliśmy sobie zdjęcia, ponieważ dwie osoby w tym tygodniu skończyły naukę. Mam nadzieję, że dostanę aby umieścić je tutaj :)
Po szkole dalsze zwiedzanie, gdzie Australijczycy się bawią. Wczoraj znalazłem dwa adresy, gdzie poszukują barmanów. Postanowiłem się wybrać w te miejsca, jednakże dobrze by było mieć przy sobie te adresy. I tu szczęśliwie się złożyło, że Malinka była w domu i mogła włączyć mój komputer gdzie miałem to zapisane. Przesłała mi na telefon i dzięki temu mogłem spokojnie ruszyć w drogę. Jedna restauracja okazała się graniczyć z terytorium wczorajszego obchodu. Rezultat rozmowy: czekają na jeszcze innych kandydatów i daczą znać szczęśliwcowi...
Chciałem znaleźć drugie miejsce, ale niestety mi się nie udało. Muszę dokładnie sprawdzić, gdzie to się znajduje, ponieważ to jest już zupełnie inna lokalizacja. W tamtych rejonach mam zamiar się pojawić jak najszybciej się da, czyli zapewne w poniedziałek przed i po szkole :)
W domku już rytualnie zasiadłem przed ekran i szukałem pracy dalej z przerwą na pojechanie po Malinkę do pracy :)

czwartek, 29 października 2009

Szkoła przechodzenia na pasach czyli różnice polsko-australijskie

Zacznę od podziękowania za pozytywne komentarze i maile podtrzymujące mnie przy nadziei... Dziękuję, to dużo dla mnie znaczy!!!
Poranne zajęcia mi nie służą, szczególnie po tak ciężkim weekendzie. Nieodespanie wciąż odczuwalne, zmęczenie nóg z każdym krokiem coraz większe. Nic się nie da poradzić, trzeba pędzić do przodu.
Na zajęciach zadzwonił mi telefon, którego nie zdążyłem odebrać ponieważ od czasu do czasu mój telefon ma taki kaprys, że pomimo, że się "naciska" przycisk odbierania, nic poza tym się nie zmienia (czasami ma kaprys, że nie pokazuje przychodzącego połączenia i później tylko informuje, że się nie odebrało...). Nie zdążywszy opuścić sali już do niej wróciłem. Oddzwoniłem na długiej przerwie, starając się jak najbardziej mówić płynnie, gramatycznie i zrozumiale po angielsku. Jakoś już nawet mniejszy stres jest z tym związany... Niestety potrzebowali kogoś od poniedziałku do piątku na godziny, kiedy ja mam angielski.
W szkole dowiedziałem się, że w poniedziałek wszyscy będą mieć test. Taka miła niespodzianka. Przynajmniej się okaże, czy ten angielski coś mi już dał :)
Przed wyjściem zdążyłem jeszcze skserować podwójną dawkę ulotek w porównaniu z dniem wczorajszym i ruszyłem na łowy w kolejne miejsce. Celem tym razem było "Circural Quay" tuż obok dzielnicy w której byłem wczoraj.
Nie dosyć że chodzę tak aby nie ominąć jakiejkolwiek uliczki, teraz zaczynam chodzić aby po kolei przejść każdą dzielnicę. Niestety dzisiaj poszło gorzej niż wczoraj. Pomimo, że spędziłem ponad trzy razy więcej czasu to jeszcze nie oddałem wszystkiego co miałem do oddania :( Godzina zaczynała się robić późna i w części miejsc mówili mi abym im teraz nie zawracał głowy bo są bardzo zajęci!
Z dużo mniejszym optymizmem powróciłem do swojego miejsca noclegowego. Wieczorem jeszcze zapłaciliśmy za mieszkanie w którym mieszkamy.
Do dzisiejszego dnia jeszcze muszę opisać pewną różnicę w funkcjonowaniu władz i podejściu ludzi do obowiązującego prawa... Otóż stałem sobie i czekałem aż się zapali zielone światło na przejściu dla pieszych. Tutaj chyba ludzie mają większą cierpliwość, bo czasami można czekać nawet i dwie minuty na sygnał aby ruszyć. I tak przez krótką chwilę uzbierało się dużo osób chętnych aby przejść przez jezdnię, w tym czworo policjantów. Tak czekaliśmy i czekaliśmy aż w pewnym momencie jedna jedyna kobieta ruszyła nie czekając na zielony sygnał oraz dźwięk (tutaj na każdym przejściu jak się zapala zielone światło można usłyszeć charakterystyczny dźwięk, jakby "ćuu"). Kobieta ta spokojnie sobie przeszła nie przejmując się niczym, chociaż wcześniej zauważyła, że za nią stali policjanci, którzy widząc to wszystko nawet nie kiwnęli palcem tylko dalej między sobą rozmawiali. Taką sytuację już zauważyłem kilkakrotnie. Wydaje mi się, że w Polsce mandat 100 PLN murowany!!! Ale jak to mówią co kraj to obyczaj, a ja właśnie lubię poznawać różne obyczaje :)

środa, 28 października 2009

Pozytywniej, ale bez odzewu...

Dzień w sumie minął bardzo pozytywnie. Z samego rana kurs RCG (też występuje tu nazwa RSG, ale lepsza jest ta z "C") na którym prowadząca mówiła z akcentem typowo australijskim i musiałem się przez 10 minut przyzwyczaić :) Po chwili już rozumiałem "normalnie" i podkreślałem w książce to co prowadząca mówi, że jest ważne. Oczywiście wszystko potem co było podkreślone, trzeba było przepisać na kartkę z testem, więc tak jak na kursie RSA nie było problemu aby to zaliczyć. Tym razem nie było uzupełniania grupowego. Może dlatego że w sumie były tylko 4 osoby na tym kursie, ale też jakoś tak grupa była mało aktywna... Ważne, że uchyliłem trochę drzwi i mam teraz większe możliwości zatrudnienia.
Ubrany w mój ulubiony garnitur sztruksowy, kolorową koszulę i kapelusz ruszyłem z nowym doświadczeniem RCG w drogę (nie za bardzo dobrze znaną) od baru do baru roznosić kolejne ulotki - resume. W pierwszym miejscu w pobliżu gdzie robiłem kurs spotkałem i rozmawiałem od razu z managerem. Bardzo miło bo się zainteresował bardziej zapytał się o wizę i o godziny w jakich mogę pracować. Zobaczył kursy wypytał się o doświadczenie. To wszystko mnie ucieszyło ponieważ podobnie wyglądało u Malinki. Jednak nie robię sobie nadziei bo nic nie wiadomo...
Naładowany pozytywniejszą energią poszedłem dalej gdzie w sumie wydaje mi się, że poszło lepiej. Na pewno strój robił dużo pozytywnego wrażenia i ja się w nim pewniej czułem. W takim stanie postanowiłem przejść się po dzielnicy "the Rocks". To jest dzielnica gdzie zostały wybudowane pierwsze budynki w Australii. W tej okolicy zatrzymują się statki na których jeszcze przed planami wyjazdu do AU myśleliśmy aby pracować. Piękna okolica, ale by było miło tu pracować. Może uda się pracować w restauracji gdzie większość ekipy kelnerów to Polacy. Bardzo mi się spodobało to miejsce, ale znowu się nie nastawiam. Zostawiłem i czekam na odpowiedz. Już bym tak bardzo chciał aby ktoś się odezwał!
W sumie w ciągu 1,5 godziny skończyły mi się kartki z zapisanym doświadczeniem, więc wróciłem do domu, gdzie dalej poszukiwania trwały przed ekranem laptopa. Musze jeszcze dopisać, że ładowarka sama się jakoś naprawiła, po tym jak ją zabrałem na przejażdżkę do miasta :) Chociaż zdaje sobie sprawę, że w każdej chwili może odmówić posłuszeństwa!

wtorek, 27 października 2009

Powolna utrata nadziei

Praca nie daje mi spokoju, a raczej jej brak. Wczoraj wieczorem obliczyliśmy, że po opłaceniu tygodnia mieszkania w obecnym miejscu + kolejne tygodnie i bond (=kaucja) do nowego i nie mamy już nic na życie. To znaczy ja nie mam...
Jutro zacznie się dokładnie czwarty tydzień pobytu w Australii. Plan był znaleźć pracę w ciągu pierwszego miesiąca pobytu. Niestety jeśli chodzi o mnie to powoli zaczynam tracić nadzieję...
Może w taki negatywny nastrój wpadłem przez pogodę, może przez zmęczenie, a może interakcję obydwu tych czynników (przepraszam za naleciałości statystyczne  po uczelni).
Od tego niewyspania jeszcze  zostawiłem swojego pendriva w szkole. Mam nadzieję, że go odzyskam, bo miałem tam kilka ważnych plików. Nic czego nie mógłbym odzyskać, ale odczuwam stratę. Jutro raczej mnie nie będzie w szkole ponieważ zapisałem się na kurs RSG. Coś w stylu RSA tylko potrzebny do miejsc gdzie są jakieś automaty z grami (hazardowymi). W kilku miejscach powiedzieli, że nie mam co nawet im zostawiać swojego resume bez tego kursu, czy tez certyfikatu. Może dzięki temu coś się ruszy. Na pewno nie zaszkodzi!!!
Po szkole z trudnościami komunikacyjnymi (telefonia, a raczej bramka SMS nawaliła) spotkalem się z Malinką na Mosmanie, czyli przyszłej naszej dzielnicy, gdzie jeszcze raz przeszukaliśmy okolice zostawiając po sobie ślady w postaci moich ulotek z życiorysem. W większości miejsc już byłem, kilka odkryliśmy nowych, ale wszędzie rezultat taki sam, czyli biorą resume i jak będę potrzebny to się odezwą.
Przemieściliśmy się komunikacją nożną do North Sydney, gdzie jeszcze udało się zostawić kilka, uaktualnionych o wolontariat na moście oraz jutrzejszy kurs, resume. Efekt bez zaskoczenia ten sam, nigdzie nie szukają a ja raz zrobiłem z siebie głupka, ponieważ: poszedłem do jednego baru, zapytałem o pracę;  poszedłem do lokalu tuż obok, znowu się zapytałem o to samo i ku mojemu zaskoczeniu był to ten sam koleś co w poprzednim!!! No cóż, bywa... Ale muszę być lepiej przygotowany na takie sytuacje :)
Zmęczenie dokuczało coraz bardziej, więc nie było co wchodzić ze znużoną zmęczoną życiem miną i pytać ze sztucznym uśmiechem na ustach o prace. W domu to co zwykle, czyli kolejne wysłane resume i spać aby mieć siły na jutrzejszy kurs o tym że hazard uzależnia...

poniedziałek, 26 października 2009

Niepogodnie ponuro

Dzień pod znakiem zmęczenia. Pogoda i samopoczucie jak na zdjęciu poniżej:



Niewyspanie się dawało sobie we znaki. Na zajęciach dużo mniejsza efektywność połączona z gorszą koncentracją niestety nie służyła aby przyswoić lepiej język.
Miało być lato a zaczyna być zimno! Boje się, że jeszcze będę żałować tego co właśnie napisałem, ale na razie nie przypomina to Australii. Nawet dziś na zajęciach padło pytanie do grupy w jakim najzimniejszym kraju byliście i jedna dziewczyna odpowiedziała bez wahania (na serio), że w Australii!!!

Po szkole pojechałem do domu, gdzie przy internecie szukałem pracy. Później pojechałem po Malinkę i z powrotem do domu. W sumie nic nadzwyczajnego. Szkoda tylko, że tak ponuro...

niedziela, 25 października 2009

Wymień możliwe funkcje mostu!

Kto rano wstaje temu Pan bóg daje. Chyba przez najbliższy tydzień będę odczuwać dzisiejszy dzień w nogach, ale muszę przyznać, że warto było, ponieważ uczestniczyliśmy w organizacji czegoś wyjątkowego, nowego, twórczego i dla przynajmniej szczęśliwych 6000 osób!!! Ale zacznijmy od momentu kiedy się dowiedzieliśmy co to ma być.
Wszystko zaczęło się od mało widocznej kartki za dużym kwiatkiem w szkole Malinki. Kartka zwykła A4 widać, że ksero słabej jakości, ale mnie bardzo zainteresowała. Zanotowaliśmy sobie pomysł i najważniejsze stronę internetową. Niestety było już za późno aby móc się zapisać i ewentualnie wygrać bilet w losowaniu, jednak nie traciliśmy szans aby się dostać. Malinka wysłała maila z zapytaniem, czy nie można tam być jako wolontariusz i odpowiedzieli: TAK! Trzeba było wypełnić jakiś formularz i im odesłać na maila. Bez wahania zrobiliśmy tak jak kazali. W odpowiedzi zostaliśmy zaproszeni na spotkanie informacyjne na 41 piętrze o którym już wcześniej pisałem 21 października. Rezultatem tego spotkania było to że musieliśmy być przy Milsons Point o godzinie 4:30AM. To oznaczało rano! Do tego dostaliśmy bardzo ładne uniformy składające się z białych spodni, białej koszulki polo z naszytym logiem z przodu oraz z tyłu napisem "volonteer" i do tego zielona czapka z daszkiem również z ponaszywanymi różnymi informacjami. Wszystko wydaje mi się, że jest bardzo dobrej jakości!




Ubranko dostaliśmy, czyli sie zobowiązaliśmy. Pech chciał że o takiej porze nie ma jakichkolwiek autobusów! Niezastąpiony wujek google z mapami ma się bardzo dobrze i dokładnie obliczył, że trasę od domu do miejsca spotkania przejdziemy w ponad półtorej godziny. Dokładnie obliczył tą trasę na 8 km z rana! Czyli wyjść z domu trzeba o 3:00 rano. Przed wyruszeniem w drogę przydałoby się śniadanie (może pizza?) i czas na wymycie, czyli pobudka o 2:00 w nocy. Niestety nie da sie powiedzieć, że nad ranem :(.
Półtoragodzinny marszobieg z samego rana nie jest najmilszą rzeczą jaką można robić w nocy z soboty na niedzielę. Jak doszliśmy na miejsce byliśmy juz zmęczeni, a tu jeszcze cały dzień przed nami!
Rejestracja przebiegła pomyślnie. Dostaliśmy zadanie witania gości na moście i proszenie ich aby przygotowali bilet wstępu + trzymali się w grupie do 5 osób na bilet. Nasze stanowisko nazywało sie bridge approach. Zdradziłem juz miejsce gdzie spędziliśmy poranek, więc teraz czas odpowiedzieć na pytanie: Do czego może służyć most?!? Mi do głowy przychodzą do następujące funkcje:
  • Transport samochodowy
  • Transport autobusowy
  • Transport pieszy
  • Transport kolejowy
  • Transport rowerowy
  • Estetyka konstrukcji i jej piękno
  • Historyczne
  • Widokowe (możliwość wspięcia sie i podziwiania panoramy miasta)
W sumie tyle mi przychodzi do głowy. Jeżeli masz jeszcze jakiś pomysł to zapraszam do dopisania do komentarza :)
Wydarzenie w którym braliśmy udział w realizacji na pewno nie mieści się w sztandarowej odpowiedzi na wyżej zadane pytanie! Aby jeszcze podtrzymać napięcie i zainteresowanie co to było pokażę kilka filmików co się działo przed :)

Wejście wolontariuszy i wszystkich organizatorów na miejsce całego wydarzenia:




Wejście 6000 tysięcznego tłumu! (Tak wchodzili przez prawie dwie godziny!!!)


A teraz filmik, który pokaże jaką odległość musieliśmy przejść. Tam też zdradziłem co się takiego działo na moście i jak to wyglądało! Do tego filmu wymagane są głośniczki :)


A teraz dla osób, które z różnych powodów nie zdołały załadować powyższych filmów i się dowiedzieć czegoś więcej o całym wydarzeniu to teraz dokończę szczegółowy opis.

Jak już wszyscy goście (każdy mógł się zarejestrować i później wygrać bilet dla 5 osób) zdążyli wejść a my nie mieliśmy co robić poszliśmy zobaczyć jak naprawdę to wszystko wygląda.
Helikoptery latały już od 5 rano i wszystko filmowały. Doszliśmy do miejsca sprawdzania biletów, gdzie muzyka na żywo przyjemnie grała.

10 metrów dalej była zagroda z... krowami!!! Żywe krowy spacerowały sobie po... trawie.



 
Tak żywej trawie, ale to nie wszystko, bo trawy było dużo więcej. Cały most od filara, gdzie się zaczyna do drugiego brzegu (końcowego filara) był w trawie. To był cały duży trawnik na długości około kilometra i szerokości wszystkich pasów za wyjątkiem jednego (awaryjnego). W sumie 7. Wydaje mi się, że mogło być to około 20 metrów wszystko zielone, w trawie jedynie na czas śniadania. Odpowiedź na pytanie do czego służy most na dzisiaj brzmi: aby zjeść śniadanie na trawce! :) 6000 osób przyszło z koszyczkami i kocykiem, aby zjeść niedzielne śniadanie na moście! Pomysł według mnie niesamowity!!! Organizacja też wspaniała. Od zeszłego poniedziałku na elektronicznych tablicach drogowych była wyświetlona informacja o tym, że most będzie zamknięty od 1 w nocy do 1 po południu w najbliższą niedzielę. W trzy godziny rozłożyli cały trawnik na całym moście, a później w tyle samo czasu posprzątali całość łącznie ze śmieciami!!! Do tego dla każdego uczestnika był przygotowany chleb, dżem malinowy (ale miła niespodzianka!!!) jabłko i jogurt i do tego każdy otrzymał czapkę koloru żółtego, bądź zielonego w zależności od strefy w jakiej się znajdował. Nawet w większej ilości niż było potrzeba, ponieważ po wszystkim dostaliśmy 5 bochenków + 4 dżemy :) Do tego było dla wszystkich organizatorów i wolontariuszy przygotowane BBQ, na które poszliśmy jak tylko już zostaliśmy zwolnieni ze wszelkich obowiązków kierowania ludzi na odpowiednie przystanki. Więcej informacji na stronie tutaj albo na oficjalnej stronie, na stronach tvn24.pl, na gadu-gadu.pl, deser.pl

 



Do BBQ dostaliśmy jeszcze kilka puszek napojów. Zdołaliśmy wypić tylko jedną a resztę dźwigaliśmy przez resztę dnia, który się właściwie zaczął, ponieważ dopiero po śniadaniu :)




Została nam jeszcze do zwiedzenia Opera, która od wewnątrz robi jeszcze większe wrażenia niż od zewnątrz!!! Cały dzień otwarty przygotowany też był na bardzo wysokim poziomie! Czekając w kolejce nie można było się nudzić ponieważ były przygotowane różne atrakcje:



Ludzie nosili jakieś takie sześciany na głowie niby wypełnione wodą i udawali że pływają. Inni nosili obrzydliwe zwierzątka.

W środku byliśmy w salach gdzie trwały na bieżąco treningi, również w największej i najsłynniejszej, gdzie był na żywo koncert na przepięknych organach!!!








Niestety, a może i na szczęście zaczęło padać dopiero jak byliśmy w Operze. Jednak trochę to zepsuło nam plany. Mieliśmy jeszcze dziś pojechać i odebrać rower od poznanego wczoraj znajomego. Z drugiej strony patrząc po przejściu pewnie około 25-35 kilometrów (od 2 na nogach) nie mieliśmy siły na nic i pojechaliśmy do domu. Mieliśmy już okazję jechać mostem, na którym był dzisiejszy piknik i wszystko było idealnie posprzątane!!!:


sobota, 24 października 2009

na plaży, mieszkanie

Relaks na plaży przy piwku i winku, rozmowach z innymi Polakami był oderwaniem się od rutyny. Grill czyli BBQ zorganizowany przez biuro na plaży Coogee. Właśnie dzisiaj było moje pierwsze wejście do Oceanu w Australii.





Woda pierwsze wrażenie robi zimnej, ale tak naprawdę jest cieplutka. Fale przepiękne. Będę chciał już na 100% zapisać się na surfing!!!
Pograłem trochę w siatkówkę i



później pogadałem z innymi Polakami podjadając różnego rodzaju mięska z grilla popijając piwkiem a później winkiem :) Spotkaliśmy rodaków, którzy mieszkali przed nami w pokoju, w którym my teraz mieszkamy. Od jednej osoby mamy kupić tani rower. Prawie nowy (około 1 rok) ale nieużywany!!! Mam nadzieję, że uda się jutro podjechać i jakoś przywieźć :)
Po spotkaniu na plaży popędziliśmy porozmawiać o naszej sytuacji z mieszkaniem. Wszystko naprawdę bardzo miło. Nie ma to jak szczera rozmowa z wyrażeniem swoich problemów i oczekiwań. Poznaliśmy miłych Francuzów, którzy się już wprowadzili do nowej lokalizacji.  Mają tam mieszkać około 2-4 tygodnie i będą szukać czegoś tylko dla siebie. My wprowadzimy się 7 listopada. Znaleźliśmy dla wszystkich optymalne rozwiązanie i każdy jest szczęśliwy!
Po powrocie do domu położyliśmy się jak najszybciej (po północy) bo wiedzieliśmy, że pobudka będzie nietypowo wczesna 2:00 AM!!! Musimy wstać w środku nocy, szczegóły niebawem.

piątek, 23 października 2009

Szukania ciąg dalszy + kłopoty z mieszkaniem i zasilaczem!

To była krótka noc, a dzień jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić intensywny. Aby skorzystać z szybszego internetu postanowiłem pojechać na rano do uczelni. Byłem tam jakbym przyszedł na poranne zajęcia. Kolejne przeszukiwania portali z pracą kolejne wysłane wiadomości z resume. Dobrze, że tego się nie drukuje ponieważ tyle papieru by się zmarnowało... :)
Słabe i szybkie śniadanie dało się odczuć, a raczej nie, więc poszedłem poszukać czegoś do jedzenia. Trafiłem do jakiejś restauracji, gdzie obiad kosztuje 50$. Mieli bar, więc bez wahania zapytałem o pracę. Niestety byli w godzinach szczytu (ciekawe ponieważ może siedziało 5 osób a cała restauracja jest na 100)  i miałem przyjść o 15:30. To akurat po angielskim.
Do jedzenia nic w okolicy nie znalazłem, więc skorzystałem z "oferty" w szkole i kupiłem typowo amerykańskie jedzenie, czyli hamburgera z coca-colą w puszce 450 ml. W sum ie trochę się zapchałem i pobudziłem minimalną zawartością kofeiny.
Dostałem nie za dobrą wiadomość, że niestety nie możemy się wyprowadzić z końcem miesiąca, ponieważ nie daliśmy znać dwa tygodnie wcześniej. Czeka mnie jeszcze dziś wycieczka do biura aby się dowiedzieć co i jak.
Po angielskim ruszyłem do restauracji gdzie po 30 minutach przyszedł manager, który dał mi formularz do wypełnienia. Jak wypełniłem to usłyszałem, ponownie, że obecnie nikogo nie szukają, ale jak będą potrzebować to się zgłoszą :( Czyli ta sama śpiewka... No cóż trzeba szybko iść do biura, bo jest czynne tylko do 17.
Dowiedziałem się, że nie ma problemów abyśmy się wyprowadzili, tylko muszę się skontaktować z inną osobą. Zadzwoniłem z promu w drodze na Mosman. Niestety bez odpowiedzi :(



W naszej najprawdopodobniej nowej dzielnicy w której będziemy mieszkać chodziłem i roznosiłem ulotki, czyli kolejne CVki. Nie było dużo miejsc, które się nadawały. W sumie jak obliczyłem na mapie przeszedłem na samym Mosmanie 8 km w ciągu 3 godzin. A jeszcze zaglądałem w różne zakamarki, wypełniałem kolejne formularze oraz rozmawiałem. Jest tam takie jedno piękne miejsce, gdzie niestety nie udało mi się dostać do menagera, ale jeszcze będę starał się tam dostać.
Już zaczynało się ściemniać, jeden kucharz z greckiej restauracji na mnie nakrzyczał, że przychodzę do niego w piątek wieczorem a nie popołudniu, więc ruszyłem w stronę, no właśnie jak trafić do domu? Byłem już zmęczony i nie chciałem kombinować z nowymi autobusami, więc przeszedłem (końcówkę biegiem) z powrotem do promu (o mały włos by mi uciekł).
 

W drodze mogłem podziwiać Sydney by night! Piękne i robi wrażenie!!! Po powrocie do domu chciałem usiąść przy internecie, ale okazało się, że mój zasilacz do laptopa przestał działać!!! Czekałem na Malinkę oglądając TV po angielsku bez czerwonego koloru i usnąłem zmartwiony, że będzie ciężko z nowym mieszkaniem, ponieważ będziemy musieli zapłacić za obecne oraz nowe za te same dwa tygodnie. Czyli podwójne płacenie za to samo, co by było bez sensu. Kolejna sprawa to moja ładowarka do laptopa. Zamiast ładować to piszczy. No i trzecia w sumie najważniejsza to praca. Czy uda się w najbliższym czasie coś znaleźć, bo zapłata za kolejny miesiąc (jakiegokolwiek) mieszkania (nie mówiąc już o dwóch) spłucze mnie ostatecznie...

czwartek, 22 października 2009

Macchiato, latte i cappuccino! Co za różnica?!?

Już od wczoraj zapowiadało się, że dzisiaj będzie bardzo interesujący dzien. Dwa interview plus dodatkowe chodzenie i szukanie pracy. Tak też sie stało. Wczesna pobudka i możliwość skorzystania z szybkiego internetu do przyjazdu autobusu, który zabrał mnie na poranne zajęcia. Było bardzo ciekawie, gdyż na początku musieliśmy poszukać informacji na temat kultury aborygenów, a później poszliśmy do muzeum podziwiać ich sztukę!
Szkoda tylko że jak doszliśmy do muzeum to musiałem juz iść na moje pierwsze interview, wiec niestety nie skorzystałem z możliwości wejścia tam, ale juz wiem gdzie jest i że w wolnym czasie będzie można przyjść :)






Jakieś 25 minut szybkiego spacerku i dotarłem na miejsce 20 minut przed czasem. Piękne miejsce z ładnym widoczkiem. Inne osoby zaczęły już też się zbierać. Tak jak było napisane na zaproszeniu było to grupowe interview. Niektóre osoby nie były przygotowane i nie miały ze sobą kopii jakichś dokumentów, na szczęście jednak można było to zrobić na miejscu. Reszta osób takich jak ja musiała czekać... Później poszliśmy w inne miejsce gdzie dokładnie wyjaśniono nam, na czym ma praca polegać i jak będzie to przebiegało.
Można było aplikować na kelnera, pomoc w kuchni kucharza, albo baristę, czyli osobę, która robi kawę. Jako że w kuchni nie miałem ochoty pracować, kontakt z klientami trzymając 3 talerze, tacę pełna kieliszków też mnie nie satysfakcjonowała postanowiłem spróbować sil przy maszynie z kawą. Miałem jednego konkurenta, który starał się o to samo. Niestety  konkurent z Turcji, który mieszka tu około 12 lat, a od 10 lat pracuje podając kawę okazał sie dla mnie nie do pobicia. Tak, dobrze widzicie litery. Ja osoba, która za kawą nie przepada starałem się o posadę, gdzie całymi dniami robiłbym kawę! :) Po wypełnieniu 3 stron A4 informacjami co jak gdzie i dlaczego nadszedł moment, którego najbardziej sie obawiałem. Kazali mi zrobić trzy różne kawy: macchiato, latte i cappuccino. Tak prawdę mówiąc nie mam pojęcia, czym te kawy między sobą się różnią. Wiedziałem natomiast, że na pewno czymś. I tym mogła być ilość kawy, kolejność dodawania mleka i jakość spienienia mleka. Hmmm Dowiedziałem sie przynajmniej jak obsługiwać taka maszynę. Zrobiłem trzy kawy, które czymś tam się różniły, ale teraz ciężko mi powiedzieć czym. Czysta improwizacja. Następnie było dalsze czekanie na rozmowę, gdzie miły manager nowo powstałego miejsca wypytywał o napisane przeze mnie rzeczy.
Potem znowu czekanie, aż wszyscy zostaną przetestowani i przesłuchani. W tej przerwie trochę więcej porozmawiałem z moim konkurentem. Kilka osób przyłączyło się do rozmowy i po pewnym czasie przeszliśmy do maszyny kawowej. Tam Turek, który szybko obliczył, że zrobił w życiu ok. 1.5 mln kaw (!) pokazał jak się robi cappuccino, a raczej jak się obsługuje taką maszynę, co należy robić i w jakiej kolejności. Chyba robiąc wcześniej kawę złamałem wszelkie możliwe zasady :) Zaraz po szybkiej lekcji zostały ogłoszone wyniki. Tak jak się spodziewałem konkurent mnie rozłożył na łopatki, ale za to mogłem już opuścić lokal i marszobiegiem zdążyłem na ostatnią lekcję.
Na koniec zajęć było zadane 20 pytań, na które musieliśmy odpowiedzieć używając anglojęzycznego internetu :)
Po zajęciach zostałem przy komputerze i próbowałem się dowiedzieć czegoś o firmie, która wczoraj do mnie dzwoniła i umówiłem się na spotkanie za godzinę. Jakaś strona tej firmy istnieje. W mailu napisali, że jest tam bardzo ciężko trafić. Jak już się tam znajdzie to praca prawie zapewniona. Zaniepokoiło mnie jeszcze to że mail był wysłany z adresu przypominającego coś takiego kasikxxz66@hotmail.com, gdzie każdy może sobie założyć konto pocztowe z taką domeną. No cóż idę, przynajmniej znowu sobie pogadam, dokumentów przy sobie nie mam i za nic nie będę płacić, zanim nie dostanę od nich pierwszej wypłaty :)
Google maps wskazał mi miejsce bezbłędnie, więc trafiłem bez problemów jakich można było się spodziewać po mailu. Firma rzeczywiście istnieje recepcja wyglądała w miarę w porządku. Na początek jak tu już się przyzwyczaiłem dostałem formularz do wypełnienia. W większości wygląda to tak samo, że przepisuje się CV i dodaje mocne strony, cele i takie inne informacje. Pod spodem data i podpis. Muszę sobie przygotować takie coś i chyba dawać zamiast resume, a co :)
Posłusznie wypełniłem formularz i po 10 minutach czekania (był cały stolik dosyć dużych rozmiarów z wszelkiego rodzaju czasopismami) wyszedł pan, który poprosił jakieś dwie dziewczyny i kolesia i mnie do pokoju. Koleś się zresztą nazywał Andreas. Prowadzący interview zaczął zadawać po kolei wszystkim pytania. W miarę rozumiałem co mówi i udało mi się odpowiadać do momentu w którym zobaczył, że jestem na wizie studenckiej i mogę pracować jedyne 20 godzin tygodniowo. Od tego momentu przeprosił mnie i powiedział, że szukają osób na pełen etat, ale mogę zostać i się dowiedzieć o co chodzi.
Firma zajmuje się rekrutacją sprzedawców kont bankowych z najlepszym oprocentowaniem dla biznesmenów. Wszyscy oprócz mnie zakwalifikowali się i rozpoczną trening w ten poniedziałek o 6:30, a ja przynajmniej wtedy jeszcze będę mógł spać. Podczas spotkania zadzwonił jeszcze mi telefon. Na szczęście już z numerem który się wyświetlił, jednak próbowałem się dodzwonić już z 20 razy i cały czas zajęte. Będe jeszcze próbował jutro.
Po rozmowie postanowiłem się przejść spokojnym krokiem do przystanku autobusowego i pojechać do domu. Już trochę odczuwam zmęczenie... Tak też uczyniłem, jednak długo się nie nabyłem, ponieważ o 20:40 miałem autobus do North Sydney, gdzie poroznosiłem jeszcze kilka resume i odebrałem o 22:30 Malinkę z jej pracy. W tej części miasta nie było już więcej miejsc w których moje umiejętności barmańskie by się przydały, no może poza jednym, czy dwoma w których oczywiście zostawiłem swoje resume.
Na godzinę 23:30 mieliśmy umówione jeszcze spotkanie na które dotarliśmy samochodem. A dokładnie podwiózł nas przesympatyczny Giuseppe - kucharz, odpowiedzialny za pizze w pracy Malinki. Zgadza się na w pół do dwunastej pojechaliśmy oglądać mieszkanko, które Malinka znalazła dzień wcześniej. Zdjęcia zapowiadały się obiecująco a w rzeczywistości jeszcze lepiej. Cicho, spokojnie i czysto!!! Postanowiliśmy, że się przeprowadzamy! Do domu dotarliśmy samochodem, ponieważ odwiozła nas właścicielka więc bardzo sympatycznie.
Obecnie godzina po drugiej dwadzieścia. Za dziesięć minut będzie szybki internet, ale jesteśmy już tak zmęczeni, że idziemy spać!

środa, 21 października 2009

Testowanie i sprawdzanie moich umiejętności

Dzień rozpocząłem od szybkiego sprawdzenia świeżych ofert pracy. Okazuje się, że mamy w domu szybszy internet między 2:30 a 8:00 rano. To niestety się zgadza, bo punkt 8 ponownie nie dało się wejść na jakąkolwiek stronę :(
Po przyjeździe do centrum postanowiłem, że wykorzystam czas na sprawdzeniu kilku agencji z kartki, którą zdobyliśmy z biura.
Cel pierwszy poszedł w miarę szybko, chociaż nie byłem przygotowany na rozmowę i nie byłem z niej zadowolony, ale swoje CV zostawiłem i będzie już w ich bazie... A może je po prostu wyrzucili do kosza? Mniejsza o to idę do następnej bogatszy o właśnie uzyskane doświadczenie. I w tej też spotkało mnie znowu coś nie oczekiwanego i już nie tylko rozmowa, ale i pokaz umiejętności. Na początku Pani spytała mnie o doświadczenie. Następnie o resume i kolejnym pytaniem było ile talerzy na raz potrafię nosić. Odpowiedziałem, że trzy tak jak to przystało na osobę z doświadczeniem gastronomicznym. Po tym zaprosiła mnie z pod recepcji do pokoju, gdzie stały ładnie nakryte talerze ze sztućcami i całym innym wyposażeniem służącym do konsumpcji. Szybko sprzątnęła i poprosiła abym pokazał jak niosę trzy talerze. Bez wahania chwyciłem pierwszy, później drugi ułożyłem tak jak gdzieś podpatrzyłem w restauracji i trzeci do drugiej ręki. OK ten test zdałem. Kolejnym zadaniem było ułożyć odpowiednio talerz na stole oraz inne gadgety. To też jeszcze udało mi się zaliczyć, ponieważ tuż przed tym jak wszystko sprzątnęła podpatrzyłem. Kolejny test nie był tak pozytywnie ponieważ musiałem sobie wyobrazić, że przy stole siedzą klienci i właśnie skończyli jeść. moim zadaniem było posprzątać stół. Coś tam zrobiłem niezgodnie z etykietą no i niestety miła pani powiedziała do widzenia. Jednak jeszcze wcześniej ddąła mi lekcje jak to powinno wyglądać. Zachował moje resume i powiedziała, że kiedy już się nauczę, mogę przyjść ponownie.
Dobre i to. Nie poddając się miałem jeszcze jedną agencję w miarę po drodze do mojej szkoły. Znowu bogatszy o kolejne doświadczenie i wiedzę pewnym krokiem wszedłem i powiedziałem co jak gdzie po co i dlaczego. Pani na recepcji tak trochę dziwnie się na mnie spojrzała i zapytała na jakie stanowisko chciałbym zaaplikować, bo ich agencja zajmuje się tylko sprzątaniem... Wiem, że żadna praca nie hańbi, ale jeszcze nie jestem tak zdeterminowany aby pozostać dłużej, więc podziękowałem i wyszedłem.
Szkoła znajdowała się już tylko 5 minut, więc postanowiłem, że czas sprawdzić co w internecie się pojawiło. Sprawdziłem kilka nowych stron wysłałem kilka kolejnych aplikacji i czekam teraz na odpowiedz, a właśnie wybiła godzina rozpoczęcia zajęć, więc jak to ja w ostatniej chwili udało mi się nie spóźnić. Do klasy dziś przypałętał się nowy student. Niestety nie wiem z jakiego kraju. Pierwsze wrażenie zrobił pozytywne.
Podczas zajęć zaczęło mi się ruszać coś w kieszeni. Tak to wibrujący telefon wyświetlał, że "Anonimowy" właśnie do mnie dzwoni. Ciekawe czy to ten sam Gal Anonim co poprzednio, czy jakiś nowy. Szybko wybiegłem z sali, nauczony wcześniejszą taką sytuacją aby odebrać jak pędzę do drzwi. Zamykając drzwi od razu trochę niepewnym i już zestresowanym głosem powiedziałem "halo". Dzwonili z jakiejś agencji i zaprosili mnie na interview jutro na godzinę 16:45. Wychodząc z sali nie zabrałem czegokolwiek do notowania. Ponownie wcześniejsze już doświadczenie przydało się, aby po prostu poprosić aby wysłali maila z adresem :) Po potwierdzeniu miejsca i zakończeniu rozmowy wróciłem na lekcję. Zajęło mi jeszcze kilka minut aby wrócić i dołączyć do grupy.
Po zajęciach ponownie poszedłem do sali komputerowej gdzie znowu przeszukałem internet w poszukiwaniu przyszłego dawcy chleba (miejmy nadzieję, że wina również ;) ) Igrzyska już na początku przyszłego roku więc przeżyję.
W trakcie przeglądania ofert przyszła do mnie Malinka. Jeszcze trochę skorzystaliśmy z dobroci sieci i wybraliśmy się do tego oto pięknego ponad 60 piętrowego wieżowca:


A oto zdjęcie jak wygląda widok z góry:






Mieliśmy spotkanie w sprawie niedzieli. Na chwilę obecną mogę tylko tyle powiedzieć, jednakże wszystko będzie zarówno interesujące jak i zabawne! :)

Powrót do domu w między czasie drobne zakupy i kolejny dzień zleciał...

wtorek, 20 października 2009

Włóczykij w miejskiej dżungli

Dzisiejsze poranne zajęcia odbyły się nie tylko w innej sali, ale i w innym budynku. Zresztą w sali konferencyjnej jakiegoś hotelu. Sala lepiej przystosowana niż w budynku głównym. Przez tą zmianę było mniej osób i więcej można było skorzystać z zajęć. Niestety co się szybko zaczęło to i szybko skończyło, popołudniowe zajęcia już były w sali gdzie zwykle, chociaż również z mniejszą ilością osób. Czyżby początek jakiejś choroby???
Po szkole wydrukowałem kolejne wersje swojego resume i chodziłem od baru do baru, choć drogi dobrze nie znałem. W większości udało mi się zostawić swoje namiary, jednak zazwyczaj słyszałem, że aktualnie nikogo nie potrzebują. Po przejściu kolejnych kilometrów postanowiłem, że muszę odpocząć, więc poszedłem do baru. Hmmm jakie to nieoczekiwane... Był to bar w którym już byłem z Malinką w sobotę, gdzie sprzedają piwo za jedyne 3$ :) Zamówiłem ten złocisty trunek oraz się przypomniałem, że cały czas jestem poszukujący. Przy delektowaniu się przy trunku który tu smakuje mniej dojrzale niż piwa w Polsce, odrobiłem prace domową. W zanadrzu miałem jeszcze kilka kartek z życiorysem więc plan był następujący. Pozbywam się kartek i jadę do domu.
Plan nie do końca wyszedł, ponieważ doszedłem do okolicy gdzie już było mniej miejsc, które by się nadawały abym tam zostawił resume, ale jeszcze kilka zostawiłem jednak również bez niczego obiecującego... Już trochę zdesperowany zobaczyłem zakład fotograficzny i postanowiłem, że tam spróbuje swoich sił. Odpowiedz była taka sama, że obecnie nikogo nie szukają, ale wezmą resume i może się w przyszłości odezwą.
Już głód mnie zaczynał męczyć, a zmęczenie doskwierać, jednakże nie chciałem się poddać. W tym kryzysowym momencie przypadkiem byłem już pod jednym z przystanków, gdzie czasami czekamy na autobus. Chciałem pójść dalej, ale zjawił się 251. Tak to ten autobus, który jedzie szybką trasą i podwozi pod prawie sam dom! To był znak, więc właściwie się nie namyślając wsiadłem do środka.
Wiedziałem, że Malinki jeszcze nie będzie. Czekałem aż się odezwie aby nastawić coś do jedzonka, a tu niespodzianka (co prawda dopiero po około 1,5h czekania), nie trzeba nic robić, ponieważ Malinka przywiezie pizze prosto z włoskiej pizzerii, gdzie dzisiaj miała dzień próbny! Oby jej się udało tam zostać!

poniedziałek, 19 października 2009

Kolejki to nie tylko ulubione zajęcie Polaków

Można powiedzieć, że dzień rozpoczął się od... stania w tej oto przepięknej kolejce na trawniku: 



Tak oto Australijczycy, jak jest już więcej osób na przystanku czekają na wejście do autobusu. Od każdej osoby jest zachowany dystans, aby nie przekroczyć niewidzialnej personalnej granicy i nie wkroczyć na czyjeś "terytorium". Jak każdy wchodzi nie czuć takiego wpychania się na siłę i ładowania kolejnych sardynek do blaszanej puszki. Co prawda tutaj każdy musi skasować bilet przy kierowcy, a jak nie ma to może go kupić (choć nie zawsze, bo powoli zaczyna być "moda"  na kupowanie biletu wcześniej. Zresztą takie postępowanie jest bardziej ekonomiczne :)

Pojechałem do szkoły trochę wcześniej z myślą, że skorzystam z możliwości dodatkowych lekcji przy komputerze, ale niestety nie udało się, z powodu szukania pracy. Zresztą wisi w gablocie ważna kartka dla takich potrzebujących i szukających jak ja:



Tak mineły 3-4 godziny przed lunchem. Później normalne zajęcia i powrót do domu gdzie postanowiłem za wczorajszą poradą osób doświadczonych trochę dokoloryzować swój życiorys aby "zdobyć" doświadczenie. Jest to sprzeczne z moimi moralami, ale niestety jak większość osób tak robi i w ten sposób dostaje się na stanowiska, gdzie dostaje doświadczenie i potem może spokojnie awansować tak i ja muszę spróbować. Mamy jeszcze na oku kilka agencji do których wkrótce pójdziemy. Ja jutro jeszcze poroznoszę swoją "kandydaturę" w okolice mojej szkoły :)
Teraz zabieram się za pracę domową. Na szczęście jest przyjemna, ponieważ trzeba poszukać jakiegoś artykułu w gazecie, przeczytać, zrozumieć, a jutro na zajęciach będziemy musieli streścić treść w stronie biernej.

niedziela, 18 października 2009

Gdzie się podziały tamte prywatki?!? Odnalezienie zaginionego :)

Jak na niedzielne popołudnie przystało poszliśmy do znajomego, tego z kursu RSA. Czas zleciał bardzo szybko, że jak dojechaliśmy tam na godzinę 14 to czas zleciał jakbyśmy byli jedynie 15 minut a zrobiła się godzina 19 i dosyć wietrznie. Była to dosyć nieprzyjemna bryza oceaniczna w szczególności dla tych, którzy wylądowali w basenie w ubraniu :) Postaram się umieścić filmik wrzucono gospodarza :)
Byliśmy tam 5-6 godzin, czyli zachowaliśmy się prawie jak zachowują się Australijczycy. Siedzą dokładnie 4 godziny i wychodzą. Ciekawa obserwacja Polaków będących w Australii już po parę lat...
Powinniśmy wychodzić częściej na takie różne imprezy bo naprawdę bardzo miło spędziliśmy tam czas!
Po powrocie do domu nie mieliśmy już siły na nic, więc postanowiliśmy naładować akumulatory na zbliżający się tydzień.

sobota, 17 października 2009

Od baru do baru, poznajcie tych albo... czekajcie na telefon.

Rozpoczynać kolejny post znowu od godziny, o której urządzenie zwane budzikiem zaczyna dzwonić, jest już dla mnie mało interesujące. Jednakże wstawanie w sobotę o godzinie nie różniącej się od pory wstawania w dzień powszedni jest jeszcze gorsze, ale przynajmniej coś się działo.

Tak dzisiaj miałem swoje pierwsze  interview w AU. Tym właśnie wydarzeniem się ostatnio bardzo stresowałem. Teraz już jest po wszystkim z rezultatem mizernym. Tak słabo ponieważ okazało się, że jest to firma rekrutująca aktorów, piosenkarzy itp. Chcieli 350$ za jakąś sesje zdjęciową i coś tam jeszcze oferowali. Widocznie w tych ilościach resume jakie wysłałem tam się akurat znaleźli. I po co był ten cały stres i cyrk z rozmową? No nic przynajmniej trochę sobie pogadałem na tym interview i już następnym razem będę szedł trochę bardziej wyluzowany :) To tyle jeśli chodzi o pierwsze interview.
Po tym postanowiliśmy jeszcze wydrukować kilka dodatkowych resume już tylko skróconych i pochodzić po różnych lokalach. Jednak było trochę za wcześnie, ponieważ było dopiero parę minut po 12. Znaleźliśmy jedną knajpkę, gdzie kupiliśmy sobie jedno piwo na spółkę (promocja jedyne 3$ za 330ml.) i zastanawialiśmy się nad dalszym planem. Postanowiliśmy pojechać do domu  zjeść coś i wrócić do centrum aby wchodzić do tych lokali gdzie coś się dzieje. Wychodząc z miejsca gdzie po raz pierwszy napiliśmy się piwa od wyjazdu z polski zostawiliśmy nasze resume i dowiedzieliśmy się, ze jest to nowo otwarte miejsce i że jak stanie się bardziej popularne to zadzwonią...
W domu zgodnie z planem odgrzaliśmy sobie coś do jedzenia i... usnęliśmy. 1,5h później zaczęliśmy się zbierać do miasta, a raczej na najsłynniejszą tutejszą plażę Bondi. pond 1,5h późnej zobaczyliśmy piękną plażę z pięknymi dużymi falami oraz nielicznymi surferami. Było już ich garstka ze względu na porę o jakiej tam dojechaliśmy, czyli około 19:30. Tak naprawdę trochę inaczej sobie to wyobrażałem, ale i tak jest ładnie. Pewnie w pełnym słońcu, za dnia musi być dużo dużo lepiej, Jednak za dużo lokali w których można by było spędzić czas na pierwszy rzut oka nie znaleźliśmy. Zostawiliśmy kilka życiorysów i wróciliśmy do centrum, gdzie też pochodziliśmy po różnych miejscach i również pozostawialiśmy co mieliśmy. Następnym celem było północne Sydney. Jednak ta część miasta właściwie jak przyjechaliśmy spala. Jednak udało nam się dobrze rozejrzeć i ponownie oddaliśmy kolejne nasze resume.
Najbardziej się obawiam, że będzie ciężko ze względu na brak doświadczenia. Wszędzie potrzebują doświadczonych osób (przynajmniej 2 lata). Ale odwieczne ciężkie pytanie, gdzie można takie doświadczenie zdobyć?
Wracając do domu o 23 dorwał nas deszcz, ale nie udało mu się nas zmoczyć :) W domu przywitaliśmy nowego współlokatora, ale już byliśmy zmęczeni tym łażeniem, że postanowiliśmy iść spać. Teraz tylko trzymajcie kciuki aby dzisiejszy wysiłek przyniósł oczekiwany przez nas rezultat, to znaczy aby nam się w końcu gdzieś udało zakręcić!

piątek, 16 października 2009

Rozmawiaj, szukaj i miej refleks!

Plan był bardzo ambitny: wstać razem z Malinką, pojechać do szkoły i uczyć się angielskiego. Plan został tylko planem a wstałem o 9:04. Niestety już się nie wyrobiłem na wspaniały bezpośredni autobus do centrum i pojechałem takim, który zabiera ludzi z różnych zakamarków północnej części Sydney, ale dzięki temu obejrzałem sobie kolejny odcinek Friends-ów oczywiście po angielsku.
Jak tylko dojechałem do centrum, przeszedłem się do biura zrobić kilka wydruków i tak zeszło się z 20 minut, zresztą bardzo miło, ponieważ jak to po każdej wizycie bardzo dużo rzeczy się dowiedziałem w rozmowie z Pawłem. Zmierzając do szkoły spotkałem Zuzę z biura i dzięki niej dowiedziałem się o nazwę ulicy na której będę mieć jutrzejsze interview. Po wymianie jeszcze kilku zdań zmieniłem plany i poszedłem sprawdzić gdzie dokładnie się znajduje to miejsce, które od wczoraj nie daje mi spokoju.




Już byłem prawie spóźniony, więc szybkim marszem doszedłem na zajęcia. Jak tylko wszedłem do sali i nauczycielka zaczęła zajęcia, zadzwonił mi telefon. Zapomniałem wyłączyć dźwięku :( Patrze kto to... i oczywiście Gal Anonim nie wyświetla numeru. Więc w pośpiechu próbuję przecisnąć się przez miejsca pomiędzy ścianą i osobami siedzącymi przy ławkach. Już dotykam klamki i naciskam przycisk odbierający połączenie, gdy szanowny Pan Gal Anonim stracił nadzieję, że odbiorę. Mój telefon wyświetla mi już tylko informację, że mam jedno nieodebrane połączenie od nieznanego numeru. Sekunda więcej i bym odebrał... Mam nadzieję że dostanę jeszcze jedną szansę, w końcu do trzech razy sztuka :)
Po zajęciach jeszcze trochę z Malinką pozostaliśmy on-line w szkole i następnie wybraliśmy się coś przekąsić, na festiwal jedzenia. Niestety nic nas tam nie zadowalało, jeśli chodzi o przygotowanie (wszystko smażone w tłuszczu) oraz cenowo. Ciężko było cokolwiek znaleźć poniżej 6-8 dolarów. Pojechaliśmy więc do domu gdzie zamiast przygotowywać się do swojego interview piszę posta na bloga, redaguję resume, oglądam film...

Do jutra! :)

czwartek, 15 października 2009

Ponad 10 godzin w szkole z lekcją odbierania telefonu

Rutynowo pobudka o 6:30, szybki prysznic, śniadanie, biegiem do autobusu. 4,5 minut spóźnienia na lekcje, ale opłaca się jechać tym autobusem, ponieważ jest prosto spod domu do samego centrum i jedzie szybką trasą bez objeżdżania :)
Na zajęciach jak to na zajęciach, trochę zabawy, trochę teorii, mówienia, pisania, ogólnie jestem zadowolony. Chciałbym jeszcze tylko bardziej się zintegrować z grupą. Ale to dopiero pierwszy tydzień :).
Po zajęciach razem z Malinką wykorzystaliśmy możliwość mojej szkoły i siedzieliśmy w sali komputerowej gdzie szukaliśmy pracy, odpowiadaliśmy na maile, tak że wyszliśmy o 19:00. W sumie w szkole spędziłem czas od godziny 8:34. Dostaliśmy z biura skany ofert pracy. Przejrzeliśmy je i znaleźliśmy jedno, które jako jedyne pasowało do tego co szukaliśmy. Niestety za późno zadzwoniliśmy... Chwilę później zaczął dzwonić mi telefon z wyświetlonym numerem (ostatnim razem ktoś dzwonił z ukrytego i zerwało mi połączenie, bo akurat byliśmy w tunelu w pociągu), więc szybko złapałem za długopis, notatnik i odebrałem. Jak usłyszałem kilka pierwszych słów, że oddzwaniają w odpowiedzi na moje resume, tak się zestresowałem, że nie wiedziałem co powiedzieć, ale nic udało mi się zapisać imię, nazwisko (ciekawe tylko, czy tak się je pisze jak zapisałem), godzinę, dzień, piętro i ledwo dosłyszaną nazwę ulicy. Z tego stresu chciałem jak najszybciej zakończyć rozmowę i trochę ochłonąć. Po chwili ochłonięcia z tych emocji na google maps sprawdziłem czy istnieje taka ulica jaką zapisałem i... niestety nie ma... :( Nie ma też czegokolwiek podobnego! Kurcze wielka kicha z tym. Na szczęście mam numer, więc zadzwonię i się dopytam, wyślę SMS-a, cokolwiek. Dobrze by było wiedzieć też gdzie idzie się na rozmowę i do jakiej pracy...
Po jakiejś godzinie poszukiwań ulicy, nazwiska, i różnych informacji jakie zapisałem, niestety bez zadowalającego rezultatu :( postanowiliśmy pojechać do domu odpocząć i może jutro na świeży umysł się uda jakoś dowiedzieć gdzie dokładnie mam swoje pierwsze interview!

środa, 14 października 2009

Droga do szkoły

I kolejny dzień mija. Jest szkoła i nauka angielskiego, pracy nie ma. Tak szczerze mówiąc, to sam angielski jest stosunkowo męczący i nie wiem jak to będzie jak znajdziemy pracę, czy damy radę to pogodzić. Jednak mam nadzieje, że już niedługo coś znajdziemy bo zaczynam się powoli niepokoić o utrzymanie się tu... :( Ale odłóżmy na chwilę obecną moje obawy, napiszę jak minął kolejny dzień:

Dziś mogłem się wyspać, ale powalczyłem ze swą naturą śpiocha i wstałem razem z Malinką. Po śniadaniu odwiozłem ją do szkoły i zobaczyłem drugi budynek gdzie ma zajęcia. Ciekawa szkoła, mógłbym powiedzieć gimnazjum / liceum dla Azjatów. Później pojechałem do centrum wyłączyć na swojej karcie dostęp do internetu. Niestety iPhone ma taką wadę, że lubi i musi (nie da się wyłączyć) korzystać z tej pięknej i zaawansowanej technologii. Tylko jak to ma kosztować $2 za 1 malutki MB to trochę dla mnie za dużo! I tak już mi zjadł ponad $11! Tak po prostu w błoto! Ale już się z tym pogodziłem, internet wyłączyłem i teraz mogę cieszyć się nim tylko w zasięgu sieci wi-fi!
Następnie poszedłem wydrukować kolejne resume oraz kilka innych plików do biura. Niestety jak przyszedłem nikogo nie było. Byłem za wcześnie. Zrobiłem coś strasznego! Poszedłem na kawę! Wow jestem w szoku, ale co gorsza ta kawa była nawet smaczna! Jak taka osoba jak ja, która nie lubi kawy pisze takie rzeczy to chyba ta kawa musiała być naprawdę pyszna :) Na szczęście długo nie czekałem i po chwili dowiedziałem się jeszcze przy okazji o co chodzi z tymi 30 godzinami w mojej szkole. Dostałem również kartkę, na której są adresy różnych biur oferujących pracę. Mieliśmy to dostać tuż po przylocie, ale niestety nie dostaliśmy :( No cóż dobrze, że teraz ją mamy i możemy zacząć działać! Jednak wcześniej to po co znalazłem się w centrum, czyli czas do szkoły! Dziś na szczęście na 12:30, więc jeszcze chwila wytchnienia się znalazła :)

Co w szkole to nie będę opisywać, chociaż na szczęście nie jest tak, że patrze na zegarek co chwilę i nie mogę się doczekać przerwy, wręcz przeciwnie! Co najważniejsze staram się jak najwięcej udzielać. Może niedługo uda się wyskoczyć z ludźmi z klasy gdzieś, aby podszkolić język w terenie :)

Po zajęciach Malinka przyjechała do mnie i poszliśmy odebrać gotowe wydruki resume i wyszliśmy w teren. Na pierwszy rzut poszło Casino "Star City" Po małych problemach dotarcia do komórki rekrutacyjnej dotarliśmy na odpowiednie piętro, gdzie trzeba było wypełnić formularz, dołączyć CV i wrzucić do białej skrzynki. Nie mamy jednak pozytywnych myśli jeśli chodzi o to miejsce. W drodze na festiwal zajrzeliśmy do kilku miejsc podrzucając kolejne resume tu i tam. Oby się udało, trzymajcie kciuki! :)
Co na festiwalu oprócz kolejek do jedzenia i tłumów nic nie było, więc pojechaliśmy do domu. Po drodze codzienne czynności czyli sklep, w domu kolacja wkurzanie się na wolny internet no i odrabianie pracy domowej! Tak zaczęło się. Z dnia na dzień nowe prace domowe :) Godzina 00:30, a jutro kolejny dzień z pobudką o 6:30!

Dobranoc :)

wtorek, 13 października 2009

Nowości szkolne...

Dzień rozpoczął się, jak przystało na Ziemianina, "prześlicznym" dzwiękiem dzwonka z komórki leżącej na szafeczce nocnej. Hmm jak nietypowo... Rozpoczęła się szkoła już naprawdę. Pierwsze trzy godziny to nauka pisania po angielsku. Później przerwa na lunch. Znalazłem jakąś azjatycką tanią knajpkę i zamówiłem miseczkę mięsa. Zauważyłem, że kolega z klasy z Korei już siedzi przy stoliku ze znajomym Japończykiem. Będzie ciekawie pomyślałem sobie i się przysiadłem. Po chwili dostaliśmy wszyscy po miseczce mięs i jakimś zupososem a do tego tylko pałeczki. Znajomi z dalekego wschodu popatrzyli się na siebie i potem na mnie jak już dobieram się do pałeczek :)
- Czy ty będzesz jeść pałeczkami, nie potrzebujesz widelca? Zapytali z wielkim zainteresowaniem. Na szczęście w Polsce bardzo dobry Wietnamczyk (taka restauracja wietnamska pod mostem gdzie od czasu do czasu się żywiłem) nauczył mnie jak obsługiwać drewniane sztućce w postaci dwóch pałeczek.
- To dla mnie żaden problem. Odpowiedziałem.
- Czy w Polsce jecie pałeczkami?
- Tak jemy, zazwyczaj w japońskich i chińskich restauracjach.
Po tej krótkiej wymianie zdań zaczęliśmy swoją przepyszną konsumcję miseczki napełnionej do 3/5 ryżem na górze 1/5 miseczki mięska z przysmażoną słodziutką cebulką. Do tego jak pisałem jakiś dziwny ni to sos, ni to zupa. Nie wiedziałem, czy to mam sobie wlać, czy popijać. A jak popijać to czym i jak? Na szczęście szybko znajomy Japończyk zamodelował mnie i opowiedział, że to jest u nich taka tradycyjna potrawa. Koreańczyk dodał, że u nich jest podobna, z tą różnicą, że mięso jest na dole i jest przykryte ryżem :)

Po przerwie rozpoczęła się już właściwa część kursu. Poznanie nowych ze starymi. W klasie mam 7 osob: z Korei, Japonii,Chin; 1 z Polski, 1 z Czech, 2 z Kolumbii, 1 z Francji. Chyba jeszcze o kimś zapomniałem bo coś mało...
Tak się zastanawiam, bo na moim grafiku w szkole wychodzi mi, że mam 21h zajęć, a miało być 30. Może chodziło o lekcje (45 min). Spróbuję się dowiedzieć o co chodzi w biurze. Jako nauczycielkę mam młodą kobietę, chyba Japonkę. Na szczęście bardzo wyraźnie mówi po angielsku w porównaniu do reszty Azjatów. Mogłaby być tylko trochę bardziej dynamiczna. Wiem, wiem, każdy ma jakieś wady :) Dlatego wydaje mi się że jest OK.

Dobrze trafiłem wybierając szkołę. Podobno to jest jedyna szkoła, która ma książki (po angielsku) do wypożyczenia, jak również jest kilka filmów na DVD, można u nich przejrzeć prasę codzienną i mają naprawdę bardzo dużo komputerów, gdzie można korzystać z internetu, można coś wydrukować (pierwsze x wydruków lub ksero za darmo :) ) Organizują również dużo dodatkowych spotkań zarówno naukowych jak i towarzyskich.

Po szkole pojechałem do Malinki zrobiliśmy zakupy i wróciliśmy do domu. To nic, że po drodze się zgubiliśmy (Malinka już wszystko opisała, więc nie będę się powtarzać). Mogliśmy za to podziwiać piękne widoki Sydney, a na sam koniec mieliśmy bezpłatną ogromną taksówkę, w postaci pustego autobusu. Kierowca zobaczył, że nikogo już nie ma w środku oprócz nas i podwiózł nas prawie że pod sam dom. Musieliśmy dojść raptem z 30 metrów :) Ale przesympatycznie!

poniedziałek, 12 października 2009

Kto by pomyślał... powrót do szkoły

Dzień miał nieprzyjemny początek,
Dźwięk budzika rozpoczął ten wątek,
O godzinie 6:15 ledwo słońce wstało
A mnie pod prysznicem wszystko bolało

Szybkie śniadanie dało mi ciut energii,
Ze szkołą trzeba żyć w synergii.
Na czas właściwy dojechałem,
Pomimo, że pieniądze ze ściany płaczu brałem,

Egzamin kwalifikujący poszedł mi dobrze,
Dałem 50 centów bezdomnemu, który żebrze,
Z agencji pracy mają do nas oddzwonić,
Na kawę i czekoladę po 4$ postanowiliśmy roztrwonić,

Podczas naszych trudnych formularzy wypełniania,
Mieliśmy szczęście na znajomych natrafiania.
Po spędzeniu miłych rozmów minut kilkunastu,
Powiedzieliśmy już papa pięknemu miastu.

Nasze wygłodniałe brzuszki dostały ryżu miskę,
Na blogu dodaliśmy kolejną zapiskę.
Na kolejne ogłoszenia o pracę poodpowiadaliśmy,
I tak kolejnego dnia zakończenia doczekaliśmy :)

Ale dostałem weny... :)

niedziela, 11 października 2009

Pogodowy dowcip

Jak przystało na niedziele świętowaliśmy! Nasze świętowanie wyglądało w taki sposób, że nawet nie wyszliśmy z domu. Hehehe ale miło. Obudziliśmy się około 11. A co w końcu ostatni dzień wakacji, ponieważ jutro już do szkoły. Rozpoczynają się nasze kursy angielskiego, więc na pewno spotkamy dużo nowych ludzi. Mamy tam być już o godzinie 8:15-8:30! A jeszcze potrzebujemy czas na wymycie, śniadanie i chyba najgorsze, czyli dojazd! Na dodatek od jutra zmienia się rozkład jazdy, więc nawet nie mogę sprawdzić na swoich zdjęciach rozkładów o której mam być na przystanku. Ale myślę że będzie wszystko ok jak tylko wcześniej się położymy i się wyśpimy. A będzie to potrzebne ponieważ kurs rozpoczyna się od testu kwalifikującego do odpowiedniej grupy. Życzcie powodzenia! :)

sobota, 10 października 2009

Jak uniknąć grzywny 11000$, czyli kurs serwowania alkoholi w AU

Dziś, tak dziś budzik mi nie zadzwonił. Dlaczego? Ponieważ ustawiłem go aby dzwonił tylko w dni robocze... Ale na szczęście był drugi i zdążyliśmy na kurs RSA, na którym trochę się dowiedzieliśmy od prowadzącego.  Były takie rzeczy jak uniknąć grzywny, komu można sprzedać alkohol, jakie znaki powinny znaleźć się w takim miejscu, kto może wejść, jak postępować w różnych sytuacjach itp...  Napisaliśmy test i zdobyliśmy certyfikat RSA :) Tak w sumie zleciało pół dnia, ponieważ jak wyszliśmy trochę się rozejrzeliśmy za kilkoma sklepami i w sumie już wróciliśmy do domu, gdzie włączyliśmy laptopy i tak mija wieczór...

piątek, 9 października 2009

Merry Christmas, ho ho ho! To już czas?

Już się przyzwyczailiśmy do obecnego trybu życia. Do obecnego, czyli w sumie trochę zwiedzania, nauka gotowania i szukanie pracy...
Zacznę od szukania pracy. Dzisiejsze postępy to zapisanie się na kurs RSA na jutro na 9 rano.
Zwiedzanie i tu zatrzymam się trochę dłużej, ponieważ chodząc po centrum miasta i zaglądając głębiej w lokalne sklepiki i sklepy można przeżyć szok. Np. niepozorne wejście jak na zdjęciu poniżej:



Otóż wejście to otwiera przed sobą 6 pięter sklepów w górę 1 piętro w dół i jeszcze jedno niżej jest wielka stołówka z wieloma restauracjami. W sumie 8 pięter ciuchów, elektroniki, sprzętu kuchennego, kawiarni, restauracji itp. Każde piętro to powierzchnia (tak aby się przejść normalnym krokiem) pomiędzy wszystkimi półkami to szacowałbym około 20 min. A to tylko jeden taki sklep. Tutaj praktycznie większość sklepów ma malutkie wejście, i ciągnie się długo, długo w głąb budynku, a tam spotyka się schody (zawsze ruchome) przynajmniej jedną kondygnację w górę i w dół! Piękna sprawa dla osób uwielbiających sklepy, czyli NIE, NIE, NIE dla mnie!!! :)
Podziwiając 8 piętrowy schowany sklep zauważyliśmy już że można kupić choinki i ozdoby świąteczne:
 Wesołych Świąt!!!
Tak, tak tu już się zaczyna!  Przynajmniej już wiemy, że święta tu też "normalnie" wyglądają :) Nawet przeglądając różne ogłoszenia o prace można już spotkać oferty na stanowisko Świętego Mikołaja!

Poszwędaliśmy się jeszcze po ścisłym centrum szukając miejsc gdzie można zostawić swoje resume. Przejechaliśmy na drugą stronę do, można powiedzieć 2 centrum, a dokładniej do dzielnicy North (Północne) Sydney. Tam również szukaliśmy potencjalnych pracodawców, ale niestety pogoda nas odstraszyła, ponieważ zaczęło nieźle padać. Przystanek z którego autobus pod nasz dom odjeżdżał znaleźliśmy szybko. Po drodze sklep gdzie usiłowano nas oszukać, ale na szczęście się nie daliśmy. Przynajmniej tym razem, jestem ciekaw co by wyszło, gdybyśmy przeanalizowali poprzednie rachunki! Oszustwo wygląda w ten sposób, że ceny towarów nie zgadzają się z tym co jest później wyświetlane przy kasie. Chyba tym samym stracili swoich klientów, którzy mogliby u nich kupować przez najbliższe 8 miesięcy. Dobrze, że wcześniej się dowiedzieliśmy, że takie sytuacje w tym sklepie mają miejsce! Niestety czasem będzie trzeba chodzić do tego sklepu, ale znamy ich jeden trick. Jeden z... i tu jest pytanie, na które zapewne nie znajdziemy odpowiedzi :(
Po powrocie długie smażenie, ale za to mamy 21 kotletów, zapas na kolejne kilka dni! Będzie więcej czasu na szukanie pracy no i na jutrzejszy kurs RSA. W przyszłym tygodniu zacznie się kurs angielskiego, więc może już być dużo mniej czasu.

Szukajcie a znajdziecie

Dzień pod znakiem szukania pracy. Trochę się już zobaczyło, czas zabrać się do roboty. Niestety nie jest to takie proste, zresztą najcięższą pracą jest szukanie pracy. Oby ta praca nie trwała za długo, bo środki na przeżycie się skończą, a wtedy byłoby mniej sympatycznie. Rano pojechaliśmy do centrum aby w końcu się spotkać z żoną znajomego znajomej. Było to dosyć dziwne, spotkanie, ponieważ zanim się spotkaliśmy wypełnialiśmy pełno jakiś dokumentów, następnie krótka 3 minutowa rozmowa, a następnie testy sprawdzające umiejętności komputerowe. Word + exel + szybkie pisanie po angielsku. Wszystko za pomocą przeglądarki internetowej, więc zero możliwości używania skrótów i na starej kopii word-a zrobionej we flash-u (to tak dla ciekawych i zorientowanych). Pełni wrażeń poszliśmy do takiego jakby Centrum Sztuki Współczesnej. I podobnie jak w Warszawie nic co by zapierało dech w piersiach. Podobała mi się jedynie "mapa" świata, gdzie wielkości państw były proporcjonalne do listy mieszkańców.




Później postanowiliśmy pojechać do domu. po drodze udało mi się zrobić obiecany filmik, jak prosto można zmienić w pociągu w którą stronę ma być siedzenie.



Do tego wszystkie pociągi jakie tu jeżdżą są dwu-piętrowe!

Po przesiadce jedną stacje pociągiem, pojechaliśmy do domu i od godziny 16 do teraz zajmowaliśmy się szukaniem i wysyłaniem naszych CV. Przepraszam tutaj trzeba to nazywć resume :)

środa, 7 października 2009

Spotkanie z żoną znajomego, znajomej, znajomego...

9:00 AM Piiiiib-piiiib-piiib!!!. Co to? Gdzie to? Po co to? Szybka akcja ręki i wymarzona cisza i spokój! Pobudka godzinę później niż to bezlitosne urządzenie zaczęło wydawać te straszliwe dźwięki. Byliśmy umówieni u żony znajomego znajomej, znajomego w biurze gdzieś na George st. Szybkie śniadanie, i wyjście. No nie!!! Znowu to samo, autobus uciekł dosłownie spod nosa! Oglądamy rozkład jazdy. Trochę nieprzyzwyczajeni do takiego prezentowania informacji:



Po chwili zastanowienia doszliśmy, że następny za 15 minut... 23 minuty później przyjechał :)
Szybka akcja w naszym biurze i lecimy na spotkanie. Ulica  George st. ma jakieś 3 km. Na szczęście numeracja jest w miarę klarowna (chociaż czasami ciężko znaleźć nazwę ulicy), więc nie mieliśmy nawet mniejszych problemów aby odnaleźć odpowiedni budynek. Które piętro wiedzieliśmy, więc udało się dotrzeć łatwo, średnio-szybko i pieszo. Okazało się, że niestety dziś nie ma żony znajomego znajomej, znajomego i mamy przyjść jutro, po wcześniejszym telefonie.
Postanowiliśmy wykorzystać możliwość przejażdżki komunikacją wodną i tak też uczyniliśmy. Teraz jaki przystanek nazywa się ładnie i jest jeszcze w naszej strefie. Kissing point przypadł nam do gustu :) Jeden przystanek przed stadionem olimpijskim. Promy spodobały nam się, bo po drodze są piękne widoki i można robić zdjęcia:










Na miejscu sprawdziliśmy, że na rozkładzie następny prom za 50 minut, więc poszliśmy na krótki spacer. Po nazwie kissing point spodziewaliśmy się czegoś więcej. Jest to taka dzielnica z samymi domkami 1 i 1. Czyli jedno piętro i jedna rodzina. Oczywiście dużo parków i placów zabaw, przy przystanku duże szafki na rowery.
Po powrocie do centrum byliśmy już trochę zmęczeni, ale jeszcze dotarliśmy koleją przez most do North Sydney, gdzie zwiedziliśmy szkołę Malinki. Nieduża, ale wygląda ciekawie :) Bardzo kolorowo. Rozeznanie się jak można wrócić do domu - dobrze, że to już w tym samym kierunku od centrum co nasz domek.
Po powrocie gotowanie. Nie spodziewałem się, że będziemy sobie tak tu dogadzać kulinarnie. Z najedzonym żołądkiem lepiej się śpi. Apropo snu, to mam tu dużo snów, szkoda tylko, że nie umiem ich zapamiętywać :)

wtorek, 6 października 2009

Jaki dzień taki wpis

Jak to przystało na okres, kiedy jeszcze nic nie trzeba, taki też był dzień. Późna, ale to naprawdę bardzo późna pobudka. Powolne zbieranie się aby coś zrobić. Szybkie załatwienie kilku spraw w biurze i powolne włóczenie się po mieście...

Dziś zobaczyłem, gdzie mieści się moja szkoła i o której w najbliższy poniedziałek mam tam się zjawić! Nie brzmi zachęcająco godzina 8:15, ale w końcu coś zacznie się dziać.
Na google maps nawet strzałką jest zaznaczone gdzie jest wejście do mojej szkoły :)




Oby jutro się udało lepiej zorganizować czas!


Błądzenie na życzenie

Mniej padało, tyle samo się spało, czyli pogoda lepsza była dziś niż cały weekend. Pojechaliśmy do centrum zobaczyć co się dzieje podczas Darling Harbour Fiesta. Tam zobaczyliśmy świetny pokaz nastolatków.



Na mnie zrobiło to duże wrażenie! Wszystko ładnie synchronizowane, salta, obroty i innego typu sztuki akrobatyczne z tańcem, a wszystko pod autostradami. Genialne wykorzystanie przestrzeni miejskiej!




Później chcieliśmy specjalnie pobłądzić, dzięki czemu mogliśmy lepiej poznać miasto. W metrze, a raczej komunikacji pociągowo-metrowej (dziś to sprawdziłem i nie mają trzeciej szyny z napięciem tylko ciągną energię z trakcji) dostaliśmy mapkę dokąd (na jaką strefę) nasz bilet obowiązuje. Na początku pojechaliśmy na północ. Dzięki czemu jeszcze z pociągu zobaczyliśmy most i Operę.



Po okrążeniu kilku stacji północnego centrum w końcu (tym samym pociągiem) dotarliśmy na południe jak najdalej się dało na naszym bilecie i... zobaczyliśmy domki i bloki. Nic więcej, nic innego, nic nowego, więc postanowiliśmy, że wracamy pociągiem jak najbliżej naszego domu się da (to może być ciekawa konkurencja dla turystów: dojedź jak najszybciej do jakiegoś celu używając jedynie pociągu :) ). Pociągi są tak miłe i ciche (i można samemu przestawić w którą stronę chce się siedzieć!!! Czy chce się siedzieć przodem do kierunku jazdy, czy tyłem. Postaram się umieścić filmik jakie to proste miłe i przyjemne), że usnęliśmy... Obudził nas maszynista i powiedział, że pociąg dalej nie pojedzie ponieważ &^&)()^#$^& i poprosił abyśmy opuścili stacje i że można dojechać autobusem. Ale gdzie, jak i dlaczego? W tym momencie sobie przypomniałem, że rano widziałem jak robią coś na torach na moście. Wyszliśmy na powierzchnię z 3 albo i 4 poziomu podziemnego i doszliśmy do północnej części centrum, tuż przed mostem, tuż przy przystanku autobusowym. Już czuliśmy, że jeszcze trochę i nasze niedożywione organizmy będą się domagać swojej racji, więc wróciliśmy do domu i przygotowaliśmy się do kolejnego dnia pełnego wrażeń :)

poniedziałek, 5 października 2009

Tłumnie i ogniście. Nadal zimno, chociaż...

"Ten dzień przywitał nas ulewą (...)"* Nie dosyć, że ulewą to jeszcze chłodem. Mieliśmy otwarte okno i ciężko było wyjść spod nagrzanej kołdry, ale udało się. Chcieliśmy skorzystać z biletu, który kupiliśmy na tydzień i po śniadaniu pojechaliśmy zwiedzić dalsze zakamarki centrum Sydney.
Pomimo ucieczki autobusu i spacerku dwa przystanki dalej rozgrzaliśmy się i zrobiło się cieplej i byliśmy w dobrych humorach. Chociaż było i tak cieplej niż wczoraj. Dojechaliśmy do Centrum i tam chcieliśmy skorzystać z tutejszego metra, a raczej kolei, która to zastępuje metro i jest bardzo dobrze rozbudowana. Chcieliśmy dotrzeć na Darling Harbour Fiesta, czyli taki coroczny "kochany" festyn w jednym z portów (bardzo podoba mi się zdjęcie promujące festiwal).




Nie wiedząc dokładnie gdzie to się znajduje, nie posiadając mapy, wiedząc że mamy jeszcze trochę czasu ruszyliśmy jeden przystanek z Town Hall do stacji Central. Pochodziliśmy trochę po okolicy z coraz większym zamiarem zapewnienia komfortu naszym żołądkom. Niestety proste się to nie okazało, ponieważ natrafiliśmy na tłumy:

To był jakiś wielki market, gdzie można było kupić od warzyw i owoców (na zdjęciu) poprzez skarpetki, ręczniki, koszulki, kapelusze i inne ubrania do chociażby zdalnie sterowanych samochodzików i helikopterów (na taki helikopterek miałem miesięczną fazę w Polsce:))  oraz nowiutkie słuchawki i obudowę do mojego telefonu (słuchawki mam już totalnie zdewastowane i jak znajde jakąś prace to sobie tam kupie nowiutkie). Jak się później okazało dzielnica nazywa się Haymarket. Co interesujące na tym targu najprawdopodobniej można dostać Cicię dla Marty, więc na pewno jeszcze tam dojdziemy :) Czymże jest Cicia? Hmmm... To takie małe włochate coś co można przyczepić do telefonu, jak breloczek, tylko mile w dotyku. Nie wiem czy zdjęcie to pokaże o co chodzi, ale to coś takiego:












Szukając dalej miejsca aby coś zjeść doszliśmy do Chinatown, które słynie że można zjeść coś dobrego, pożywnego za niewielką kwotę i tak też się stało. Gdzieś na jakimś rogu znaleźliśmy niewielkie wejście do pół-podziemi, gdzie było pełno różnych chińsko-tajsko-wietnamskich okienek, z możliwością zamówienia konkretnego dania i skonsumowania go w tej pół-piwnico-stołówce. Zapewniając spokój naszym żołądkom, w kolejce czekało zainteresowanie festynem. Na szczęście był on niedaleko wyjścia z Chinatown. Dotarliśmy tam już stosunkowo późno, ale i tak tłoczno, pomimo, że w tym akurat miejscu już praktycznie nic się nie działo. Za to można było zaobserwować piękną panoramę drapaczy chmur.



Przeszliśmy więc do sceny gdzie coś się działo, a dokładnie grała głośno salsa z statku sceny w porcie, a ludzie przy brzegu tańczyli :)



Doczekaliśmy do godziny zero, czyli do 19:30 na wielki pokaz fajerwerków!



Pokaz był stosunkowo długi, ale niestety tylko z barki na wodzie, a nie z różnych miejsc. Dodatkową atrakcją były ogniste restauracje.
 

Ale i tak byliśmy zadowoleni i chcieliśmy wrócić taką śmieszną kolejką, która jeździ tylko w jedną stronę, na szynie ustawionej jakieś 3 metry nad chodnikiem dla pieszych. Zajmuje bardzo mało miejsca, jeździ cicho i szybko. Świetne rozwiązanie! Niestety nie przejechaliśmy się tym cudem techniki, ze względu na to, że jechała w drugą stronę i trzeba było dodatkowo płacić. Tą kolejkę wybudowała prywatna firma za zgoda miasta i wszyscy się z tego cieszą :)

Pogoda dawała się we znaki, to znaczy zaczęło padać :( Szybki spacerek z zatrzymaniem się na pyszną czekoladę Lindta, sklep w centrum i na przystanek autobusowy. I tu niespodzianka. Jako, że jest niedziela autobusy kursują rzadziej i do wcześniejszej godziny. Następny autobus za 45 min. No cóż czekamy, bo dobrze, że jeszcze nas coś zawiezie do domu. Zastanawiamy się i autobus z nieznanym dla nas numerkiem, ale za to ma napisaną nazwę dokąd chcemy się wybrać. Dojechaliśmy cali i szczęśliwi, chociaż była to trochę gorsza linia, ponieważ nie jechała bezpośrednio do domu, tylko objeżdżała jeszcze północne okolice Sydney. Ale dobrze być już w domu spokojnie sobie usiąść i wypić ciepłą herbatę :)

* fragment piosenki "Dziewczyna bez zęba na przedzie" Kazika Staszewskiego (KULT)