niedziela, 10 stycznia 2010

Wakacyjnie

Nareszcie można było poczuć wakacje! Odpocząć i zregenerować siły! Co prawda też z przygodami, ponieważ cały czas w oponie mam dziurę i powietrze mi schodzi z szybkością, że udaje mi się przejechać jedynie 200 metrów :) Dlatego też miałem spacerek do Military Rd. Stamtąd autobus prosto na plażę Manly! Przepiękna i ogromna plaża i jak na niedzielne południe przystało z ogromną liczbą osób.


Po dłuższej chwili szaleństw na fali oraz krótkiej drzemce w ciepłym słońcu, po kebabie i po lodach poszliśmy na spacer z przewodnika. Nie minęły 3 minuty i spotkaliśmy Bernadette z koleżanką! Tak to ta sama osoba, którą spotkaliśmy jadąc pociągiem do Melbourne! Ale miłe zaskoczenie. Jednakże one miały inne plany, a mianowicie chciały się poopalać na plaży, a my już właśnie z niej uciekaliśmy :)
Przewodnik poprowadził nas na wzgórze skąd można było podziwiać przepiękny widok na ocean oraz Manly.




A na przedmieściach oprócz BMW, Mercedesów i Subaru można było spotkać taki oto piękny eksponat Fiata!


Z powodu już chylącego się ku zachodowi słońca postanowiliśmy wrócić do domu.

sobota, 9 stycznia 2010

Prawie 20-letnia betonowa ławka psycho(terapeuty)

Pomimo wczorajszego późnego pójścia spać, ja musiałem się zerwać wcześnie, ponieważ dziś rozpocząłem pracę o 7:30! I udało mi się zdążyć, pomimo tego, że po raz kolejny w przednim kole brakowało powietrza. Niedługo dętka będzie wyglądała jak dobry ser szwajcarski... W sumie to się nie dziwię, ponieważ opona jest już w takim stanie, że praktycznie jej nie ma, przynajmniej w niektórych miejscach...
Dzień rozpoczął się od przenoszenia betonowej ławki. Na zdjęciu już rozłożona, to te elementy z płaskorzeźbami. Główny element na którym się siedzi został na swoim miejscu, ponieważ nie dało się go przesunąć. Co do reszty to inna historia.

Oczywiście trzeba było być bardzo delikatnym przy tym przenoszeniu. Podczas wyjmowania dwóch elementów: oparć bocznych (na zdjęciu po prawej stronie), Alexowi lekko się nadkruszył kawałek. Garfield tak się wściekł, jakby to było zrobione specjalnie i na złość. Ciężko aby przy wadze jednego elementu około 120 kg być delikatnym, a jeszcze wydaje mi się, że akurat w tamtym miejscu ta część była doklejana... To akurat było lżejszą i prostszą rzeczą do przeniesienia. Zostało nam jeszcze tylne oparcie (około 180 kg). W tym momencie Garfild kazał użyć liny, co było dobrym pomysłem, tylko dlaczego te liny kazał nam przywiązać do szyi? Jak się go zapytałem po co to, to usłyszałem prostą odpowiedź: tak trzeba, jak będziecie robić co wam każę to nikomu się nic nie stanie! Na szczęście udało się to przenieść bez żadnych ofiar w ludziach i bez uszczerbku na betonie, jednakże od tego momentu zrozumiałem, że coś tu jednak jest naprawdę nie tak...
Następnym moim zadaniem było wykopanie rowu na fundament dla jego ogródka, ścieżki skalnej... Udało się doczekać lunchu na którym się dowiedziałem co nieco o historii tego gościa. Mianowicie trochę jeździł po świecie, pracował jako grafik a przez ostatnie 15 lat przed odejściem na emeryturę był w Sydney psychoterapeutą. I w tym miejscu muszę się zgodzić ze twierdzeniem, że duża część osób z takim wykształceniem szuka pomocy dla siebie...
Po lunchu Garfield powiedział, że słabo wyglądam i że mam pójść do domu. Ale przed tym mam schować wszystkie narzędzia i wymyć grill. Tak naprawdę dziś już nie miałem ochoty więcej pracować, a przynajmniej zjadłem sobie darmowy lunch :)
Niestety zanim zrobiłem to co trzeba trochę czasu upłynęło, a jeszcze musiałem naprawić sobie rower, abym mógł chociaż zjechać z górki. Na szczęście się udało i w domu po prysznicu położyłem się, a wieczorem nadrobiłem trochę zaległości w blogu...

piątek, 8 stycznia 2010

Ty draniu!

Podobno z samego rana dostałem SMS-a, że mam dziś nie przychodzić do pracy ponieważ bardzo padało nad ranem. Ale Garfield chyba się pomylił i wysłał wiadomość do kogoś innego, a skoro ja już przyjechałem i pogoda była dobra, to zostałem dopuszczony do możliwości pracy...
Zaczęło się od ułożenia w odpowiednim miejscu donicy z jakimś bardzo delikatnym kwiatkiem. Co chwila mi tylko powtarzał: "Watch for this f****ng leaves". W tym miejscu miałem wykopać dół na ten kwiatek, a raczej malutkie drzewko. W momencie jak po 15 minutach mówienia mi z dokładnością co do centymetra jak ten kwiatek ma być ułożony, powiedział, że chce aby ta roślina była dokładnie tak wkopana. Kazał mi się przyjrzeć jaka jest odległość górnego lewego listka od drzewa, podobnie dolnej gałązki i doniczki. Pokazał mi to wszystko linijką, po czym musiał gdzieś wyjść... Ja za bardzo nie ufając swojej pamięci, postanowiłem zrobić dokładne zdjęcia telefonem z dokładnymi odległościami zanim gdziekolwiek przeniosę doniczkę z drzewkiem.

Ułożenie całego drzewka

Odległość drzewa od doniczki

Detal

Odległość górnego listka od drzewa

Odległość i ułożenie listków przy płocie

Detal odległości od płotu

Na szczęście jak tylko wykopałem odpowiedniej wielkości dziurę, Garfield przyszedł i razem ze mną ułożył to drzewko. Wyszukiwanie i mieszanie różnych gleb z różnych kompostów zajęło chwilę. Kiedy z jednego kompostu kazał wydobyć ziemię, ja zacząłem się rozglądać za jakąś łopatką, czy czymkolwiek, a on powiedział, abym się nie przejmował i robił to gołymi rękoma, tam nie ma żadnych niebezpiecznych rzeczy. Przez chwilę tak robiłem, ale było strasznie źle brać, po czym znalazłem łopatkę i już nią wydobywając co chwila natykałem się na jakieś ostre kawałki cegły, szkła, a na sam koniec jak Garfield tam zajrzał ujrzałem pająka, którego szybko zabił ze słowami na ustach w stylu: "Ty draniu". Niestety nie udało mi się bliżej przyjrzeć pająkowi aby go później wyszukać i dowiedzieć co to był za drań... Jak się go zapytałem czy był jadowity (ponieważ słyszałem, że w tej okolicy żyje ich całkiem sporo), powiedział po chwili zastanawiania, że nie...
Później było jeszcze jedno drzewko, ale na szczęście już mniejsze, więc poszło łatwiej i szybciej.
Kolejnym zadaniem czekającym na mnie było pozbieranie wszystkich kamyczków i kamieni z obszaru pod bananowcami. Na początku szło łatwo, jednakże później natknąłem się na kamienie ważące pewnie z 250 kg! Oczywiście też je miałem stamtąd usunąć... Najgorsze było to, że cały czas stał obok i mówił jaki ja to jestem powolny i kazał mi robić wszystko szybciej! Już byłem tym tak zirytowany, że turlając jedną z tych skał zahaczyłem nogą o kant innej i zraniłem się w piszczel na długość 8 cm. Dobrze, że to już był koniec dnia...
Po pracy tak jak wczoraj odzyskałem trochę energii pod orzeźwiającym prysznicem i wyruszyłem po Malinkę do pracy. Tam okazało się, że jest jeszcze ogromny ruch. Nawet nic nie myśląc postanowiłem, że powycieram szybko sztućce, później pomogłem jak zwykle pownosić stoliki i krzesła z zewnątrz. Niestety i tak okazało się, że dzisiaj skończyliśmy dopiero po północy, ale za to zupełnie tego nie oczekując, za pomoc dostałem $20! Za pomoc! Ale miła niespodziewajka :)
Ze względu na to, że Malinka dzisiaj miała orientation day w szkole, nie miała roweru, ale jakoś udało się dotrzeć do domu na jednym z dodatkowymi dwiema pizzami! :) Co za dzień...

czwartek, 7 stycznia 2010

Duże, średnie i małe patyczki...

Jaka piękna pogoda, szkoda, że trzeba iść do pracy... Jednakże przydadzą się kolejne pieniądze, ponieważ wielkimi krokami ponownie zbliża się termin zapłaty za mieszkanie, a do tej pory jeszcze nie dostałem wypłaty za pracę w Canberze... Zaczynam się tym trochę martwić... Dzwoniłem, ale tam też czekają na zapłatę od  firmy dla której pośrednio wykonywaliśmy pracę. Pozostaje mi jedynie czekanie.
Do pracy pojechałem na 10:30. Dzień tam zleciał mi na zbieraniu dużych, średnich, małych patyczków i do tego różnego rodzaju papierków, plastiku i innych śmieci. I tak cały ogród. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się zrobić zdjęcia jak ten ogród wygląda, bo słowami nie da się tego opisać...
Pod koniec dnia została mi najłatwiejsza ale i największa część ogrodu, a mianowicie taka gdzie praktycznie nie było co zbierać, więc dla ułatwienia zacząłem grabić. Garfield stał i patrzył co robi Alex, czyli jeszcze jeden chłopak do pomocy jak ja. Jak już prawie skończyłem grabić, dostałem ochrzan za to, że to całe zagrabiłem, ponieważ liście dobrze robią dla ziemi... Dzięki za informację, tylko mógłbyś wcześniej swoje oczekiwania przedstawiać... I dlaczego małe patyczki miały większą średnicę niż łodyżki liści i czemu miałem zostawiać najmniejsze patyczki? Szkoda gadać...
Po pracy pojechałem do domu się odświeżyć, a później do Malinki pracy. Tam jak zwykle trochę pomogłem, aby wszyscy razem z Malinką wcześniej mogli wyjść. Wróciliśmy spokojnie na rowerach do domciu.

środa, 6 stycznia 2010

Australian Red Cross vs Polski Czerwony Krzyż

Wczoraj odpoczynek, dziś trochę więcej się działo.
Z samego rana popłynąłem do swojej szkoły dowiedzieć się w jakich godzinach będę mieć zajęcia. Przy okazji sprawdziłem czy moja karta do druku i xero jeszcze działa i wydrukowałem sobie aktualną wersję mojego resume. CV oraz informacje o godzinach były mi to potrzebne na wszelki wypadek w agencji pracy do której się wybrałem w następnej kolejności.
Mój życiorys zawodowy się przydał, jednakże jestem ciekawy z jakim rezultatem, ponieważ dostałem informację, że jak coś się znajdzie to oddzwonią, czyli to może oznaczać to samo co wszędzie do tej pory. Na ten moment nie ma co myśleć o tym, trzeba po prostu czekać i pod koniec przyszłego tygodnia zadzwonić i się zapytać (czyt. przypomnieć o swoim istnieniu).
Następnie poszedłem do biura. Nie miałem tego w planach, ale jeszcze miałem godzinę do umówionego spotkania. W biurze wydrukowałem sobie jeszcze kilka aktualnych resume.
Następnie udałem się do Australian Red Cross na oddanie krwi. Muszę powiedzieć, że są spore różnice pomiędzy funkcjonowaniem tej instytucji w Australii i w Polsce. Może zacznę od początku, jak do tego spotkania doszło.
Pewnego dnia jechałem promem i zobaczyłem plakat Australijskiego Czerwonego Krzyża zachęcający do dowiedzenia się czegoś więcej na temat oddania krwi. Wystarczyło wysłać bezpłatnego SMS-a i mieli w krótkim czasie oddzwonić. Raz zadzwonili jak byłem na rozmowie o pracę w agencji rekrutacyjnej. Następnym razem zadzwonili jakiś tydzień później, kiedy pracowałem w fabryce w Canberze. Wtedy na spokojnie porozmawiałem i umówiłem się na dzisiejsze spotkanie. Na tydzień przed spotkaniem dzwonili ponownie, aby potwierdzić i jeszcze wysłali SMS-a przypominającego na dzień wcześniej. Więc jeśli chodzi do momentu spotkania różnice są diametralne, czułem się wyróżniony i doceniony. Niestety przed rejestracją tak jak w Polsce trzeba wypełnić całą papierologię związaną z chorobami, podróżami i innymi pytaniami dotyczącymi bardziej intymnych stref życia. Następnie zauważyłem kolejną różnicę, że przed pójściem na wywiad do lekarza tutaj nie pobierają i nie badają wstępnie krwi, ani nie zakładają dziwnej opaski na rękę z danymi osobowymi. U lekarza trzeba było jeszcze raz odpowiedzieć na pytania (większość ta sama co w kwestionariuszu). Szybki test na występowanie zarazków malarii i mogę przejść do kolejnego pomieszczenia, gdzie będą mogli już pobrać to co trzeba. Kolejna różnica jest taka, że tu już cały czas jest się pod opieką tego samego lekarza, który przeprowadzał wywiad.
Po oddaniu krwi zamiast 8 tabliczek czekolady, soczku i batonika tak jak w Polsce, dostaje się jedynie kanapkę lub hot-doga z koktajlem mlecznym lub małym kartonikiem soku. Jeśli chodzi o sprzęt jakim dysponują to wydaje mi się, że w Polsce, przynajmniej tam gdzie ja zazwyczaj chodziłem, jest więcej technologii wprowadzonej no i najważniejsze mają mniejsze igły :) To na tyle jeśli chodzi o Australian Red Cross vs Polski Czerwony Krzyż i oddawanie krwi.
Następnie poszedłem ponownie do szkoły spotkać się na chwilę ze znajomymi z lekcji angielskiego. Strasznie miła była ich reakcja jak mnie zobaczyli :) I tak miło się rozmawiało, że dopiero po dwóch godzinach pojechałem do domu.

wtorek, 5 stycznia 2010

Na plaży Bondi

Korzystając z jeszcze jednego dnia wolnego postanowiliśmy wyruszyć w jedno z miejsc, które najbardziej kojarzy się z Australią. Pojechaliśmy na plażę Bondi! Niestety podróż w jedną stronę trwa około 1,5h. Za to w autobusie można zboczyć takie oto ciekawe informacje:

Pierwsze siedzenia są zazwyczaj czerwonego koloru a na oknach znajduje się powyższa informacja. Jednakże z tymi nogami to mnie rozbawili. Z drugiej strony jak powstały takie naklejki, widocznie dosyć dużo osób tak robiło.
Och jak cudownie można się wylegiwać na plaży słuchając szumu fal i odgłosów gdzieś dalej przebywających ludzi. Trochę szaleństwa na pięknych falach, niestety jeszcze bez deski ;) Chwila na wysuszenie i ponowne leżenie... Ach aby takich dni było więcej... :)



poniedziałek, 4 stycznia 2010

Czy IKEA jest wszędzie taka sama?

Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w biurze. Załatwienie kilku spraw, dowiedzenie się paru nowych informacji dzięki którym ponownie lepiej będzie się żyło :) No dobra bez przesady...
Następnie z naszymi rowerami popłynęliśmy promem na znany już nam Kissing Point.

Jest to ostatnia stacja dokąd możemy pływać na naszym tygodniowym bilecie. Z tego miejsca przejechaliśmy na rowerach 3 kilometry do sklepu IKEA! Wrażenia: jest identyczna jak w Polsce! Dwa piętra, wszystko w tej samej kolejności. Jest to jedyna IKEA w okolicach Sydney, jedna z trzech w całej Australii. Zakupiliśmy tam lampkę do pokoju oraz dywanik do łazienki. Centrum handlowe też jakby trochę inne ze względu na większą ilość sklepów z rzeczami typowo domowymi.
W planach mieliśmy jeszcze przejechać się do pobliskiego miasteczka olimpijskiego, jednakże zrobiła się już późna godzina i postanowiliśmy nie wracać zbyt późno do domu.




Udało się zapakować zakupione rzeczy jakoś na bagażnik rowerowy i powrócilismy do domu podziwiając po drodze piękny zachód słońca.

niedziela, 3 stycznia 2010

Chińskie Castel d'Oro

Dzisiaj jak rzadko udało nam się zwinnie wyjść. Może to przez to, iż mieliśmy zaplanowane spotkanie i nie chcieliśmy się na nie spóźnić! A mianowicie wyszliśmy na obiad pracowników Castel d'Oro! Strasznie miło, jednakże znowu musieliśmy jechać półtorej godziny w jedną stronę. Ale to przecież się nie liczy, ważne aby być!
Na miejsce dotarliśmy w sam raz. Obiad był w restauracji chińskiej. Ale pychota!
Po obiedzie wszyscy zeszli na parter, do mini kasyna i część grała, część obserwowała i jeszcze część po prostu poszła do domu. My trochę poobserwowaliśmy i również spróbowaliśmy swojego szczęścia starając się nie stracić obstawionego $1. Ja niestety przegrałem 20 centów :(
Po pewnym czasie postanowiliśmy wrócić do domu gdzie mogliśmy się trochę pobyczyć :)

sobota, 2 stycznia 2010

Zwiedzanie Sydney

Jesteśmy już w Sydney ponad 3 miesiące i tak na dobrą sprawę nie zwiedziliśmy tutaj większej ilości atrakcji turystycznych. Postanowiliśmy w dniu dzisiejszym to nadrobić.
Na początek popłynęliśmy do Darling Harbour, gdzie znajduje się akwarium i Wildlife World, National Maritime Museum, Chinese Garden. Jednakże jak documowaliśmy do przystani tak się rozpadało, że nie było możliwości zobaczyć czegokolwiek. Atrakcje, które można było zwiedzać pod dachem kosztowały dużo za dużo abyśmy mogli sobie pozwolić wejść ot tak. Zostało nam kino IMAX, które również się tam znajduje wciśnięte pod i pomiędzy dwoma ruchliwymi ulicami, jednakże wszystkie bilety zostały już sprzedane :(
Poszliśmy za to na kawę, a później na wielki bazar. Tam udało mi się kupić nowe spodenki, okulary przeciwsłoneczne oraz nowy kapelusz :) Do tego zrobiliśmy zakupy owocowo-warzywne. I tak z siatami powędrowaliśmy na przystań, gdzie uciekł nam prom! Nie chcąc tracić czasu popłynęliśmy innym na przepiękny punkt, z którego porobiliśmy mnóstwo zdjęć. Autobus nie przyjechał tak jak planowaliśmy, a chcąc jeszcze zdążyć na przepiękny zachód słońca podjechaliśmy do naszej przystani na Mosmanie. Na zobaczenie przepięknego zachodu już było za późno, co jednak nie przeszkodziło nam w mini sesji fotograficznej.


piątek, 1 stycznia 2010

Sylwester w Polsce

Pomimo późnego położenia się spać postanowiłem wstać przed 10, aby przeżyć drugi raz Sylwestra tego samego dnia, równo z Polską.



Później wszystko było jakieś takie powolne, za wyjątkiem czasu, który gonił jak zwykle bardzo szybko. Po południu udało nam się wyjść zobaczyć jak wygląda miasto po wczorajszej, w sumie dzisiejszej zabawie. Ku naszemu zaskoczeniu, wszystko było już wysprzątane i wyglądało jakby nic się nie działo. Jednak można było odczuć zmiany w rytmie miasta, wydawało się spokojniejsze, ludzie jakby trochę wolniej chodzili.
My postanowiliśmy się trochę obudzić na kawie, jednakże zajęło nam trochę czasu aby znaleźć otwartą kawiarnię. Później już wróciliśmy do domu i odpoczywaliśmy przy filmie i jedzonku przyniesionym z Castel d'Oro.

Na koniec jeszcze chciałem umieścić dawno już obiecane zdjęcie świeżo upieczonych rodziców z moją siostrzenicą Zuzią. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!



czwartek, 31 grudnia 2009

Sylwester!

To już dziś ta wielka noc. To dzisiaj wielki pokaz jednych z najsłynniejszych fajerwerków na świecie. To dzisiaj tłumy ludzi będą się przepychać o każdy wolny kawałek trawnika, chodnika, aby być tylko bliżej i lepiej widzieć pokaz fajerwerków. Nas to nie dotyczy, ponieważ już od dłuższego czasu wiedzieliśmy co w tą niepowtarzalną noc będziemy robić, a mianowicie pracować w Castel D'oro!
Nasze szykowania rozpoczęliśmy już o 10 rano. Prasowanie, czyszczenie ubrań i butów. Z domu wyszliśmy około 13:00. Z promu mogliśmy zaobserwować ludzi już czekających na dzisiejszy pokaz:

















Mam nadzieję, że te zdjęcia dobrze pokazują już oczekujących ludzi. Jeśli zdjęcia są za małe wystarczy na nie kliknąć, a będą większe :)
Do Castel d'Oro dotarliśmy chwilę przed czasem. Jeszcze trochę zajęło ogólne przygotowanie sali i na 30 minut przed godziną wejścia gości było wszystko gotowe.


Cała ekipa kelnerów.




Dla kogo coś chłodnego?

Czas do północy zleciał bardzo szybko. A na samą północ mieliśmy rozstawiony ekran, na którym można było podziwiać fajerwerki!



Po fajerwerkach była chwila relaksu a dokładnie tańca. O pierwszej godzinie Bruno życząc happy new year podziękował za przybycie. Od tej chwili szybko się uwinęliśmy ze sprzątaniem i godzinę później już wszystko było posprzątane. Autobusy podjeżdżały nam praktycznie na styk, tak że w mieście znaleźliśmy się w ciągu niecałych 45 minut. W ścisłym centrum cały czas panowała jedna wielka impreza z niezliczoną ilością osób idących chwiejnym krokiem. O śmieciach nawet nie chcę wspominać, ponieważ ulica to był jeden wielki śmietnik, a niektórzy chodzili na boso...
Do domu dotarliśmy szybko, za wyjątkiem kilkudziesięciominutowego spaceru z najbliższego działającego o tej porze przystanku do domu. Zmęczeni padliśmy po tym dniu pełnym wrażeń.

środa, 30 grudnia 2009

Żegnaj Melbourne!

I tak przyszedł czas na wyjazd. Niestety trzeba pożegnać wszelkie uroki Melbourne i wrócić do rzeczywistości w Sydney. Ale wcześniej należy pomyśleć o dotarciu na dworzec kolejowy i co gorsza wczesnym wstaniu! Udało się obudzić o czasie i jeszcze dopakować rzeczy, jednakże problem się pojawił, kiedy okazało się, że nie mamy monet, aby kupić bilet! O godzinie 6:30 ciężko kogokolwiek spotkać aby rozmienił $5! Na szczęście przyjechał pociąg z centrum i ktoś wysiadł i udało się rozmienić. Bilet kupiony oraz skasowany w ostatniej chwili, ponieważ jak tylko dotarłem na peron, pociąg właśnie wjeżdżał! Ale wyczucie czasu!
Na głównym dworcu zajęło nam chwilę aby się odnaleźć, gorzej było z pociągiem do Sydney. Okazało się, że pociąg owszem jest, jednakże dopiero z Albury jakieś 330 kilometrów od Melbourne! Więc na ten czas podróży nasz pociąg wyglądał dokładnie tak:


I tym oto autokarem przejechaliśmy pierwsze 3 godziny podróży. Za to już w Albury czekał na nas wspaniały pociąg:



którym to popędziliśmy przez kolejne 8 godzin prosto do Central Station w Sydney.


Byliśmy już strasznie zmęczeni, ale i też głodni, dlatego postanowiliśmy odwiedzić jakieś tanie miejsce i coś wszamać. Szukanie "czegoś" zajęło nam chyba 45 minut i skończyło się na wujku Wólim, czyli Woolworthsie, gdzie kupiliśmy składniki na sałatkę i coś bardziej konkretnego.
Podczas czekania na prom oraz płynięcia mogliśmy zaobserwować przygotowania do jutrzejszej wielkiej nocy. Jedną z najciekawszych rzeczy jakie rzuciły nam się w oko, było przykrycie całego trawnika czarnym, składanym na kwadraty plastikiem, oraz wszędzie pełno barierek i bramek.

wtorek, 29 grudnia 2009

Muzealne pomysły technologiczne

Zbieranie sił trwało dłużej niż zakładaliśmy i dlatego też późno wyszliśmy. W pierwszej kolejności dotarliśmy do Sanktuarium Pamięci. Z zewnątrz wielki kloc stojący w centrum parku, jednakże po bliższemu przyjrzeniu się robi lepsze wrażenie.







Po tym małym spotkaniu z ciężką historią rozluźniliśmy się w Królewskich Ogrodach Botanicznych. Jeśli chodzi o wielkość, przypominają warszawskie Łazienki Królewskie. Można tam znaleźć 50000 różnych roślin z 10000 różnych gatunków.








Niestety nie wszystkie podpisane, więc bez większej znajomości ciężko było nam się odnaleźć i podziwiać to co najzwyczajniejsze :) Z jednej ze ścieżek udało mi się zrobić ściśle tajne zdjęcie jak jest budowany stadion do piłki nożnej. To tak na wszelki wypadek jak byśmy się nie wyrobili razem z Ukrainą do 2012 :). No i co z tego że mistrzostwa Euro w Australii... Zawsze może być ten pierwszy raz ;)


Po spacerze w tych 38 hektarach różnych roślin udaliśmy się jak na turystów przystało kupić pamiątki na tamtejszym wielkim bazarze, czyli Queen Victoria Market. O tym miejscu za dużo nie można napisać, na bazarze każdy był. Mnóstwo przeróżnych rzeczy made in China... Ale przejść się warto aby złapać jakąś okazję. Mi się udało kupić super słuchawki do mojego telefonu. Poprzednie niefortunnie się zniszczyły podczas otwierania drzwi w pierwszym mieszkaniu w Sydney.
Czas od ostatniego posiłku już był na tyle długi, że musieliśmy zaspokoić potrzebę głodu. Znaleźliśmy tanie jedzonko w jednym z food cortów po drodze.  Następnie udaliśmy się do muzeum nie za bardzo polecanego zarówno przez przewodnik jak i przez ludzi, którzy w nim byli. My jednak postanowiliśmy zrealizować ten punkt zwiedzania Melbourne. W Muzeum Imigracji znowu podziałały nasze legitymacje, więc nie mieliśmy wątpliwości czy zwiedzać czy nie. Muszę powiedzieć, że tematyka może nie porywa do szaleństw, jednakże przygotowanie wystawy robi wrażenie. Wszystko zaczyna się od małych modeli statków i różnymi opisami podróży emigrantów z odległych krajów w odległych czasach. W jednej z kolejnych sal stała tylko niby taka rzeźba:


Można było wejść do środka tego okrętu i poczuć klimat. Dosłownie poczuć, ponieważ z głośników było puszczone nagranie warkotu silników, szumu morza, jakichś odległych rozmów. Można było zajrzeć do szuflad, w których leżały przedmioty osobiste emigrantów (oczywiście tych bogatszych, ponieważ biedniejsi spali na hamakach nad beczkami z wodą i żywnością). Bardzo pozytywne zaskoczenie i dobry pomysł. W jednej z kolejnych miejsc stała kanapa a przed nią były wyświetlane zdjęcia jak ze starego rzutnika na slajdy. Z głośników wydobywał się starszy głos opowiadający o tych zdjęciach, co się tam dzieje. Była to historia jednego z emigrantów.

Prosty pomysł i też bardzo mi się spodobał, ale to jeszcze nie wszystko. W kolejnej sali "kinowej" przed wejściem zakładało się okulary 3D. Sala ta miała dookoła (360•) białe tło do wyświetlania na niej obrazów. To jeszcze nic! Na środku tej sali znajdował się dżojstik, dzięki któremu można było się obracać i różne panoramy przybliżać i oddalać oraz zmieniać na kolejne widoki. Na jednej z panoram zauważyłem animację 3D pół człowieka, pół ptaka.


Spędziłem w tym kinie chyba ze 30 minut ciesząc się podziwianiem przepięknych zdjęć panoramicznych pokazanych w tak interesujący sposób. W kolejnym pomieszczeniu na wielkim stole leżały porozrzucane zdjęcia wydrukowane na folii. Stół miał podświetlany blat i matową szybę, więc bardzo ładnie każde zdjęcie można było zobaczyć. Do tego w jednym miejscu był wbudowany czytnik kodów kreskowych. Okazało się, że każde zdjęcia ma inny kod i po wczytaniu go na rzutniku pojawiało się dokładnie to sczytane zdjęcie z dodatkowymi informacjami! I takie właśnie uatrakcyjnienia wystawy mi się strasznie podobają, że od razu chce się sprawdzić, przez co więcej informacji się dowiadujemy!
Po tych technologicznych spotkaniach z emigrantami przeszliśmy do największego w całej Australii kasyna! Po raz pierwszy widziałem jak ludzie naprawdę grają i obstawiają za niemałe kwoty jakieś cyferki, które być może wypadną. Nie mówiąc już o tej niesamowitej ilości automatów z kręcącymi się bębnami. Taki nowszy jednoręki bandyta, gdzie tylko przyciska się jeden przycisk. Ludzi strasznie dużo i tylko widać jak co chwilę wrzucają nową monetę / banknot / kartę kredytową!, rzucają na stół kolejny żeton i po chwili albo odzyskują kilkukrotną wartość i grają dalej albo odchodzą ze spuszczoną głową.

Aby zasmakować hazardu postanowiliśmy spróbować zagrać za $1 i nie więcej! Ale oszałamiająca suma hihihi. Wrzuciliśmy naszą monetę do jednej z tych wszędobylskich maszyn (można je spotkać w co drugim barze w Australii), poprzyciskaliśmy jakieś guziki, coś poobstawialiśmy, straciliśmy pół godziny i maszyna "wypluła" z siebie $5! Od czasu do czasu nieregularna nagroda za robienie głupiej czynności i łatwo można wpaść w nałóg. A kasa leci! Może to jest pomysł na życie, aby otworzyć kasyno?!?
Powędrowaliśmy z naszą wygraną $4 do sklepu, ponieważ od tej klimatyzacji i emocji zachciało nam się strasznie pić. I tak wszystko to co wygraliśmy wydaliśmy na 3 litrowy sok owocowy!
Kolejnym punktem dzisiejszego dnia była Narodowa Galeria Victorii. Ze względu na zbliżający się wieczór była już zamknięta, ale za to zobaczyliśmy futurystyczne wejście zrobione z ściekającej po szkle ściany wodnej. Po drodze zwiedziliśmy muzeum australijskiego zespołu AC/DC


I tak zdążyliśmy wrócić do ścisłego centrum, trochę się jeszcze powłóczyć i napatrzeć na tutejszą architekturę, ponieważ jutro z samego rana powrót do Sydney.





A oto napis na drzwiach wejściowych do jednego z barów! Bardzo cenna uwaga i przypomnienie, aby nie zostawiać dzieci w samochodzie, lepiej zabierz je ze sobą na piwo ;)