sobota, 20 lutego 2010

Weselne Castel d'Oro

Rano przygotowanie do popołudniowej pracy w Castel d'Oro, aby tam dotrzeć na godzinę 16:30. Jak przyjechałem obydwie sale były już w większej części przygotowane i tylko czekały na dodanie świeżych bułeczek oraz zimnych napojów.

Przygotowane stoły na przywitanie kolejnych gości

Będzie się działo

Tort weselny

Dziś obsługiwałem salę mniejszą, gdzie dobywało się wesele młodej pary Andrew & Claire. O północy wszyscy goście już sobie poszli i zostało sprzątanie. Podczas kończenia nakrywania stołów na jutrzejsze przyjęcia zostałem oddelegowany do pomocy w sprzątaniu w górnej sali. A myślałem, że dziś będzie szybciej... I w sali na górze całe sprzątanie od początku :/
Udało się wszystko zrobić do około godziny 2:15 w nocy i czekał mnie powrót do domu. Na moje szczęście było ciepło, temperatura wyniosła 23 stopnie :) 
Temperatura w nocy.

Na pierwszym przystanku czekałem około pół godziny na autobus, ale na szczęście przesiadka w centrum była po mojej myśli. Jeszcze tylko spacer ze Spit Junction i do domu dotarłem parę minut po 4.

piątek, 19 lutego 2010

Szukania ciąg dalszy...

Dzisiaj dalsze internetowe poszukiwania do około godziny 15, o której to pojechałem do miasta odwiedzić miejsca w których znalazłem, że może kogoś potrzebują, a w międzyczasie odwiedziłem Malinkę. 
Podczas poszukiwań dwa razy zostałem zapytany czy jestem Polakiem i jak potwierdziłem, miałem wrażenie jakby już nie chcieli ze mną rozmawiać. Czy coś ostatnio się wydarzyło o czym powinniśmy wiedzieć? 
Wieczorem, jako że to był piątek nie było sensu już chodzić ponieważ wszystko co mnie interesuje już było zamknięte, a tam gdzie pootwierane to zatłoczone miejsca gdzie nie mają czasu dla takich jak ja, więc wróciłem do domu i dalej przeszukiwałem internet.

czwartek, 18 lutego 2010

Bezrobocie na życzenie

Już nie pamiętam kiedy zwyczajnie nie włączyłem sobie budzika i pozwoliłem swojemu organizmowi spać tyle ile sam potrzebuje. Po pobudce chciałem się wydostać z tego samego stanu w jakim byłem 3 miesiące temu, czyli stanu bezrobocia, tylko że na własne życzenie. Po poszukiwaniach pojechałem do szkoły w której tak jak zwykle prawie się nic nie działo, a po przerwie był czas na zrobienie pracy zaliczeniowej. 
Po powrocie do domu jeszcze potrzebowałem 30 minut na dokończenie i wysłanie pracy, którą zrobiłem w szkole i już był czas aby oddać się w ramiona Morfeusza.

Dzień w objęciach Morfeusza przy usypiającym cichym szumie wiatraczka chłodzącego procesor

środa, 17 lutego 2010

Wreszcie odebrany czek

Na umówioną godzinę pojechałem po czek. Byłem punktualnie o 10:30, jednak Garfield nie był przygotowany. Minęło około 45 minut zanim wyszedł z czekiem. Na szczęście nie musiałem pracować, a i przez ten czas dostałem śniadanie.
Po powrocie do domu wyszedłem odprowadzić Malinkę do promu i przy okazji zrobić kilka zdjęć drogi jaką pokonujemy prawie codziennie idąc do i od promu do domu.

Basen z widokiem na zatokę z palmami poproszę :)



Skarabeusz porwał Malinkę :(


Wszędobylskie jaszczurki


"Moja rodzinka"


Tylko w jednym kierunku! Tylko którym?!


Widok na centrum

Nie wiadomo kiedy zleciał czas, gdy nadszedł moment że ja też musiałem wychodzić do swojej szkoły. Przez pierwszą część zajęć jak zwykle prawie nic się nie działo, za to w drugiej części zajęć wyszliśmy do centrum handlowego, gdzie rozdzieliliśmy się na kilka grup. Każda z grup miała wybrać jakiś sklep i ocenić wszelkie zagrożenia oraz trzeba było zrobić analizę SWOT dla tego miejsca. Mam nadzieję, że będziemy mieli coraz więcej takich ciekawych zajęć :) 

wtorek, 16 lutego 2010

Gdzie mój czek?!

Z samego rana przed pracą spotkałem się z dwoma Węgrami z mojej klasy, którzy również mieszkają na Mosmanie i pilnie potrzebują jakiejkolwiek pracy. Pomyślałem, że skoro ogłoszenie Garfielda cały czas wisi, a ja w dniu dzisiejszym powiem mu że to mój ostatni dzień, to będzie dobrze mieć kogoś na zastępstwo. Równo o 7:30 stawiliśmy się całą trójką (po wcześniejszym poinformowaniu szefa, że dwóch Węgrów przyjdzie) w ogrodzie. Garfield zapytał się mnie jakie mam plany w stosunku do nich. Wtedy mu odpowiedziałem, że dzisiaj jest mój ostatni dzień, a oni potrzebują pracy, a wiem, że w tym ogrodzie jeszcze potrzeba DUŻO pracy więc przyszli pomóc. Okazało się, że dziś ma jeszcze przyjść jeden z Włochów, więc jest możliwość pracy tylko dla jednego z Węgrów. Ja dzisiaj jeszcze przepracowałem ostatni dzień. Dokończyłem jakieś drobiazgi oraz miałem... zreperować dach!

Dach do zrobienia. Nie, dziękuję, nie mam ochoty stać na wysokości 7 metrów na chyboczącej się drabinie nad narzędziami ogrodniczymi z wiadrem cementu i ciężkimi dachówkami.

Na powyższym zdjęciu widać, w jakim stanie jest dach. Zastanawiałem się 10 minut czy mi się uda to naprawić na chyboczącej się drabinie na wysokości około 8 metrów nad całym śmietnikiem różnych narzędzi ogrodniczych. Miałbym po tej drabinie wnieść i trzymać wiaderko z cementem oraz brakujące dachówki. Nie ma co ryzykować, zresztą na naprawę tego potrzeba lepszego fachowca niż ja...
O godzinie 15 skończyłem pracę, jednak Garfield nie przyjechał i nie dał mi mojego czeku. Parę minut po 15 zadzwonił i powiedział, że się nie wyrobił i czy mogę przyjść po czek jutro? Ale teraz pytanie, czy czek dostanę bez pracy czy będę musiał jeszcze jeden dzień pracować, bo przecież jak wynikało z niedzielnego SMS-a to jest zrozumiałe, że czek jest wypłacany jedynie w dzień pracy... No ale co miałem zrobić, już się śpieszyłem do szkoły, więc powiedziałem że może tak być i że przyjdę o 9 rano. 
- o 9 to mnie nie będzie, najwcześniej to przyjadę o 10:30! 
- o 10:30 to już trochę późno. Czy nie mogę wcześniej.
- Tak, możesz o 7:30.
O tej godzinie to jeszcze bank jest zamknięty, a 2 godzin nie będzie mi się chciało czekać (jeśli nie będę musiał pracować), dobrze to niech już będzie 10:30.

W szkole było ciekawe ćwiczenie. Cała klasa została podzielona na 3 grupy. Każda grupa została zaklasyfikowana jako a) Senior Manager Thiokol Inc. b) Senior Manager NASA oraz c) Inżynierowie z Thiokol.
Firma Thiokol zajmuje się produkcją układów napędowych również do promów kosmicznych.  W styczniu 1986 roku również dostarczyła owe układy do promu kosmicznego Challenger.

Wybuch wahadłowca Challenger po 74 sekundach lotu.

Na podstawie tekstu każda z grup musiała udowodnić, że to nie przez nich wahadłowiec wybuchł w 74 sekundzie lotu. Dyskusja trwała przez około 30 minut. 
Były to najpóźniej skończone zajęcia, ponieważ o godzinie 9 dopiero mogliśmy pójść do domu :)

poniedziałek, 15 lutego 2010

Sydney by night

Skoro wiedziałem, że dziś nie będzie pracy w ogrodzie miałem nadzieję, że pomogę przyszłemu współlokatorowi ruszyć z jego biznesem, a mianowicie rozreklamować go trochę, w końcu z ulotkami mam już doświadczenie :) Jednakże prognoza pogody na poranek sprawdziła się, a mianowicie padało. Około godziny 10 słońce już tak świeciło, że było około 36 stopni w cieniu! I tak przez te poranne deszcze straciłem dzisiaj dwie prace, ale przez ostatni tydzień zdążyłem się do tego już przyzwyczaić i czas jaki mi pozostał do rozpoczęcia zajęć wykorzystałem na wysyłaniu resume. Malinka w tym czasie poszła do pracy na drugi dzień próbny. Jestem ciekawy co z tego wyjdzie...
W szkole jak to w szkole w sumie nic się nie działo. Rozpoczęliśmy temat zarządzanie ryzykiem, więc już trochę ciekawiej, ale cały czas to nie jest taki poziom jakiego się spodziewałem. Pociesza (albo i martwi, zależy z której strony na to spojrzeć) mnie tylko to, że w większości szkół jest takie samo albo i gorsze podejście do nauki. Myślałem, że w Australii edukacja jest naprawdę na wyższym poziomie, jednak na podstawie naszych dotychczasowych doświadczeń to jest ewidentnie nie nauka tylko sposób kupienia sobie wizy na dłuższy pobyt.
Po szkole jak zwykle wcześniej skończonej razem z Malinką poszliśmy sobie do Sydney by night. Jako że to był poniedziałek, wszędzie stosunkowo mały ruch. Jedno miejsce nas zauroczyło. W przejściu pomiędzy wieżowcami wisiało bardzo dużo pustych klatek, zresztą co ja będę opisywać oto kilka fotek z tego spaceru...

Przystanek na przepyszne czekoladowe fondue  


Nie dało się oprzeć pokusie i przeczekać chwili dla fotografa


Jeden z zakamarków skrywał w sobie tajemnicze klatki


Klatki, które wyglądają w nocnym świetle naprawdę surrealistycznie


że aż w głowie może się zakręcić


Coś dla fanów nadgryzionego jabłuszka


A tu coś dla wielbicieli słodkości


I dla fanów piwa, mocniejszych alkoholi oraz sportu coś się znajdzie 


W oczekiwaniu na prom


Widok z przystani

niedziela, 14 lutego 2010

Walentynki w Freeway Hotel

Rano trochę poplanowaliśmy co by tu można było zrobić w Dzień Zakochanych. Rozważaliśmy różne opcje i pomysły, niestety większość bez możliwości realizacji z powodu brzydkiej pogody. Padło na miejsce o mało romantycznej nazwie mianowicie Freeway Hotel Bar w jednej z bardziej przemysłowych dzielnic. Za to wydarzenie jakie tam się odbywało przypomniało nam jak w łatwy sposób można chociaż przez chwilę zapomnieć o istniejącym świecie i wejść w świat tańca nie byle jakiego, bo... T.A.N.G.O.



Po przemiłym wieczorze udało nam się spotkać przemiłą parę, która podwiozła nas pod sam dom. Po drodze dostałem SMSa od Garfielda, że mam nie przychodzić jutro do pracy z powodu zapowiadanych deszczy...
W domu odpisałem mu, że w takim razie potrzebuję czeku i czy mogę jutro po niego przyjechać. W odpowiedzi dostałem taką informację: "To jest zrozumiałe, że czek będzie w dniu pracy", czyli jutro na pieniądze nie mam co liczyć. To mi tylko dało powód, aby w ostatnim dniu pracy powiedzieć mu, że to jest ten ostatni dzień w którym u niego pracuję. Zresztą dla mnie jest zrozumiałe, że powinienem dostać pieniądze za wykonaną pracę a nie w kolejny dzień pracy... 

sobota, 13 lutego 2010

Czyżby przeprowadzka?

Rano bez pośpiechu pojechaliśmy na parę dni temu umówione spotkanie w sprawie mieszkania. Otóż możemy mieć możliwość wynajęcia pokoju o $40 taniej za każdy TYDZIEŃ na osobę! Do tego jak wszystko pójdzie dobrze to będziemy mieszkać z prawdziwą australijską rodziną, więc nie będzie już wymówki aby mówić po polsku, czyli dodatkowe korzyści dla mojego języka! Wszystko miało się okazać dzisiaj, dlatego noc była trochę niespokojna. Rano zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy autobusem do Chatswood. Dzielnica ta sąsiaduje z naszym pierwszym mieszkaniem w Lane Cove, więc jest trochę dalej niż obecnie, jednakże Chatswood jest takim można powiedzieć drugim, albo trzecim centrum Sydney (nie wiem jak do tego doliczyć North Sydney). 
Pogoda nie pozwoliła na jazdę rowerem, więc wybraliśmy się autobusem, który się spóźnił 20 minut. A prawie że biegliśmy na przystanek, aby być na czas... 45 minut później, po odczekaniu swojego w korkach oraz kilkukrotnym zdzwanianiu się gdzie jesteśmy dotarliśmy do pięknego dużego domku jednorodzinnego w okolicy gdzie są jeszcze bardziej strome górki niż gdzie obecnie mieszkamy.
Szybkie rozejrzenie się po domu, chwila rozmowy i już zarówno my jak i oni byliśmy pewni, że się wprowadzamy i to już za dwa tygodnie!
Po dość mało konkretnym i chaotycznym omówieniu reguł panujących w nowym mieszkaniu zostaliśmy podwiezieni i oprowadzeni przez Yoyo po centrum nowej dzielnicy Chatswood. Trwały tam własnie obchody nowego roku chińskiego. Ja postanowiłem nie tracić czasu i od razu poszukać pracy na miejscu. Do tego potrzebowałem jakiegoś punktu w którym mógłbym wydrukować swoje resume. Dotarliśmy do biblioteki gdzie z drobnymi problemami ale udało się wydrukować to co chciałem a przy okazji znaleźliśmy całą półkę polskich książek.

Półka, a raczej cały regał z książkami po polsku w bibliotece w Chatswood.

Malinka pojechała do pracy, ja sprawdziłem o której mam ostatni autobus do domu i ruszyłem na poszukiwania. Większość sklepów, kawiarni i innych potencjalnych miejsc wypełniona personelem azjatyckiego pochodzenia, więc ciężko będzie się gdziekolwiek wbić, ale będę próbować!

piątek, 12 lutego 2010

Kur domowy

Dziś nie miałem szkoły ani pracy, więc prawie cały dzień spędziłem w domu, głównie na (w końcu udało mi się) nadrobieniu zaległości blogowych, ale też usmażyłem kolejną dużą porcję naleśników :) Do sklepu udało mi się wyjść tuż przed ulewą i burzą, która się utrzymywała przez całą noc...

czwartek, 11 lutego 2010

Zmęczony poszukiwacz

Po wczorajszej pracy, dziś wstałem zmęczony. Dobrze, że już sobie odpuściłem pracę i miałem czas na napisanie pracy zaliczeniowej. Termin do końca dnia dzisiejszego, ale udało mi się napisać przed wyjściem do pizzerii gdzie miałbym być odpowiedzialny za robienie pizz :) Jak dotarłem do pizzerii to okazało się, że właśnie kogoś zatrudnili i że przyszedłem za późno. Jak to?! Przecież dzwoniłem w sobotę i umówiłem się na spotkanie dzisiaj! Ale jak już zatrudnili innego, to mowy o pracy dla mnie nie było, za to podali mi namiar na inne miejsce (ta sama sieć pizzerii), gdzie może kogoś potrzebują... Niestety tam też nici z pracy. Dzięki tym podróżom pomiędzy dzielnicami odkryłem, że mimo że między nimi przebiega ta sama ulica (chodzi mi o nazwę) to numery w każdej dzielnicy zaczynają się od początku :)
W centrum zjedliśmy z Malinką gorące frytki i zimny soczek ze sklepu i poszliśmy do swoich szkół. U mnie mało szałowo. Może przyszło 30% osób na dzisiejsze zajęcia, więc też wcześniej się skończyły. To dało mi możliwość popłynięcia promem o najlepszej porze, a mianowicie o zachodzie słońca...  

Pięknie oświetlone chmury nad Operą.

W domciu czekała już Malinka z przepysznym gorącym sosem z ryżem :) 

środa, 10 lutego 2010

Przewodniczący spotkania OH&S (coś w stylu polskiego BHP)

"Nie zrobiłeś dużo wczoraj", "Zostawiłeś jedzenie na słońcu", "Nie zamknąłeś furtki za sobą", "Zostawiłeś narzędzia na deszczu i mokły"... Tak mnie dziś przywitał Garfield. A co z "dzień dobry", "how are you?" a później sobie gadaj co tam chcesz, a nie tak zaczynać dzień z wyrzutami na sam początek! Po chwili udowodniłem mu, że wczoraj wcale tak mało nie zrobiłem, a do tego musiałem się jeszcze zmagać z deszczem. Furtkę zostawiłem otwartą ponieważ zaraz miał przyjechać, a te narzędzia leżą od czasu kiedy pracowali u niego Włosi (też ma dwie ręce i może podnieść jedną łopatę nic mu się nie stanie jak tak bardzo mu na niej zależy), a jedzenie zostawiłem na stole, a że słońce się przesunęło... nieważne po co ja się w ogóle tłumaczę olewka. Oczywiście aby złagodzić sytuację powiedziałem również "sorry", ale to tyle. I tak jak to mówi prawo Murfiego:
1. Szef ma zawszę rację
2. Jeśli nie ma - patrz punkt 1

Później mi znowu kazał przesadzić roślinki, ponieważ źle mu wyglądały tam gdzie wcześniej kazał mi posadzić. No i udało mi się dokończyć sadzenie w tym miejscu gdzie rozpocząłem pracę wczoraj a do tego przenioslem chyba z 2 tony ziemi z ogródka gdzie jest magiczny ceglasty krąg do ogródka wejściowego.

Tak to wygląda już po wsadzeniu roślinek. 

Po pracy popędziłem na rowerze do domciu, prysznic i szkoła. W szkole udawaliśmy, że jesteśmy na spotkaniu dotyczącym OH&S, czyli temat całych 5 tygodni kursu, to jest takie tutejsze BHP. Wszystkie zagrożenia mieliśmy wypisane z zadania z dnia poprzedniego. Dosyć śmiesznie było, w szczególności, że zostałem wybrany na głównego prowadzącego spotkanie. Nie ma to jak z drobnostek robić duże problemy... 
W drugiej części zajęć poszliśmy tak jak w dniu wczorajszym do sali komputerowej pisać naszą pracę zaliczeniową. Mój komputer punktualnie o godzinie 21 postanowił się wyłączyć. Uznałem to za znak, że czas iść do domu, gdzie jak tylko przyjechałem padłem ze zmęczenia.

wtorek, 9 lutego 2010

Ponowne dwa flaki

Dziś pogoda dopisała, ziemia nie była za bardzo wilgotna i Garfield był w dobrym humorze to mogłem pracować, powiedzmy. Z samego rana dostałem śniadanie, dwie grzanki plus informacje co mam zrobić.

Zadanie: posadzenie kwiatków pomiędzy magicznym ceglastym kręgiem a ścieżką + jeszcze sporo innych sadzeń.

Po czym Garfield wyszedł na dłuższy czas, a ja robiłem swoje. Wrócił około 12 wtedy kiedy zaczęło lekko kropić, a po chwili rozpadało się. Zaczął się wszystkim denerwować i przy okazji mnie ochrzaniać za to, że to moja wina, że narzędzia mu rdzewieją, że jakiś kwiatek mu usechł itp. Teraz jak będzie padać to mam usuwać rdzę z jego narzędzi i je oliwić. Na moje szczęście musiał po chwili wyjść. Zostawił mi do upieczenia kawałek mięsa i sałatki.

Prawie za każdym razem dostaję tego typu lunch. Jedyny pozytyw tej pracy.

O godzinie 15 musiałem już wyjść aby się nie spóźnić do szkoły. W drodze na stację benzynową (tam sobie dopompowuję koło w rowerze) minąłem się z Garfieldem, który zaczął mnie wypytywać co udało mi się zrobić, co mi zostało itp. (jakby sam nie mógł sobie tego sprawdzić...). 
Tuż za stacją benzynową strzeliła mi dętka - ponownie! Chyba za mocno napompowałem... Najgorsze jest to, że nie miałem przy sobie kleju i łatki aby to naprawić. Na szczęście znalazłem w swojej torbie kawałek taśmy izolacyjnej i jakoś udało mi się zakleić dziurę :) Przejeżdżając koło kolejnej stacji zauważyłem, że taśma nie daje tak dobrego rezultatu jak łatka, więc po prostu dopompowałem koło i w drogę, ale nie taką daleką, ponieważ podczas zjazdu z górki (5 minut po napompowaniu) ponownie usłyszałem strzał w oponie i tak zakończyła się moja jazda na rowerze w dniu dzisiejszym. Musiałem prowadzić rower do domu przez kolejne 20 minut, zamiast dojechać sobie na nim w 5! A do tego wszystkiego jeszcze nie chciałem się spóźnić do szkoły. 
W domu ledwo zdążyłem się oprysznicować i już biegiem udało mi się zdążyć na prom. Po co ja się tak śpieszyłem do tej szkoły. Dziś zajęcia wyglądały tak, że na pierwszej części każdy powiedział jak mu się podoba szkoła, zajęcia, czy w ostatnim czasie znalazł / zmienił pracę, mieszkanie itp. Nauczycielka zadecydowała się na coś takiego, ponieważ już chodzimy do szkoły 2 tygodnie, a z materiałem jesteśmy do przodu. Na drugiej części zajęć robiliśmy zadanie zaliczeniowe w sali komputerowej.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Znowu bez pracy

Rano byłem ponownie umówiony do pracy u Garfielda, jednak jak wstałem to lekko mżyło, więc nauczony już sytuacją sprzed dwóch dni zadzwoniłem i się upewniłem, czy mam przychodzić. Niestety koleś  nie odbierał, więc wysłałem SMS-a. Dostałem odpowiedź 3 minuty później, że mam nie przychodzić. Więc tak jak dwa dni temu położyłem się spać (przynajmniej dziś nie byłem w połowie drogi).
Po kolejnej pobudce uświadomiliśmy sobie z Malinką, że nie mamy nic do jedzenia na śniadanie w lodówce i że trzeba wyjść do sklepu. Czas nam tak szybko zleciał, że śniadanie zjedliśmy dopiero około 13, później trochę posiedzieliśmy w internecie, a ja o godzinie 16 musiałem już wyjść do szkoły, w której zaczął się kolejny tydzień omawiania zasad bezpieczeństwa w miejscu pracy. Podziwiam, że przez tyle czasu można o tym mówić! Wbrew wcześniejszym zapowiedziom do domu wyszliśmy już o 20:30, więc do domu dotarłem przed 22 (uciekł mi prom) i trzeba było ponownie napełnić czymś żołądek.

niedziela, 7 lutego 2010

Domówka

Domówka, czyli cały dzień w domu. Nadrabianie zaległości z blogiem, rozpoczęcie przygotowań do zrobienia kolejnego zadania z angielskiego, a wieczorkiem pyszny obiadek (pieczone nóżki kurczaka z sałatką), na deser grzane winko :)

sobota, 6 lutego 2010

"Wspaniały" właściciel pizzerii

W sobotę, jako w dzień należytego odpoczynku wstałem o 6 rano. Przyszykowałem się do wyjścia, po raz kolejny jak co dzień napompowałem przednie koło w moim rowerze i wyruszyłem do pracy do ogrodu. W połowie drogi dostaję SMS-a od Garfielda, abym dzisiaj nie przyjeżdżał (to było na 10 minut przed godziną na którą miałem przyjść). Od razu jak to przeczytałem zadzwoniłem do niego i zapytałem się co się stało. W odpowiedzi dostałem informację, że dziś jest za wilgotno... Wkurzony, nie wiem czy bardziej z tego powodu, że dziś nie zarobię, czy z tego że bez potrzeby tak wcześnie rano wstałem... pojechałem do pobliskiego kiosku i kupiłem gazetę z ogłoszeniami o pracę (tutaj cały dodatek praca jest w soboty). Wróciłem do domu i poszedłem dalej spać, jednakże miałem problemy aby zasnąć, ale jak już się udało to spałem prawie do południa :) 
Zrobiłem porządki w kuchni i w salonie i już był czas abym wyruszył na rozwożenie pizzy. Jak wyjechałem z domu na rowerze to zaczęło padać... 
Do pizzerii dojechałem już mokry, ale za to pół godziny przed czasem. Pierwsze zamówienie było do szpitala około kilometr drogi. W taką pogodę jedynie samochód się nadawał, a może i nie, ponieważ kompletnie nic nie widziałem przez zaparowane szyby, na szczęście jakoś udało się dojechać. Gorzej z odnalezieniem odpowiedniego budynku. Wjechałem na 5 piętro do jakiegoś prawie opuszczonego starego budynku szpitala, gdzie na moje szczęście spotkałem ochroniarza, który po wykonaniu dwóch telefonów i chwili zastanowienia pokierował mnie w dobrą stronę.

Samochód który prowadziłem (po lewej stronie drogi!) z pokrowcem na pizzę na dachu. W tle budynek szpitalny, do którego dostarczyłem pizzę. 

Reszta zamówień na szczęście dla całej pobliskiej okolicy była już dostarczana przeze mnie pieszo. Napiwki dzisiaj jeszcze gorsze niż wczoraj, nawet by mi nie starczyło na piwo w sklepie... Brzuch mnie już skręcał z głodu, na szczęście łaskawie właściciel pizzerii dał mi malutką pizzę. Do tego dopowiedział, jaki to on jest wspaniały, że daje mi pizzę, w innych miejscach nie dają swojemu personelowi wyżywienia. Do najmniejszej pizzy mogę jeszcze dostać lemoniadę w puszce... a to wszystko raz na tydzień, ale i tak to jest bardzo dużo! Po tym powiedziałem mu o mojej decyzji, że dziś był już mój ostatni dzień u niego. Dostałem wypłatę z informacją, że powinienem mu jeszcze podziękować, że wczorajszych dwóch godzin nie policzył sobie jako moje szkolenie. Wow, ale on wspaniały... (bez komentarza). Już nic nie mówiłem jak może być w innych miejscach na przykładzie miejsca pracy Malinki... Zapakowałem na bagażnik rowerowy swoją małą pizzę i puszkę napoju i w deszczu wyruszyłem do Piotrusia Pana. Tam jak zwykle trochę pomogłem w końcowym ogarnięciu się i razem z Malinką wróciliśmy do domu.
Pozytywny aspekt dzisiejszej pracy jest taki, że już wiem jak się prowadzi samochód po lewej stronie i że myślę, że nie będę mieć już tak dużego lęku przed wypożyczeniem samochodu tutaj.  

piątek, 5 lutego 2010

Dwie wegetariańskie, Pan Ferdynand Lipski...

Z samego rana pojechałem trochę się znowu zmęczyć w ogrodzie. 

Jeden z nielicznych ładnych kwiatków w ogrodzie w którym pracuję.

Kolejna dostawa do posadzenia

Przed 12 strasznie się rozpadało... 

Z tego co zdążyłem zauważyć Garfield odliczył mi 15 minut pracy w tym czasie co padał deszcz, a później czekałem 30 minut aż wypisze mi czek, a w tym czasie jeszcze na deszczu kazał mi przestawiać kwiatki aby mogły napić się wody deszczowej, bo nie będzie mu się chciało ich podlewać... Te 30 minut oczywiście też odliczył mi od wypłaty!
Wróciłem do domu, zdążyłem się trochę ogarnąć i pojechałem do Crows Nest, gdzie malinka właśnie siedziała na kawce z Polakiem, którego poznała w Canberze. Bardzo sympatyczny chłopak, szkoda, że nie miałem więcej czasu aby z nim pogadać, musiałem już iść do pracy jako rozwoziciel pizzy.

 
Wejście do pizzerii gdzie pracowałem jako donosiciel (pizzy oczywiście)

Pierwsze 4 zamówienia poszły gładko, a mianowicie blisko, można było się przejść na piechotkę, a 3 z nich były na dokładnie tej samej ulicy. Kolejne zamówienie było już nie dosyć, że większe to jeszcze dużo dalej, a mianowicie jakieś 5 km. Sposób dowiezienia: samochód właściciela pizzy. Ruch: lewostronny. Kierownica: po prawej stronie. Skrzynia biegów: po lewej stronie. Kierunkowskaz: po prawej stronie. Wycieraczki: po lewej. Prawie wszystko na odwrót! Przejechałem chyba z 7 km, trochę pomyliłem drogi, ale w końcu i udało mi się odnaleźć odpowiedni budynek i mieszkanie, już parkuję, a tu zaczyna mi dzwonić telefon. To mój szef, pyta się gdzie jestem, bo właśnie dzwonili klienci i się niepokoją o swoją pizze. Minutę później dzwonię do drzwi tych klientów, a ci do mnie z tekstem, że jestem 20 minut za późno i że właśnie dzwonili do mojego szefa, że mogę już nie przyjeżdżać i że mogę teraz tą pizzę dać swojemu szefowi... OK co miałem zrobić, wróciłem i tyle. Po drodze jeszcze zaczął padać deszcz... Na szczęście dużej sprawy z tej za późno dostarczonej pizzy nie było. 
Później dostałem jeszcze dodatkowe zadanie, a mianowicie odbieranie i przyjmowanie zamówień przez telefon! Najgorszy z tego wszystkiego był hałas z ulicy, przez który prawie nic nie słyszałem, a tu nie dosyć, że trzeba było przyjąć zamówienie to jeszcze poprawnie zapisać nazwę ulicy! 
Pracę skończyłem równo o 22, jednakże z tamtego miejsca był tak slaby dojazd, że do domu dotarłem  dopiero o północy. Płaca chyba najmniejsza od czasu mojego przyjazdu do Australii, a napiwków nie dostałem prawie żadnych...   

czwartek, 4 lutego 2010

Casino w Sydney

Kolejny dzień w którym się wyspałem, a rano miałem chwilę dla siebie i bez pośpiechu nie musiałem wychodzić z domu. Wszystkie znaki na niebie i Ziemi pokazują, że jestem stworzeniem nocnym :) 
Po południu przyjechałem po Malinkę do szkoły i razem wybraliśmy się złożyć ponownie aplikacje do Casina. Później spróbowaliśmy szczęścia, Malince się udało nie stracić $1 a ja niestety straciłem :( Kiedy już byłem prawie spóźniony do szkoły, zobaczyliśmy gracza w pokera gdzie stawka na stole przekraczała okrągłą sumkę $50000. To się nazywa hazard, a nie tak jak my po $1 :) 

Limuzyny osób właśnie tracących fortunę

W szkole był dalszy ciąg prezentacji innych grup, a w drugiej części oglądaliśmy filmy z YouTuba promujące przestrzeganie zasad bezpieczeństwa w pracy.
Jak wyszedłem ze szkoły Malinka spotkała się ze swoim znajomym (z pracy - Yoyo, rozwoziciel pizzy) i jego dziewczyną w jednym z PUBów. Udało mi się do nich dołączyć, co okazało się bardzo dobre dla mnie, ponieważ jutro będę właśnie rozwozić pizzę! Yoyo nie może jutro pracować i zaoferował mi, że jeśli ja będę mieć ochotę, to nie będzie problemu. Oczywiście z chęcią się zgodziłem! 

środa, 3 lutego 2010

Prezentacja na zajęciach

Ponownie razem z Malinką wybraliśmy się razem do centrum, gdzie ona poszła do szkoły, a ja po raz kolejny chodziłem od sklepu do sklepu i różnych miejsc gdzie moja osoba mogłaby być potrzebna. Niestety rezultat poszukiwań taki, że albo trzeba aplikować przez internet (co w części miejsc już zrobiłem wcześniej), albo nikogo nie potrzebują, albo trzeba być obywatelem Australii... Ale czego można było się spodziewać... 
Po poszukiwaniach udałem się do szkoły na umówione spotkanie. Tak jak się spodziewałem, nikogo nie było... 5 minut po mnie przyszedł Czech, który dołączył się na początku tygodnia. Dostałem SMS-a, że jedna Czeszka się spóźni 15 minut (w rzeczywistości to było 40), kolejna Czeszka (ta co mówi po polsku) przyszła już na samą prezentację, a Polaka ani widu ani słychu... Nieważne, ci którzy wcześniej przyszli zobaczyli moją prezentację i w sumie podzieliliśmy się tym co kto mówi i tyle. Zero komentarza, czy coś zmieniamy, czy jest dobrze, czy źle.
Na szczęście prezentacja wypadła dobrze, grupa została pochwalona, no i sama prezentacja też została doceniona przez nauczycielkę i jedną Czeszkę, która już po wszystkim powiedziała: "Thank you Andrew". 
I tak pierwsze zadanie z sześciu z tematu o bezpieczeństwie zostało zaliczone.

wtorek, 2 lutego 2010

University of Sydney

Dzień bez wczesnej pobudki i wczesnego wyjścia do pracy jest jak naładowanie akumulatorów do pełna, a nie do 50%... Razem z Malinką wybraliśmy się do agencji, a następnie do urzędu imigracyjnego, aby zmienić dane zamieszkania. Jak już się uporaliśmy z papierkową robotą to wybraliśmy się na Uniwersytet Sydney. Trzeba przyznać, że jego teren jest naprawdę ogromny, tak że już czas powoli nas gonił, ja miałem zaraz szkołę, a Malinka pracę.

Jeden z budynków University of Sydney 

W drodze na przystanek autobusowy zaczęło lać, że aż przeczekaliśmy 30 minut pod drzewkiem, aż ktoś tam na górze przypomni sobie, że kurek od czasu do czasu trzeba zakręcić :)
W ostatniej chwili udało mi się dojść do restauracji gdzie kupiłem sobie miskę z ryżem i mięskiem za $5. Niestety już nie mogłem zjeść na miejscu, gdyż zamykali, więc musiałem wziąć na wynos i zjeść w parku. Już był czas aby znaleźć się w szkole na zajęciach, gdzie moja podgrupa ponownie dopisała swoją nieobecnością... Ale udało się umówić na jutro na godzinę 15:30. Zobaczymy ile osób przyjdzie... 
Po powrocie z poczuciem obowiązku wykonania zadania na zaliczenie siedziałem do 3 w nocy robiąc prezentację na jutro...

poniedziałek, 1 lutego 2010

Ponownie sam w podgrupie

Kolejna dawka wahań nastroju, albo pokazanie jaki ze mnie drań. Tak można powiedzieć o nastroju Garfielda w dniu dzisiejszym. Przyszedłem na 7:30 i było sympatycznie, około 9 przyszli Włosi i od tego momentu Garfield przeobraził się w tyrana, nic mu nie pasowało, wszyscy za wolno pracowali i to co zrobili było nie tak jak on chciał... Dla mnie moje wczorajsze opalenie było jeszcze dodatkowym problemem. Każdy ruch sprawiał, że czułem spieczone miejsce na moim ciele. Jednym z punktów dzisiejszej pracy było ponowne złożenie betonowej ławki. Zupełnie nie rozumiem po co została rozebrana. no ale to szczegół, w końcu nie muszę wszystkiego rozumieć. Podczas tej operacji każdy miał pomysł jak to zrobić, więc ja już nie chciałem dodawać kolejnych idei tylko po prostu pomagałem. W pewnym momencie Garfield rzekł do mnie abym nie udawał, że nie wiem co się dzieje. Po chwili wyraziłem swoją opinię, która została skomentowana: o architekt się odezwał... Po na szczęście udanej tej operacji dalej wyrównywaliśmy ziemię w magicznym ceglastym kręgu. Jak Włosi wyszli niezrównoważony Garfield zrobił BBQ (Włosi powiedzieli, że nie chcą) i był ponownie bardzo uprzejmy i miły... 

W szkole ciąg dalszy zasad bezpieczeństwa, a druga część zajęć była poświęcona dalszemu przygotowywaniu prezentacji. Do mojej grupy doszedł jeszcze jeden Czech, jednakże po przerwie ponownie zostałem sam już na 5 osobową grupkę... Ale miło. 
Po szkole 15-osobową grupą (około połowa całej klasy) wyszliśmy zintegrować się przy piwku, a później przy koncercie reggae na żywo. Bardzo sympatycznie.