poniedziałek, 25 stycznia 2010

Dom-praca-dom-szkoła-spotkanie-dom

Aby było ciekawiej, oprócz szkoły dzisiaj rano (na 7:30) jeszcze poszedłem do pracy. Gdzieś tak do godziny 11 miałem już dość, chciałem powiedzieć, że to ostatni dzień kiedy tu pracuję! Ale jeśli to powiem, to spalę sobie most, a gdzie ja znajdę, no może lepsze pytanie: jak ja znajdę coś innego?!? Więc udało się przetrzymać do 12. Ostatnia godzina poszła z górki. O 13:30 dostałem lunch w postaci przepysznego steku z sałatką z pomidorem i awokado :) Udało się wyjść parę minut po 14, zresztą tak jak planowałem. Rozpoczęcie szkoły (kurs biznesu) miałem o godzinie 16, więc 3 godziny wykorzystałem na szybki powrót na rowerze do domu oraz ekspresowy prysznic. Na szczęście zdążyłem na prom o godzinie 14:50. W mieście pośpiesznym krokiem udało mi się jeszcze zajrzeć do agencji aby wydrukować kilka swoich resume, tak aby po drodze wstąpić do kilku miejsc i liczyć na szczęście. Niestety zabrakło już czasu na chodzenie i szukanie pracy, ale za to kupiłem sobie bilet 3-miesięczny na autobusy i promy na dowolną ilość sekcji w obrębie pierwszej strefy. Po wczorajszych obliczeniach wyszło, że to bardziej się opłaca niż jazda na biletach 10-przejazdowych czy też tygodniowych, a tym bardziej pojedynczych. Okazało się na moje nieszczęście, że od początku stycznia wszystkie bilety podrożały (a wcale nie są takie tanie ponieważ bilet tygodniowy na autobus i prom kosztuje w przeliczeniu na PLN około 100 złotych!). Na szczęście byłem przygotowany z wiedzy o biletach i od pierwszego lutego będę mógł sobie już spokojnie jeździć komunikacją miejską :).
Do szkoły dotarłem punktualnie na 16. Spotkałem kilka znajomych z kursu angielskiego i się umówiliśmy na wieczór. Ja natomiast poszedłem do miejsca gdzie miałem mieć spotkanie, a była już 16:20. Nie wiem jak to się stało, ale okazało się, że wszystko zaczęło się o godzinie 14:30! Na szczęście dużo nie przegapiłem, gdyż wszystko co do tej pory było miałem już na rozpoczęciu kursu angielskiego. Dopiero to co się rozpoczęło o 16 było na temat mojego kursu. Takie krótkie wprowadzenie o czym będziemy się uczyć, o pracach domowych, obecności (po raz kolejny) i całe takie gadanie. Na sali znajdowało się około 50 osób, na szczęście pod sam koniec tuż przed dzisiejszymi prawdziwymi zajęciami o godzinie 17, zostaliśmy podzieleni na mniejsze grupy. Jedna grupa około 25 osób i 3 inne po 7-9. Ja się znalazłem w tej największej...
Jeśli chodzi o mój rozkład zajęć, to będę je miał od poniedziałku do czwartku w godzinach od 17:00 do 22:15. Zapowiadają się długie i wyczerpujące dni...
Pierwszy temat to Zasady bezpieczeństwa i ochrony zdrowia w miejscu pracy. Ten temat będzie wałkowany przez pierwsze 5 tygodni! Kurcze, gratuluję osobom, które układały plan zajęć. Ile można mówić na ten temat... zobaczymy.
Prowadząca przyszła spóźniona około 30 minut. Na sam początek powiedziała, że zazwyczaj będzie później przychodzić, ponieważ właśnie prowadzi szkolenia na lotnisku i pracę tam kończy o 17. Chwilę później każdemu rozdała folder / podręcznik z potrzebnymi materiałami na najbliższe 5 tygodni. Wszystko o zasadach bezpieczeństwa i zdrowia w miejscu pracy... Zajęcia trwały do godziny 21, później poszedłem na umówione spotkanie ze znajomymi z klasy z kursu angielskiego. Jako że nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego miejsca w jakimkolwiek lokalu, poszliśmy sobie do pobliskiego Hyde Parku :)
Do domu wróciłem przedostatnim promem, zmęczony po całym dniu szybko poszedłem do łóżka regenerować siły przed jutrzejszym wielkim dniem w Australii, czyli Dniem Australii! 

niedziela, 24 stycznia 2010

Dzień oddechu

W niedzielę nareszcie wymarzony odpoczynek! Nie trzeba było nigdzie wstać, nigdzie się śpieszyć, po prostu dzień w domu, również ze względu na to, iż pogoda słabo dopisała i można było się spodziewać zarówno deszczu jak i słońca. Dzięki temu udało się trochę nadrobić zaległości z blogiem, jak również obejrzeć film no i co najważniejsze przygotować się psychicznie do jutrzejszego pierwszego dnia w nowej, starej szkole :) 

sobota, 23 stycznia 2010

Zwariowana pogoda

Dzisiaj się naprawdę ciężko się spało! Pogoda taka jak nas ostrzegali, że tu będzie przez całe lato, czyli temperatura w nocy nie będzie schodzić poniżej 30 stopni. Rano jak wyjeżdżałem na swoim rowerze było 37, a to dopiero początek dnia, czyli godzina 8:30! Wiedziałem, że dziś będzie ciężko. Praktycznie przez cały dzień Garfielda nie było, tylko sam siedziałem i dalej reperowałem kolejny jego chodnik z cegieł w dolnym ogrodzie. Co ciekawsze tam cegły też są poukładane w krąg...
Około godziny 12:40 zadzwonił do mnie i powiedział, że przez temperaturę 38 stopni powinienem o 13 na dziś skończyć pracę. Na moje szczęście dziś nie było żadnych wysiłkowych zadań, tylko bardziej logiczne, czyli coś w stylu puzzli, ponieważ przekładałem uszkodzone cegły w niewidoczne miejsca, a te z niewidocznych miejsc, dobre tam gdzie są widoczne (w szczególności w jego okręgu). O godzinie 2pm było już 39 stopni! Na dowód umieszczam zdjęcia ekranu z mojego telefonu! Po środku na górze zdjęć widać godzinę o której była taka temperatura.
Komu chciałoby się pracować w taką temperaturę?

Tuż przed 2pm ponownie Garfield zadzwonił, czy na pewno ze mną wszystko w porządku. Jak potwierdziłem, poprosił mnie abym rozpalił grilla i tak około godziny 2:30 przyszedł czas na lunch, kolejny pyszny stek z sałatkami :) A później dalsza praca, chociaż zastanawiałem się czy się dalej katować, ponieważ temperatura osiągała swoje optimum 41 stopni.
Nie dosyć, że powietrze ciężkie, upał niesamowity. Jedyne pocieszenie to dzień jutrzejszy, że będzie można się orzeźwić.

Dobrze, że wczoraj przed pójściem spać wsadziłem do zamrażalki 3 litrową butelkę wody i dzisiaj cały czas mogę pić pyszną schłodzoną wodę. Gdyby nie to to chyba bym zwariował! Około godziny 4:20 zerwał się wielki wiatr i słychać było co jakiś czas grzmoty.
 
Nagłe ochłodzenie

I tak jak grzmoty wskazywały na to, że wiozą wodę, tak i zaczęli tą wodę wylewać!
Niecałe 30 minut później lało!

Ja się uparłem, że jeszcze dokończę układać te cegły, na szczęście już została mi sama końcówka. Udało się skończyć zadanie i wrócić do domu na rowerze. Wtedy właśnie skończyło padać...

Koniec deszczu akurat jak wjechałem do domu...

Przynajmniej miałem przyjemny orzeźwiający deszcz, który połączony z prysznicem dał mi energię na nadrobienie zaległości blogowych z ponad całego tygodnia :)
Wieczorem aby było ciekawiej pogoda postanowiła jeszcze porobić zdjęcia, czyli błyski i strzały

Kolejne kilka godzin i kolejna zmiana pogody...


Nadrabiając zaległości tak doczekałem do przyjścia Malinki.

piątek, 22 stycznia 2010

Lekcja posiadania podwładnych

Do pracy przyjechałem na wczesną godzinę 7:30! Zostałem dokładnie poinstruowany co ja mam zrobić i co ważniejsze co mają zrobić Włosi jak przyjdą. Tuż przed ich przyjściem miałem wykończyć kilka rzeczy aby spokojnie mogli zacząć dalej odkopywać "magiczny ceglasty krąg" Garfielda! Zresztą jedna z instrukcji brzmiała: "Daj im te cięższe prace a ty zajmij się tymi gdzie potrzeba zdolności artystycznych". Włosi przyszli o 9:30.
W temperaturze 35 stopni Celsjusza naprawdę ciężko się pracuje, a w szczególności z takim zajęciem jak kopanie i przenoszenie ciężkich pojemników z ziemią. Pod koniec dnia Garfield był zadowolony z moich postępów i mojego zarządzania dwuosobowym zespołem, jednakże nie był zadowolony z ich szybkości pracy. Ja rozumiem, że trzeba coś zrobić, ale nie w 8 godzin z jedną 15-minutową przerwą, drugą o 12, kolejną na lunch tym razem 30-minutową o 13:30, a później do 18 tylko kopanie. Wtedy to jeszcze słońce tak się przemieściło, że świeciło na ten cały magiczny ceglasty krąg. No ale to nieważne, dobrze że udało się zrobić to co było zaplanowane.
Po powrocie do domu zdążyłem wejść pod prysznic i coś zjeść i pojechałem po Malinkę.

czwartek, 21 stycznia 2010

Naprawa "magicznego ceglastego kręgu"

Jak przyjechałem pod furtkę do ogrodu, spotkałem niezadowolonego Vincenta. Okazało się, że nie było dziś dla niego pracy... Na drzwiach wisiała karta na szczęście już tylko w języku angielskim:

Pierwsza kartka na drzwiach Garfielda w łatwiejszym do zrozumienia języku :)

Tak więc kontynuowałem swoją pracę nad dalszą częścią murku. Około 10 rano przyszło dwóch Niemców co byli wczoraj i słyszałem tylko dużą sprzeczkę, chodziło oczywiście o pieniądze. Garfield nie chciał im dać czeku, ponieważ nie wykonali do końca swojej pracy. Zresztą od samego początku mówił na nich, że są zbyt powolni i leniwi, że nie chce ich zatrudniać itp. Widziałem tylko, że byli jeszcze 15 minut, coś zrobili i chyba dostali czek i sobie poszli :)
Po lunchu, czyli ponownie BBQ dowiedziałem się, że jutro mają przyjść ponownie Włosi i będę musiał zarządzać ich siłami roboczymi. Jestem ciekaw co to będzie. Jeszcze przed ich przyjściem miałem skompletować, aby w tym "magicznym ceglastym kręgu" były wszystkie cegły ułożone i w całości. Jeśli była jakaś nadkruszona miałem ją poprawić, a jeśli była jakaś pęknięta to miałem ją wymienić. Nie było to proste, ponieważ wszystkie cegły były porządnie wbetonowane w ten krąg... Czasami zastanawiam się, czy przypadkiem pod tą całą ziemią w środku tego kręgu nie są zasypane jakieś zwłoki, albo coś innego... To musi mieć dla niego jakieś wielkie sentymentalne znaczenie.
Na koniec dnia znowu zostałem pochwalony, że wszystko bardzo dokładnie i dobrze zrobiłem to co miałem zrobić. Pracę skończyłem o 20:30, więc po prysznicu w domu po prostu padłem ze zmęczenia!

środa, 20 stycznia 2010

Co będzie z moja oponą i laptopem?

Do pracy dziś przyszedłem później, wcześniej poszedłem do sklepu kupić część od pompki do roweru. Niestety codziennie rano muszę podpompowywać koło, ponieważ powolutku schodzi z niego powietrze i po około 10h jest już totalnym flakiem :( Myślałem, aby kupić sobie nową oponę i dętkę, ale to jest koszt ponad $50 co przewyższa wartość tego roweru. Z drugiej strony drogi Czytelniku jak zobaczysz poniższe zdjęcia w jakim stanie się znajduje moja opona to naprawdę można się załamać. Przynajmniej jest mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś się pokusi na ten rower :)


Łysa opona z wypadającym bocznym bieżnikiem + łata z opony przyklejona na klej super glu z chińskiego sklepu :)


Tak a tu szczyt zdarcia opony. Po 2 dniach łata osłaniająca od wierzchu odpadła, na szczęście zabezpieczenia od drugiej strony jeszcze tą oponę trzymają w całości.

W pracy dzisiaj robiłem dalej kamienisty murek oraz układałem cegły. Rano oprócz mnie do pracy przyszło dwóch Włochów. Niestety po angielsku strasznie słabo mówili, czyli co 3 słowo było właśnie w tym języku a reszta po włosku :) Na ich nieszczęście mieli dalej zajmować się wykopywaniem ziemi z tego "magicznego ceglastego kręgu".
Na lunch ponownie dziwna sytuacja, ponieważ ja dostałem pyszniutkiego steka, a Włosi z Garfieldem jedli pastę z owocami morza, którą ja jadłem dwa dni temu. Ale dziwnie...
Po lunchu każdy wrócił do swoich zajęć z taką różnicą, ze Włosi dostali wsparcie dodatkowych dwóch chłopaków z Niemiec! Ale tłum...
Dziś do domu wróciłem trochę wcześniej, więc miałem czas aby zrobić kilka rzeczy. Na początek szybki prysznic a później chcąc naprawić swojego laptopa rozkręciłem go...


Rozkręcony laptop od wewnątrz :)

Niestety cały czas mam problem z zasilaniem, a mianowicie nie mogę poruszyć kabelkiem zasilającym, ponieważ jak to zrobię lampki z oznaczeniem zasilania laptopa oraz stanem baterii robią sobie dyskotekę i migają na dwa odcienie pomarańczowego koloru. Aby przestały migać muszę wyłączyć laptopa, wyjąć wtyczkę zasilającą i ponownie włożyć. Na włączonym laptopie ta operacja nie zdaje egzaminu :( Czy ktoś może znać przyczynę tego problemu? Niestety google nic mi na ten temat nie powiedział :(
Jak już porozkręcałem laptop, chciałem chociaż wtyczkę zasilającą przesunąć, aby stabilniej leżała w środku laptopa. Operacja zakończona  niepowodzeniem. Ale za to pomyślałem, że raz na jakiś czas warto zadbać o higienę swojego komputera od środka, a zwłaszcza w okolicach chłodzenia. A dlaczego? Oto odpowiedź:


Kłębek kurzu znaleziony w laptopie i blokujący przepływ powietrza

Tak taki mały kurz który się tam uzbierał od bardzo bardzo dawna. A ja się dziwiłem, dlaczego mój laptop tak głośno hałasuje?!?
Po tych wszystkich manewrach sprzętowych trzeba było coś zjeść. Postanowiłem zrobić trochę naleśników. I co?!? Rewelacyjnie tak jakoś dodało mi się składników, że wyszło z tego mojego smażenia ponad 50 naleśników! Co prawda zajęło mi to ponad 2,5 godziny, czyli statystycznie jeden naleśnik na jakieś 2,5 minuty.


Ja z własnoręcznie zrobionymi od A do Z 48 naleśnikami! (Część już zjadłem jak były cieplutkie :) )

wtorek, 19 stycznia 2010

Przed i po mojej interwencji

W ogrodzie, gdzie nic nie ma swojego miejsca, nawet kwiatki, które są przestawiane z miejsca na miejsce, właśnie dziś przesadzałem te oto roślinki:

Roślinki gotowe do pooddzielania korzeni


Zwierzątko żyjące w przenoszonej roślince

Rosły w ogrodzie przed domem a teraz swoje miejsce znajdą w ogrodzie tylnim, tam gdzie ma powstać murek. Przed posadzeniem wyglądało to mniej więcej tak:


Tylni ogród przed zmianą


Tylni ogród po zmianie

Czy te zdjęcia mogą być moją reklamą? :) A to dopiero malutka część tego ogrodu...

Na lunch ponownie dostałem stek, a do niego oprócz sałatek szaszłyki z mięsa z kangura. Bardzo ciekawy smak, taki słodszy...

Po pracy dostałem wypłatę, czek, który będę mógł dopiero zrealizować jutro rano. W domu sprawdziłem konto i w końcu przyszło wynagrodzenie za pracę w Canberze, niestety o $60 mniej niż miało być, ale już nie zamierzam się o to kłócić. Może ja się pomyliłem w obliczeniach godzin, może nie, nieważne, dobrze, że już to mam :)

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Dalsze prace nad małym kamiennym murkiem

Dostałem kolejną informację na kartce, która wisiała na drzwiach wejściowych. Oto ona:



Co nieco zrozumiałem z tej łamanej polszczyzny z translatora komputerowego i zabrałem się do pracy.
Koło południa miałem już dosyć. Po prostu miałem ochotę zostawić wszystko i wyjść, jednakże to by nie miało jakiegokolwiek sensu. Na szczęście udało się przetrzymać kryzys. Garfield dziś był w nie najlepszym nastroju. Jak się później okazało, na ziemi znalazłem jego mandat za przekroczenie czasu parkowania, jednakże był cały czas dla mnie miły i nie stwarzał większych problemów. Po około 11 godzinach od przyjścia udało mi się wypoziomować cały chodnik.


Zły poziom cegieł chodnika przed ułożeniem


Tu chyba jeszcze lepiej widać masakryczny stan przed moją interwencją

Jak wróciłem do domu, miałem już siłę tylko na położenie się spać, w szczególności, że jutro idę na 7:30!

niedziela, 17 stycznia 2010

Niedzielna wyprawa na plażę palmową

Nie ma to jak powylegiwać się na plaży w Australii. W końcu jesteśmy tutaj ponad 3 miesiące i jeden dzień na tydzień postanowiliśmy wykorzystywać na odpoczynek i/lub zwiedzanie. Na dzień dzisiejszy przypadła Palm Beach, czyli plaża palmowa.
Pierwszą i ważną różnicą jaką zauważyliśmy między tą a innymi plażami jest kolor piasku. Tu był bardziej czerwony niż na plażach położonych w południowej części Sydney. Piasek jakiś taki bardziej ziarnisty, ale to nam nie przeszkadzało się położyć. Gorzej było z pogodą, ponieważ jak dojechaliśmy autobusem (podróż w jedną stronę trwała ponad 1h) to była straszna ulewa. Malinka wykorzystała sytuację i zaciągnęła mnie do kawiarni, czego nie żałuję, ponieważ zamówiliśmy sobie duży koktajl czekoladowy :) Jak już słoneczko wyszło, znaleźliśmy szybko odpowiednie miejsce na opustoszałej plaży. Malinka chwyciła za aparat i z teleobiektywu namierzała najlepszych (czyt. najprzystojniejszych) surferów.  Z powodu 40 km. od centrum Sydney nie było ich za wielu. Później leżeliśmy i próbowaliśmy złapać trochę słońca. Morfeusz po chwili tak jakby położył się między nami. Po około 20 minutach zostaliśmy oblani na początku grubymi, zimnymi  kroplami wody, a później ponownie zaczęło siąpić, tak że postanowiliśmy wrócić już do domu. Po przygodach z autobusem po 2,5 godzinie znaleźliśmy się wygłodniali na spit junction. Tam częściowo napełniliśmy się kanapką długości stopy i wróciliśmy do domciu.


Bardziej czerwony piasek i dużo mniejszy tłum na Palm Beach, spowodowany nie tylko deszczową pogodą ale i 40 kilometrami od centrum Sydney


Jak Palm Beach to i musi być palma :)



Liście też chcą do słońca

sobota, 16 stycznia 2010

Ponowna dobra robota

Na moje szczęście dziś miałem przyjść półtorej godziny później niż wczoraj, więc nawet zdołałem się wyspać. Razem ze mną pracował Vincent z Francji.
Dziś mogę się pochwalić skończonym projektem murku pod drzewami bananowymi. Tak wygląda on w całej swojej okazałości:

Murek skalny pod drzewem palmowym


Banany na drzewie


Nowy murek skalny w dolnym ogrodzie


Jak wyżej, tylko od drugiej strony

W sumie na wyżej umieszczonych zdjęciach dobrze widać co dziś robiłem. Poza tym rozebrałem cegły na chodniku w celu wyrównania ich. Jakoś tak wyszło, że musiałem rozebrać wszystko tak, że nawet nie było fundamentu! Tak to jest, kiedy chce się coś zrobić porządnie. Tak to mniej więcej wyglądało:


Ponownie dostałem pozytywny komentarz na temat tego co zrobiłem :) W sumie się nie dziwię, bo dużo pracy włożyłem w zadanie przez co byłem niezwykle zmęczony.

Vincent natomiast zajmował się odkopywaniem kręgu z cegieł na środku ogrodu:

Środek ogrodu z niewidocznym okręgiem cegieł. W tle za betonowym murem znajduje się dolny ogród, zdjęcie zrobione z tarasu.

Tak aby jeszcze było ciekawiej na lunch jak codziennie dostałem BBQ, jednakże dzisiaj było inaczej z tego powodu, że ja jadłem przepyszny kawałek steka a Garfield z Vincentem jakieś kiełbaski :)

piątek, 15 stycznia 2010

Pochwalony w świecie pająków

Ach te poranne wstawanie do pracy! Godzina 6:00 budzik i powolne zbieranie się aby na 7:30 dotrzeć na rowerze, w którym z przedniej opony cały czas powoli uchodzi powietrze i muszę co chwilę pompować.
Jak na razie w pracy nie było żadnych nieprzyjemnych sytuacji, a nawet Garfield pochwalił mnie za to co zrobiłem i powiedział do mnie: "my friend". Cóż za nagła zmiana w jego zachowaniu? Miejmy nadzieję, że tak będzie dalej.

Jak już wcześniej wspominałem, w ogrodzie w którym obecnie pracuję można spotkać wiele pająków. Dziś udało mi się zrobić zdjęcie takiego oto ciekawego okazu:



Od chłopaka naszej właścicielki mieszkania dowiedziałem się, że zapewne ten pająk, który został zabity przez Garfielda w kompoście to był jeden z najniebezpieczniejszych pająków w Australii, a na pewno w okolicach Sydney. Jego nazwa to Atraks. Więcej informacji o nim drogi Czytelniku znajdziesz na stronie wikipediihttp://pl.wikipedia.org/wiki/Atraks (wersja angielska: http://en.wikipedia.org/wiki/Atrax). Najbardziej mnie przeraziło, że ten pająk jest w stanie przebić się przez paznokieć. Podobno może też wysoko podskoczyć, więc jak go zobaczę, raczej będę uciekać, a nie robić mu zdjęcie :)

czwartek, 14 stycznia 2010

Wykorzystanie wózków sklepowych w 100%

Dzień z typu domowych.
Malinka wcześnie rano wyszła do swojej szkoły, a później do pracy. Ja natomiast cały dzień spędziłem w domu. Miałem wstać razem z Malinką, ale przestawiliśmy budzik o godzinę później. I to był błąd, ponieważ ja ten budzik wyłączałem i wstałem dwie godziny później... W ciągu dnia udało mi się nadrobić zaległości w blogu, trochę nauczyć się angielskiego, poszukałem pracy i tak dzień zleciał.

Natomiast aby ten wpis nie był taki nudny chciałbym opisać coś interesującego, co już dosyć dawno tutaj zauważyliśmy, a mianowicie przyzwolenie na branie wózków ze sklepu razem z zakupami i wiezienie sobie na nich zakupów aż do domu! Wózek zostawia się na trawce przy chodniku, a następnie jeździ taki specjalny samochód z przyczepką i zbiera porzucone wózki :) W sklepie można również zauważyć prośbę o informację, gdzie sie znajdują takie wózki. A teraz kilka fotek dokumentujących wyżej opisane ciekawe zjawisko.







środa, 13 stycznia 2010

Queen Victoria Building

Niestety obudziłem się cały obolały po wczorajszym układaniu kamieni... Na szczęście dziś nie poszedłem do pracy tylko na spotkanie wolontariuszy! Już niedługo będzie wielkie święto narodowe Australia Day i w całym mieście będą różne zorganizowane imprezy. Nam przypadł zaszczyt bycia kontrolerami tłumu na evencie wystrzału z 21 pistoletów. Zapowiada się ciekawie :)

Widok z miejsca spotkań wolontariuszy. Ach te drapacze chmur!
Następnie odwiedziliśmy dwa z 6 kampusów uczelni Malinki. Zaciekawiło mnie dlaczego nie mogą mieć wszystkiego w jednym miejscu, tak dla ułatwienia, tylko różne piętra w różnych budynkach na terenie całego CBD. No ale sobie tak to wymyślili :) Następnie przeszliśmy się na Haymarket w celu zakupu długich spodni dla mnie. Niestety większość, które tu ze sobą przywiozłem została w różny sposób uszkodzona, podziurawiona albo pobrudzona, tak że obecnie nie za bardzo nadaje się do chodzenia... Zamiast spodni kupiliśmy sobie po bananie i kilka deko orzeszków do pochrupania. Ze względu na jeszcze 1 godzinę do rozpoczęcia Malinki zajęć szukaliśmy taniej kawy w obrębie jej miejsca, gdzie będzie chodzić do szkoły. Udało się, znaleźliśmy już pierwszego dnia, tuż obok kampusu!
Po kawce przyszedł czas na zajęcia Malinki a dla mnie szukanie pracy w mieście. Niestety jest jeszcze gorzej niż w listopadzie/grudniu. Wszędzie mają cały personel i nikogo nie szukają :(
Korzystając z okazji, że jestem w mieście z aparatem podczas poszukiwań pracy poszukiwałem również ciekawych ujęć i oto co udało mi się zrobić:

Jednokierunkowa, jednotorowa, prywatna kolej nadziemna: monorail.


Wystawa nad schodami jednej popularnej sieci sklepów



Pomieszanie architektoniczne, czyli przeszłość i teraźniejszość


Jak powyżej


Coś dla fanów nadgryzionego jabłuszka


Po prawej duże centrum handlowe w Queen Victoria Building (QVB), czyli pięknym budynku z XIXw.


Detal  QVB


Przejście pomiędzy budynkami


Jedno z niezliczonych centrów handlowych


Pomnik przed QVB


A to co zostało przyczepione na pomniku. Jak miło...


Schody w QVB


Winda w tymże samym budynku (QVB)


Wnętzre QVB


Cominutowy zamęt, czyli co minutę piesi ze wszystkich stron przechodzą na drugą stronę ulicy również po przekątnej


Hide Park z autobusem: "City Sightseeing Sydney"


War memorial w Hide Park


Przygotowania do Aussie Day trwają. W tle QVB

Po podwójnym poszukiwaniu (pracy i ciekawych kadrów) około 4:30pm wyruszyłem w stronę promu i domu. Złapało mnie jakieś zmęczenie, że Morfeusz mnie dopadł. Wieczorem przyszła ogromna burza z pięknymi piorunami. Niestety nie udało mi się sfotografować widoku z okna z piorunem :( Może uda się następnym razem. Zdążyłem powysyłać resume aż do czasu telefonu wykończonej Malinki z prośbą o wyjście z parasolką :)