niedziela, 27 grudnia 2009

Kultura cyfrowa w XXI wieku

Kotek Sissy rozrabiała! Malinka nie mogła zasnąć i męczyła się przez uczulenie całą noc. Agatę i Mariusza od samego rana męczyła, ponieważ chciała się bawić. Tak więc wszyscy ospale zbieraliśmy się do wyjścia, ale udało się zdążyć na polską mszę do kościoła. To było przeżycie! W sumie była to zwykła msza, a trwała jak suma. Około 99% uczestników należało do pokolenia, które przyjechało do Australii w latach 70 - 80. "Najlepsza" była organistka, która myślała, że jest gwiazdą i jak zaczynała śpiewać to ledwo witraże zostawały na swoich miejscach w całości. O kazaniu chciałbym tylko krótko wspomnieć, że zaskoczyło mnie swoją konserwatywnością i swoimi staroświeckimi poglądami roli kobiety i mężczyzny w rodzinie. Nie mam ochoty głębiej wchodzić w ten temat, zresztą to nie jest moim celem ani zamierzeniem.
Po tych modłach poszliśmy do Borsch Vodka & Tears na kawkę (ja standardowo gorącą czekoladę, chociaż kawa zaczyna mi od czasu do czasu smakować : ) ). Tak miło się nam siedziało, że do tego zamówiliśmy studenckie śniadanie. Nie chcąc stracić całego dnia w jednym miejscu trzeba było się ruszyć. Pojechaliśmy do ścisłego centrum, gdzie mieści się Australian Centre for the Moving Image.



Dla mnie to było świetne przeżycie, coś dla każdego SPIKowca. Wszystko przygotowane na najwyższym poziomie, można zobaczyć, dotknąć, sprawdzić i czasem nawet wysłać sobie film na maila, jak np. ten który tam zrobiłem:


Oprócz tego był pokój z powoli zmieniającym się światłem i "mgłą". Rewelacyjna zabawa ze światłem i cieniem (i migawką aparatu!):


Kolejną atrakcją były olbrzymie, dotykowe, interakcyjne panele (zwykłe blaty na których był rzucany obraz, a kamera z góry na podczerwień analizowała gdzie człowiek dotyka blatu).


Wspaniałą analizę ruchu przez maszyny mażna zobaczyć na tym filmie, jak to komputer w czasie rzeczywistym analizował ruch człowieka i rzucał go na płaszczyznę z dodaniem dodatkowych elementów:

Wrażenie niesamowite!
Kolejnym ciekawym miejscem okazała się na początku szybko kręcąca się niby karuzela z różnymi podobnymi figurkami. Jednakże po zwiększeniu tempa obrotów i dodaniu światła stroboskopowego karuzela zamieniała się w szybko zmieniające się klatki filmu. Mam nadzieję, że efekt widoczny będzie na filmiku.

W tym miejscu były jeszcze różne przedmioty wykorzystywane w najsłynniejszych filmach, jak również stał jeden Oscar. Ach szkoda, że skończył się już czas w parkometrze, ponieważ z chęcią bym jeszcze został i dokładniej wgłębił się w te różne ciekawe zabawki :) Obok była jeszcze wystawa poświęcona grom komputerowym, jednakże tutaj się zawiodłem po tym co wcześniej zobaczyłem. Podłączone 10 komputerów, dwie konsole w tym jedna do dużego rzutnika, a na tym wszystkim jedynie stare gry. Trochę łezka się zakręciła na widok packman-a, jednakże to nie było to... Była jeszcze wystawa, niestety płatna, na którą już nie mieliśmy ochoty. Dotyczyła motocykli typu "hopper".

Po tych wrażeniach wszyscy zgłodnieliśmy i doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie pojechać i zjeść coś w domu i wieczorem dalej wyruszyć poznać miasto nocą. Podczas przygotowań do wyjścia dostaliśmy małej głupawki fotograficznej i zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową, po czym wystrojeni pojechaliśmy w stronę największego kasyna w Australii! Niefortunnie jednak wszystko było zamknięte oraz nie było gdzie zaparkować. Zresztą nie mogę dokładnie powiedzieć jak to było, ponieważ mało widziałem z tylnego miejsca leżącego, tylko czułem hamulec i gaz co chwilę. Udało się nam natomiast zaparkować tuż koło dzielnicy Docklands, gdzie miło można spędzić wieczór.


Zrobiliśmy sobie spacer po dokach, gdzie był bardzo interesujący oraz plastyczny pomnik! Osoby z aparatem fotograficznym i odrobiną fantazji mogą się popisać i wykazać. Ja jakby to powiedzieć... zresztą zdjęcie zastępuje 1000 słów więc umieszczam fotkę:


Po tych przygodach powróciliśmy do domu.

sobota, 26 grudnia 2009

Witaj Melbourne z Agatą i Mariuszem na pokładzie wanu

Nadszedł czas na zobaczenie czegoś więcej niż tylko Sydney i Canberry, nie do końca turystycznie. Dzisiaj lecimy samolotem do Melbourne! Rano udało się zdążyć na zaplanowany prom. Niestety nie mogło być tak przyjemnie, bez przykrych niespodzianek, jaką była cena biletu za dojazd na lotnisko. Kwota do zapłacenia od jednej osoby wyniosła $15! Jeden przystanek dalej bilet kosztował już tylko $3,40! Jednakże już nie było wyjścia i zapłaciliśmy dodatkową cenę do "taniego" biletu lotniczego lini virgin blue posiadających jedynie, jak sama nazwa wskazuje, czerwone samoloty... Czemu niebieska dziewica jest czerwona?!?


Teraz to nieważne, kupiliśmy te bilety i pojechaliśmy w końcu o jeden pociąg późniejszy niż planowaliśmy. W 8-wagonowym dwupiętrowym pociągu tak usiedliśmy, że spotkaliśmy Malinki znajomą z Piotrusia! Co za niesamowity przypadek. Ona również leciała do Melbourne, jednakże innym samolotem i inną linią.
Na lotnisku w obawie przed przekroczeniem ciężaru udało nam się zarejestrować w automatycznej maszynie, dzięki czemu żadna osoba z obsługi nie mogła zauważyć, że możemy mieć większy bagaż niż ustawa przewiduje. Znajoma Malinki miała mniej szczęścia, ponieważ nie miała samoobsługowego stanowiska i pani przy oknie zarekwirowała jej bagaż podręczny i nadała jako główny. Ta przyjemność kosztowała ją $30. Nie ma jak tani bilet z niewidocznymi dodatkowymi opłatami...
Lot trwał 1,5 godziny, czyli stosunkowo szybko i nawet przylecieliśmy na lotnisko 15 minut za wcześnie.


Tam już czekali na nas Agata z Mariuszem. Na szczęście mieli wspaniały środek lokomocji jakim był samochód służbowy Mariusza, czyli biała trzyosobowa furgonetka. Miałem zaszczyt jechać na pace i co jakiś czas musiałem się chować...


Tak dojechaliśmy do jednego z większych centrów handlowych na największy dzień przecen, czyli boxing day sales. Jednym zdaniem straszny tłum, aż mi się odechciało czegokolwiek, jak i reszcie. Zakupy spożywcze na dzisiejszą kolację poszły szybko tak jak podróż furgonetką do domu, gdzie strasznie miło spędziliśmy czas na rozmowach i zabawach z prześlicznym małym kotkiem Sissy!



piątek, 25 grudnia 2009

Świąteczny odpoczynek

Jak przystało na Święta w krainie Oz chcieliśmy wyjść na plażę, jednakże pogoda pokrzyżowała nasze plany i pierwszy dzień świąteczny spędziliśmy w domu, a czas upływał na przygotowywaniu smakołyków do jedzenia, oglądaniu filmu, rozmowach również z Polską dzięki genialnym połączeniom na skype, cieszeniu się prezentami! Czyli tak jak dzień świąteczny powinien wyglądać: po prostu odpoczynek :)

czwartek, 24 grudnia 2009

Wystrzałowe opony!

Z powodu dziury w oponie w moim rowerze do pracy pojechałem na wspaniałym amortyzowanym, czyli mięciutkim jednośladzie Malinki. Maiłem nadzieję, że dziś w dniu wigilii Bożego Narodzenia skończę wcześniej, aby jeszcze zdążyć wrócić do domu i oddać rower, aby Malinka mogła spokojnie dojechać do pracy na 17.
Jak zwykle dojechałem przed czasem do miejsca pracy a tu proszę, akurat Garfild wychodził!?! Hmm ale miło. Nie zdążył wczoraj kupić farby i na dzisiaj już brakowało. Powiedział, że wróci za 30 minut a ja w tym czasie mam przygotować płot do malowania, aby później poszło mi szybciej. Na drzwiach jego domu znalazłem prześmieszną karteczkę z dokładną instrukcją co mam zrobić, oto i ona:


Po kilkukrotnym przeczytaniu zrozumiałem o co chodzi. Łatwiej by było, gdyby zostawił mi taką samą kartkę po angielsku, ale pomysł naprawdę miły i niespodziewany :) Moje prace na "atomizatorze" (hehehe co to nie mam pojęcia) ruszyły pełną parą, że akurat jak właściciel z farbą wrócił ruszyłem do szybkiego malowania, aby jak najszybciej skończyć. Udało się po poprzedzieraniu się przez niezliczone gałęzie bluszczu poprzyczepianego do powierzchni którą miałem pomalować, na wysokości 3,5 metra nad ziemią. O godzinie 12:30 skończyłem. Wtedy już Garfilda w domu ani w ogrodzie nie było i jak to na niego przystało telefonu nie odbierał... Posprzątałem bałagan, wymyłem brudne rzeczy i w tym momencie dostałem telefon od mojego wspaniałego szefa, że będzie dopiero o godzinie 16 i wtedy będzie mógł mi dać czek za moją pracę! Trochę mi to było nie na rękę, no ale jako że szef ma zawsze rację, postanowiłem, że jeszcze dziś wrócę, bo parę dolarów będzie mi potrzebne.
Akurat zdążyłem wrócić do domciu, trochę się oczyścić z farby, wreszcie na spokojnie pogadać z Malinką, jak już trzeba było wychodzić. Postanowiłem, że postaram się jeszcze raz napompować mojego flaka w rowerze i dojechać po czek a po drodze zrobić jeszcze jakieś drobne zakupy świąteczne. Niedaleko mojej pracy jest stacja, gdzie znowu będę mógł dopompować koło. Jednakże los zadecydował, że na najbliższy czas z roweru nie będę korzystać, ponieważ podczas napełniania powietrzem opony na stacji benzynowej, moja opona postanowiła zakończyć swój żywot efektownie w dniu Wigilii! I tak oto usłyszałem huk i przez niecałą sekundę całe powietrze z opony wyleciało. Dziura takiej wielkości, że raczej ciężko by było ją załatać:
 
Co za miły świąteczny prezent ^&$%^&**$#^%!!! Teraz najważniejsze dla mnie było, aby zdążyć na 16 po odbiór czeku, aby jeszcze ten czek zdeponować w banku! Rower zostawiłem przypięty (ciekawe po co?) przy najbliższym słupie i popędziłem. Po drodze był jeszcze otwarty sklep z rowerami, gdzie udało mi się dostać nową dętkę za $10. I kolejne dolary wydane na rower, no ale wolę na to niż na komunikację, gdzie za te pieniądze może bym 3 razy miał możliwość przejechania się autobusem lub promem.
I tak szczęśliwie zdążyłem na godzinę 16 i odebrałem swój pierwszy czek! Ale to jest śmieszne. Kawałek karteczki z logiem banku i podpisem, a może być wart od najdrobniejszej sumy poprzez miliony... Ciekawy wynalazek :)
Po zdeponowaniu tej małej karteczki o godzinie 16:30 miałem 30 minut na zrobienie zakupów! Z torbami doszedłem do miejsca w którym zostawiłem rower. Tam w miarę sprawnie zmieniłem miejscami opony przednią z tylnią oraz zamontowałem nową dętkę. Do kompresora było bliziutko, więc już dojazd do domu poszedł sprawnie.
Szybkie ogarnięcie się, spakowanie prezentu oraz zrobienie choinki zabrało mi tyle czasu, że już był czas aby pojechać do Malinki do pracy. Choinka może miała 5 cm wysokości i była zrobiona z kawałka zielonego rozkładu jazdy promu kursującego na Mosman. Jako bombek użyłem kolczyków :) Hihihi


W drodze po Malinkę tuż przed pierwszą stacją benzynową mój rower ponownie  odmówił posłuszeństwa. Złapałem drugą gumę, tym razem w przednim kole! Czułem się jak w jakimś surrealistycznym filmie, ze względu na te zdarzenia i na datę 24 grudnia. Nigdy bym nie przypuszczał, że właśnie w ten dzień będę jeździł na rowerze i dwa razy przedziurawi mi się dętka. Drugi raz jeszcze o godzinie 21, kiedy większość osób spokojnie szykowała się do Świąt!
Ponieważ stacja była już zamknięta, a od kompresora został zabrany wąż do pompowania powietrza, wróciłem ten kawałek, który ostatnio już przejechałem na działającym rowerze... W domu zdenerwowany zakleiłem dziurę kawałkiem wybuchniętej dętki i powędrowałem na najbliższą stację benzynową, która była oddalona o prawie 30 minut piechotą pod górkę. Przynajmniej miło się będzie zjeżdżać, jeśli moje załatanie przyniosło pozytywny rezultat. Nie mogłem tego sprawdzić, ponieważ nie posiadam pompki do roweru :)
Razem z Malinką do domku dotarliśmy około północy! Ale niespodzianka była z tej choineczki :) Zjedliśmy sobie wigilijną kolację, a raczej ja, ponieważ Malinka już zjadła w pracy, a o godzinie 1:30 przyszedł Mikołaj z pięknymi świątecznymi prezentami!

środa, 23 grudnia 2009

Urodzinowy flak

Tak jak w dniu wczorajszym, dziś też byłem w pracy parę minut wcześniej, co zostało bardzo pozytywnie odebrane przez mojego pracodawcę. Na dziś miałem za zadanie dokończyć malowanie ogrodzenia po przeciwnej stronie tego co malowałem wczoraj. Jednak jak już zdążyłem przygotować wszystko co potrzebuję i oczyścić płot, zostałem poproszony na śniadanie składające się z napoju wieloowocowego i zapiekanej kanapki. Posiłek zjedliśmy w trójkę, a mianowicie ja, Garfild, czyli właściciel oraz jeszcze jeden chłopak z Chile.
Jak już się uporałem z płotem, przyszedł czas na lunch, na którym były 4 osoby. Dodatkowo był znajomy Garfilda, również samotny mężczyzna w wieku około 60 lat. Razem zjedliśmy BBQ, specjalnie pieczone australijskie kiełbaski z 2 pysznymi sałatkami.
Później zostało mi malowanie takiej dziwnej kratki, co było strasznie ciężkie, ponieważ nie ma praktycznie dostępu przez bluszcz, który zarasta to całe ogrodzenie. Na moje nieszczęście to ogrodzenia ma jakieś 12 metrów długości. Przynajmniej będzie więcej godzin. Niestety Garfild kilka razy przyszedł i mi powtarzał, że dziś jestem jakiś wolny i mało wydajny i że myślał, że w dniu dzisiejszym zrobię to do końca… Mimo tych komentarzy na koniec dnia dostałem butelkę wina, musiałem tylko przyrzec, że dzisiaj całej butelki nie wypiję, bo jutro do pracy. Szkoda, że nie czek z moim wynagrodzeniem, ale zawsze coś.
Po około 10 godzinach pracy pojechałem do domu, gdzie czekał na mnie prezent imieninowy, który przyszedł dokładnie w dniu moich urodzin, a był nim mój zasilacz do laptopa! Nareszcie, ale miło! Jednak za dużo czasu nie miałem aby się nim nacieszyć, ponieważ z zamiarem świątecznych zakupów i odebrania Malinki z pracy wyruszyłem na rowerze do Crows Nest. Po drodze od losu dostałem niemiłą niespodziankę urodzinową, a mianowicie złapałem gumę w tylnim kole! Zorientowałem się dopiero po przejechaniu jakichś 200 metrów, na szczęście dla mnie z górki. Pod górkę już wchodziłem prowadząc rower do najbliższej stacji benzynowej. Tam znalazłem kompresor. Niestety dziura w dętce była za duża, aby udać, że jej nie ma. W zapleczu sklepu nie było żadnych łat. Był jedynie super glue oraz taśma izolacyjna o połowę tańsza. Wybrałem to co tańsze, rozebrałem koło, odnalazłem dziurę i zakleiłem ją taśmą. Jupi! Udało się, powietrze nie schodzi natychmiast i udało się przejechać 4 km do Malinki do pracy. Tam wielka niespodzianka, otóż dostałem dużą przepyszną pizzę w pięknie opisanym pudełku a do tego przepyszną gorącą czekoladkę! Mniam! Jak wróciłem do roweru niestety mój zabieg nie był długotrwały i powietrza w dętce już nie było… Udało się jakoś dojechać do stacji i dopompować koło, później już bez problemowo dojechaliśmy do domciu.
Wieczorem Malinka zadbała o wszystkie elementy urodzinowego przyjęcia, jakimi są tort ze świeczkami, muzyka, prezent, zdjęcia, wino. A to wszystko oczywiście dla mnie wielka niespodziewajka!

wtorek, 22 grudnia 2009

Jak zostałem malarzem...

Dzień wydał się strasznie długi, zresztą dużo się działo! Rano udało mi się być 5 minut wcześniej i zostałem przywitany słowami: „welcome to the world of painting”. Zaczyna być ciekawie. Pierwsze zadanie: poprawić niedomalowania po moim poprzedniku. Przeciskanie się pomiędzy roślinkami, aby dostać się do płotu, do tego wielka ostrożność, aby nie uszkodzić jakiejkolwiek roślinki i zrobić to szybko i dokładnie. Nie minęło może 10 minut jak sąsiad zza płotu oświadczył mi, że pochlapałem jego samochód. Wydało mi się to mało prawdopodobne, ponieważ dzieliła mnie odległość jakichś 7 metrów od jego pięknego, żółtego, zabytkowego, wypucowanego Mustanga (rocznika nie znam, ale jak by to był rocznik ’69, nie zdziwiłbym się). 

Bez namysłu odpowiedziałem, że to chyba poranny żart, po czym usłyszałem, że niestety nie i sąsiad gdzieś zaginął. Po 10 minutach jak wrócił, przeprosiłem go, ale jak to on określił już po sprawie… Czyli pewnie znalazł plamę z błota albo coś podobnego na samochodzie i pomyłkę przemilczał.
Jeszcze muszę się zorientować co to znaczy szybko i dokładnie, wszystko okaże się po dzisiejszych 4 godzinach. Następnym zadaniem było pomalowanie części ogrodzenia, która znajdowała się 2,5 – 4 metry od ziemi za drzewami, krzaczorami i innymi roślinami, na które musiałem uważać. Do tego jeszcze pomalowanie kory drzew, które wystawały przez płot i cały duży odcinek ogrodzenia po przeciwnej stronie. Jak już przystało na ten totalny bałagan w ogrodzie, wszędzie strasznie trudny dostęp.
W sumie w ciągu tych 4 godzin nie udało się zrobić wszystkiego co zostało dla mnie zaplanowane na ten czas, ale zostałem przyjęty, ze względu na dokładność z jaką wykonuję zadania. Dostałem jeszcze jedną godzinę, aby coś „na szybko” pomalować, po czym mogłem już pójść do domu. Właściciel w tym czasie wyszedł gdzieś do znajomych na obiad, a ja kończyłem swoją pracę.
Jak już się uporałem z ostatecznym zadaniem, przemyłem wszelkie zabrudzenia po farbie w warunkach pozostawiających wiele do życzenia. W domu dokończyłem dzieła samo-czyszczenia, po czym razem z Malinką wyszliśmy na pobliską plażę. Dawno mi się tak dobrze nie drzemało w już popołudniowym słoneczku przy szumie delikatnych fal oceanu. Przed drzemką zjedliśmy rybkę z frytkami J
Kiedy zrobiło się chłodniej i słonko u nas zaczynało chylić się ku zachodowi aby mocniej świecić nad Polską, wdrapaliśmy się pod stromą górę z powrotem. A w domu przygotowania do jutrzejszego dnia, czyli odpowiednie wypoczęcie. 

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Cień szansy na pracę

Już dawno sobie tak nie pospałem… Jak milutko i cieplutko, nie trzeba było wstać do pracy ani do szkoły, ani mi się nigdzie nie spieszyło!
Malinka niestety, ale też i dobrze, że dziś pracowała również w porze lunchu, ja przez ten czas sprawdziłem co tam w internecie piszczy po prawie dwóch tygodniach utrudnionego dostępu do tego wspaniałego środka komunikacji.
Umówiłem się, że na około godzinę 15 dojadę do Malinki i zawiozę jej komputerek. Tuż przed wyjściem zadzwoniłem do tej osoby z ogłoszenia co znalazłem na naszej przystani na Mosmanie, co wcześniej miałem zły adres. Postanowiłem spróbować jeszcze raz, a co mi szkodzi. Dostałem adres, jednakże według googla tego adresu nie było. Oddzwoniłem, aby się podzielić tą wieścią, i że w takim wypadku nie uda mi się zdążyć w ciągu 20 minut dotrzeć, ale jak już po poprzednich doświadczeniach można się spodziewać nie dodzwoniłem się, zostawiłem tylko wiadomość na poczcie głosowej i wyruszyłem do Malinki. Jak już dojechałem zadzwonił do mnie z pytaniem, gdzie ja jestem. W końcu po przesłaniu mi SMSem nazwy ulicy (z drobnym błędem – literówką), pojechałem na spotkanie i dostałem szansę pracy w dniu jutrzejszym. Kilka razy dostałem informację, że muszę być szybki i dokładny, bo jeśli nie to niestety nici z naszej współpracy. Ogólne pierwsze wrażenie: miejsce to jeden wielki śmietnik, pełno rupieci i różnych dziwnych niepotrzebnych przedmiotów. Jak sobie poradzę, okaże się w dniu jutrzejszym.
W domu czekałem na Malinkę aż przyjedzie z pracy i położyłem się, ponieważ jutro zaczynam o 7:30. Dobrze, że już jestem wprawiony w takim wstawaniu!

niedziela, 20 grudnia 2009

Niedziela odpoczywająca

NIC wielkie nic! Tak w dużym skrócie, a raczej pełnym opisie można streścić dzisiejszy dzień. Wymyślanie planów, oczekiwanie na poprawę pogody. Jednakże NIC z tego! Cały dzień w domu!

sobota, 19 grudnia 2009

Odkrywanie historii stolicy Australii

Nareszcie budzik nie dzwonił o porze kiedy wszystkie kury jeszcze śpią. Jak dobrze się wyspać! Wiedziałem, że muszę być wypoczęty przed dniem dzisiejszym, ponieważ dzisiaj czeka mnie zwiedzanie Canberry. W końcu po prawie 2 tygodniach pobytu cokolwiek zobaczę!
Udało mi się złapać autobus o 10, czyli godzinie, kiedy dopiero większość muzeów oraz miejsc które można zwiedzić się otwiera.
Pierwszym moim punktem programu był Parlament House:


Już od pierwszego dnia zastanawiałem się co to za dziwny kształt i co to jest. Nareszcie się dowiedziałem i co więcej zobaczyłem od środka miejsce urzędowania głównych polityków.


Środek jak to miejsce gdzie uprawia się politykę, nie widziałem niczego nadzwyczajnego co by zaparło mi dech w piersiach.



Kolejnym miejscem do jakiego doprowadziły mnie moje nogi był budynek starego parlamentu, gdzie obecnie znajduje się muzeum demokracji australijskiej. Myślałem, że to muzeum będzie stosunkowo mało interesujące ze względu na krótką i szybką historię Australii, no i jej demokracji. Jednakże muzeum na bardzo wysokim poziomie. Poza historycznymi dokumentami, pokojami, było kilka filmów, wystaw multimedialnych i szatnia gdzie można było się przebrać i zobaczyć w jakimś innym ciekawym stroju.



Do tego multimedialna debata prawie 360o, gdzie różne osoby od znanych do zwykłych ludzi wypowiadały się czym jest demokracja:

Była też tablica gdzie można było dopisać swoje zdanie na ten temat.

Kolejnym etapem mojego zwiedzania była National Gallery of Australia. Myślałem, że zrobi to na mnie wrażenie. Jednakże oprócz płatnej okresowej wystawy: mistrzów z Paryża, czyli postimpresjonizm oraz kilku znanych nazwisk jak chociażby Warhol czułem się jak w muzeum narodowym w Warszawie. Pełno różnych sal, częściowo pomieszanych okresami czy też stylami, praktycznie brak opisów, za wyjątkiem nazwy autora, jego roku urodzenia (i ewentualnie kiedy tworzył w Australii) oraz tytułu danego dzieła. Tak więc częściowo rozczarowany, częściowo napełniony energią sztuki poszedłem dalej. Było już za mało czasu aby zajrzeć do Narodowej Galerii Portretów. Jednakże, jak na osobę również przywiązaną to techniki i nauki, wyruszyłem do narodowego centrum nauki i techniki. Tam niestety wejście kosztowało więcej niż postanowiłem zapłacić za wejście, więc po konsultacji z Malinką postanowiliśmy, że przyjedziemy tu jeszcze raz, ponieważ ona też by chciała zobaczyć co jest w środku.

Kolejnym punktem mojego dzisiejszego programu było Muzeum Narodowe Australii oddalone w linii prostej o około 800 metrów, a droga do przejścia to około 4 kilometrów. Na nieszczęście dla moich nóżek muzeum było po drugiej stronie jeziora. Chcąc jeszcze go zobaczyć, nie zważając na odległość założyłem plecak oraz dwie torby ze wszystkimi swoimi tobołkami i wyruszyłem na ten spacer prawie że dookoła zbiornika wodnego. Po drodze uprzyjemniała mi widok wielka fontanna.
 
Do Muzeum Narodowego dotarłem na 45 minut przed zamknięciem i do tego tam kupiłem sobie coś do zjedzenia i tak na zwiedzanie 30 minut to stanowczo za mało :( Będę tam musiał jeszcze wrócić, ponieważ Malinka powiedziała i zresztą co sam zauważyłem "przelatując" przez kolejne sale, że warto!
Parę minut po piątej udało mi się skorzystać z pomocy w formie przetransportowania na dworzec. I tak mając jeszcze w zapasie parędziesiąt minut czekałem na autobus do Sydney.
Jeszcze nigdy nie jechałem autobusem piętrowym siedząc z samego przodu! Ale wspaniałe uczucie, kiedy wszystko widać! Niestety po w miarę krótkim czasie przyszedł Morfeusz i powoli zaczynał mnie obejmować, aż w końcu mu się udało i tak w sumie dojechałem do Central Station.
Z powodu nie posiadania klucza (i nie tylko) pojechałem odwiedzić jeszcze pracującą Malinkę, gdzie zaczekałem aż skończy.
Okazało się, że idziemy do PUBu na takie miłe spotkanko. Muzyka na żywo w stylu Rock i nawet była kolęda w takim ostrzejszym wykonaniu :) Do domu dotarliśmy dzięki jednemu z pracowników, który nas podrzucił do domu i nie był to pizzamaker tylko inny kelner! Ale miło. W sumie już nie mieliśmy siły więc poszliśmy spać! :)

piątek, 18 grudnia 2009

Fabryka. Dzień ostateczny

Jak wczoraj brakowało nowych części kiedy opuszczałem fabrykę, tak jak dzisiaj przyjechaliśmy z ekipą o 6 rano to sytuacja się nie zmieniła. Cały czas brakowało podstawowych części, bez których nie mogła powstać ani jedna nowa szafka :( Ale robić coś trzeba było, więc każdy znalazł sobie bardziej lub mniej zajmujące zajęcie i tak przeczekaliśmy do pierwszej przerwy, po której nareszcie coś  się ruszyło. Dostaliśmy kilka nowych blatów oraz informację, że za 30 minut przyjeżdża ciężarówka po 12 szafek. Praca ruszyła przez godzinę, później znowu brakowało części. I w sumie aż do końca dnia pracy była taka przeplatanka większej ilości pracy i oczekiwania. Aż w końcu jedna osoba z ekipy zbuntowała się i powiedziała, że ma dosyć. W sumie się nie dziwię, jak od około 5 tygodni pracuje się codziennie razem z weekendami średnio po 10 godzin to też bym na jego miejscu miał dosyć, szczególnie w takich okolicznościach, jak nie było konkretnej pracy. Także przed 15 pojechaliśmy już do domu, a to co trzeba było jeszcze zrobić, ale nie było części pozostawiliśmy. Co prawda ja z chęcią bym został jeszcze trochę, jednakże decyzja już zapadła.
Wieczorem pojechałem oddać miseczkę i łyżkę, dzięki której mogłem normalniej jeść śniadania przez ostatnie trzy dni. Przy okazji spacer z pieskiem gdzie po raz kolejny zobaczyłem typowo australijskie przecudne skoczne stworzenia - kangury.




Do tego zostałem dokarmiony pyszną kolacją oraz interesującymi rozmowami. Dziękuję!

czwartek, 17 grudnia 2009

Widoczny koniec w fabryce


Początek jeszcze gorszy niż wczoraj. Okazało się, że zostałem za słabo poinformowany o godzinie, na którą mam być, a dokładnie zamiast na 6 myślałem że na 7. Obudziłem się przed budzikiem, jednakże to już było za późno. Odebralem telefon, że od 10 minut czekają na mnie w miejscu porannych spotkań. To była szybka pobudka, szybkie ubieranie się i szybkie zapakowanie mojej półki z lodówki do torby. Koło fabryki praktycznie nie ma żadnego sklepu i ciężko cokolwiek dostać, a jakby się okazało, że znowu mam pracować do 19 to chyba wcześniej bym umarł jak nie z pragnienia to z głodu i wysiłku, szczególnie przy tej temperaturze. W sumie to spóźniliśmy się tylko 8 minut, więc cała sytuacja poszła w zapomnienie :)

Tak sobie uświadomiłem, że przy skręcaniu szafek miałem udział przy każdym elemencie, a dziś jeszcze składałem wszystkie elementy do jednej wielkiej całości. Już wiem dlaczego w Ikei są tańsze meble. Bo nikt ich nie musi skręcać :) Tak śmieję się, ale to prawda, ponieważ aby skręcić 180 sztuk szafek pracujemy w 4 osoby już od soboty średnio po 8 godzin dziennie, a jeszcze we wtorek i środę po południu przyjechały ekipy po 6 dodatkowych osób od godziny 16:30! To jest naprawdę fabryka a oto co przez ostatni tydzień w niej powstawało:




Rząd szafeszek czekających na załadunek. Właściwie to przez nie miałem problem, aby wjechać z nowymi częściami do skręcania. Ale się nakombinowałem, aby się przez to wszystko przecisnąć i donieść nowe elementy do skręcania! 
Po pracy i po chłodnym orzeźwiającym prysznicu nie mogłem wytrzymać w pokoju z powodu zbyt wysokiej temperatury. Tam chyba jest jakieś 38 stopni i straszna duchota pomimo cały czas otwartego okna! Dlatego spędziłem wieczór w "jadalni" gdzie była włączona klimatyzacja i można było wytrzymać. Jutro szykuje się znowu fabryka do około 12 a potem nie wiadomo. A szkoda, gdyż jeszcze chciałem trochę zarobić, a już wiem że jest wszystko w porządku z wypłacalnością szefa, ponieważ przelew doszedł :)

środa, 16 grudnia 2009

Oszczędzanie wody w Australii

Pięknie się rozpoczęło, wczoraj po pracy zabrałem wkrętarkę szefa, którą mi pożyczył, a dziś jej nie  zabrałem. Zostawiłem ją pod stołem. Ale jestem zły na siebie, chociaż tłumaczę sobie to tym, że to przez tą wczesną godzinę (nie ma to jak zewnętrzna atrybucja).
Na szczęście nie było aż tak źle jak się spodziewałem, kiedy powiedziałem co się stało. Zareagował wręcz przeciwnie do moich hipotez. Zresztą dzisiaj cały dzień był jakiś inny, ale o tym później. Rano zapytał się mnie czy otrzymałem wypłatę na konto.
Ja się spodziewałem, że może to tak szybko przyjść + trudności z możliwością sprawdzenia więc nie miałem pojęcia. Zaraz po tym mu od razu powiedziałem o wkrętarce. Godzinę później pojechaliśmy szybko do hotelu aby ją zabrać i używać do końca dnia! W międzyczasie pojechał i kupił dwie nowe, ponieważ były bardzo potrzebne do tego co wczoraj robiliśmy od 14 i dziś cały dzień.
W pewnym momencie powiedział, abym przykręcał zawiasy. On w tym czasie przykręcał kołki. To był tak mi się wydaje wyścig sprawnościowy, kto szybciej i czy się nadaje do tej pracy. W czasie kiedy on przykręcał kilka kołków, ja przykręcałem 6 zawiasów. Starałem się z całych sił, aby nie udało mu się mnie zasypać dużą ilością do przykręcania. Po około 10 minutach obrałem dobrą technikę, także nawet szybciej mi się to udawało robić niż on nadążył z dostarczaniem mi nowych elementów. Cały wyścig trwał jakieś 1,5 godziny, po czym szef na jakiś czas zniknął. Ja już w swoim trochę wolniejszym tempie robiłem dalej. 20 minut później wszyscy dostali 1,25l coca coli zero! Podobno po raz pierwszy się to mu zdarzyło!!! Oczywiście wmówiłem sobie, że to moja zasługa (atrybucja wewnętrzna). Co prawda był straszny upał,
okolo 35 stopni. Hangar, czy ta fabryka oczywiście bez klimatyzacji, a blaszany dach dodaje temperatury do sauny! Do końca dnia już tylko przykręcałem drobne elementy... Koniec pracy ponownie o 19 i po 13
godzinach w upale marzył mi się prysznic i łóżeczko z włączoną funkcją chłodzenia :). Wiem, właśnie pewnie Cię czytelniku doprowadziłem do szału skoro w Polsce jest ledwo dodatnia temperatura :).
A teraz zmiana tematu na nacisk odgórny na oszczędzanie wody. Jestem zszokowany. Ogólnie w porze letniej jest tu zakaz podlewania ogródków. Przy części domków jest tabliczka, że ta posiadłość częściowo używa wody deszczowej. A tu w moim hotelu jest "zakręcony" kurek z którego nawet nie kapie a leci ciurkiem cały czas woda! Szacuję, że jest to około 1litr na każde 20-30 sekund! Ale to jeszcze nic, że ta woda tak leci od mojego przyjazdu non stop. Rozmawiałem z Polakami z mojej grupy, którzy mieszkają tu od ponad miesiąca i powiedzieli, że ta woda tak cieknie od ich przyjazdu. Informowali osobę odpowiedzialną, jednak nie ma widocznego rezultatu... A tak to wygląda:

Czyżby to był aż taki problem aby to naprawić w kraju w którym przykłada się tak dużą wagę do pożytecznej i mało stratnej gospodarki wodnej?

wtorek, 15 grudnia 2009

Gratulacje dla Zuzi i jej rodziców!


Do pracy na godzinę 6:00 czyli pobudka przed 5. W sumie to już zdążyłem się przyzwyczaić to takiego trybu życia z porannym wstawaniem. Jeśli chodzi o pracę samą w sobie to jest świetnie, jak na pracę wakacyjną ;).
To miał być kolejny dzień przycinania drzwiczek plastikowych przesuwanych. Rano główny szef się zapytał ile zrobiłem wczoraj. Odpowiedziałem że ponad 200, więc jak na szefa przystało, delikatnie i nie używając wulgaryzmów powiem, że dostałem negatywną informację zwrotną, że to mało. Po czym zabrałem się dalej za swoją pracę. Najcięższym elementem było wydostać elementy do pocięcia z miejsca w magazynie do którego był zablokowany dostęp przez mnóstwo innych części, elementów, blatów, itp. Jak już sobie poukładałem na palecie kolejne setki tych części do cięcia, nastąpiła zmiana planów. Teraz miałem pomagać w robieniu szafek, ponieważ "okazało się", że jest ich strasznie dużo do zrobienia a mało czasu i w sumie ludzi przeznaczonych do tego też. Miałem wkładać takie bębenki w różnego rodzaju blaty, które to potem okazały się być półką, tylną ścianką czy też podstawą do szafki. Bębenki to takie małe metalowe elementy, dzięki którym jak się je przekręci, przytrzymują i dociskają wszelkie ścianki ustawione pod kątem prostym. Jednakże nie jest to blog techniczny typu "zrób to sam", wiec się nie zagłębiam dalej w szczegóły. Oprócz bębenków musiałem wkręcać kołki aby bębenki miały jak przytrzymywać te ścianki i półki. Po około 40 minutach zabrakło kołków! A to był dopiero początek składania. Myślałem, że szef pojedzie i przywiezie trochę potrzebnych części, ponieważ praca nagle stanęła. Jednak nie, on jak wkładał te bębenki do tych wszystkich ścianek i blatów tak to robił dalej i kazał nam też to robić dopóki nie przywiozą odpowiednich kołków. Było to według mnie mało strategiczne posunięcie, ponieważ dużo czasu się traciło na przekładaniu gotowych elementów, które i tak później będzie trzeba dokończyć. Jednakże nie za myślenie w tej pracy płacą, ważne aby coś robić, a jak szef kazał to trzeba wykonać. Drugi powód dlaczego się nie przejmuję aż tak bardzo to to, że dostaję zapłatę za godzinę (jeszcze nie dostałem, ale mam nadzieję, że niedługo coś przyjdzie na konto. Martwi mnie coraz bardziej to, że spora część osób czeka na pieniądze od około 2, 3 tygodni). I tak  zajmowałem się przekładaniem ciężkich elementów z miejsca na miejsce. Muszę tu dodać, że tej przestrzeni nie było za dużo. W tym czasie również powstała pierwsza szafka z tych części, które udało się złożyć do momentu w którym były braki. I tak spokojnie mijał czas do około godziny 14 kiedy to nareszcie przyjechaly kołki (miały o godzinę wcześniej ale to szczegół). Resztę czasu do godziny 19 spędziłem już tak samo przy wkrętarce i kołkach... 

W domu szybki prysznic i jeszcze było trochę czasu aby zobaczyć się z Malinką. Udało nam się nawet porozmawiać z Mama Malinki od której to się dowiedzieliśmy wspaniałej nowiny, otóż pełna sił, zdrowa, prześliczna Zuzia już się narodziła!!! Mam siostrzenicę! Strasznie się z tego powodu cieszę i gratuluje!!! Nareszcie Wasze marzenie się spełniło! Czy mogę umieścić zdjęcie nowo narodzonej Zuzi na blogu, a może Wy założycie jakiś blog z informacjami co u Zuzi? Ale by było miło! 
Po tej krótkiej lecz fascynujacej i pełnej wrażeń rozmowie zjedliśmy obiadek. Ja już niestety byłem strasznie zmęczony, a jutro znowu na tą samą godzinę, więc nic innego mi nie pozostało jak pożegnać się z Malinką która jutro jedzie z powrotem do Sydney i pójsc do swojego hotelu. Już nie miałem siły na nic, wymyłem zęby i spać!  

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Zobaczyłem torbacze!

Jako że w pracy nie działo się nic interesującego, ponownie cięcie i składanie plastikowych przesuwanych drzwiczek, postanowiłem aby 10 pierwszych godzin dnia pominąć i rozpocząć od tego, co się działo już po
prysznicu i drobnych zakupach.
Właściwie to jeszcze w sklepie spotkałem się z Malinką i przyjaciółką jej rodziców. Pojechaliśmy do domu i po drodze stało się!!! Po raz pierwszy zobaczyliśmy kangury! Dwa kangury skakały sobie wzdłuż drogi! Z domu wzięliśmy przecudownego psa na spacer na polu golfowym. Tam oprócz kilku zapalonych sportowców (zarówno golfiarzy jak i biegaczy oraz wyprowadzaczy psów), biegaly, a raczej skakały stada kangurów! Od małych do takich chyba wyższych ode mnie!!! Ale przesympatyczne stworzenia, niesamowicie się nam przyglądały, każdy nasz ruch był bacznie obserwowany, a jak za blisko się zbliżyliśmy to odskakiwały :) Dlatego nie mam zdjęcia.

Po spacerze pełnym przygód, czekało nas zobaczenie jeszcze jednego zwierzątka z rodziny torbaczy, a mianowicie tego oto przeuroczego oposa:

Niestety za blisko podszedłem i musiał uciec na eukaliptus...

Po przygodach z tymi wszystkimi uroczymi stworzeniami przyszedł czas zaspokojenia głodu, który był już na wysokim poziomie. Jeszcze chwila rozmowy i musiałem wracać do swojego hotelu, jutro kolejny dzień pracy i szykuje się, że znowu w fabryce i znowu to samo. Jeszcze do tego dochodzą mnie coraz częściej słuchy, że osoba która mnie zatrudnia ma problemy z płatnością za pracę. Niektórzy czekają i mają zaległe 4 tygodnie bez wypłaty! Mam nadzieję, że mi tego przed Świętami nie zrobi, ponieważ chciałbym aby koszty jakie zainwestowałem w tą pracę zwróciły mi się! Jestem dobrej myśli i czekam na przelew :)

niedziela, 13 grudnia 2009

Podróż do centrum

Cięcie drzwiczek podobnie jak wczoraj czekało na mnie od godziny 7 do 12. Do tej pory zrobiłem 436 z 1200 wiec jeszcze trochę zostało. Mam nadzieję, że jutro będzie już coś innego ponieważ to już jest
trochę monotonne. Pracę skończyłem stosunkowo wcześnie, więc po obiedzie i prysznicu położyłem się na chwilę, która przedłużyła się do prawie 2 godzin snu!!! Pózniej pojechałem do centrum zobaczyć się z Malinką, która właśnie przyjechała!!! Ale super! Szkoda tylko, że nie mogłem dłużej z nią pobyć. Nie mogłem z powodu tego, że ostatni autobus z Canberry do tego miejsca gdzie mam hotel w sąsiednim miasteczku Queanbeyan odjeżdża o 17:45! Nie dosyć że jest tak wcześnie to jeszcze jeździ jeden na 1,5 godziny i kosztuje $7
w jedną stronę! W Polsce komunikacja jest dużo wygodniejsza, częstsza i tańsza. Na szczęście z Malinką jeszcze się zobaczymy jutro :) Już się nie mogę doczekać!
Po przyjeździe do hotelu musiałem czekać ponad godzinę na przyjście współlokatora, który się wybrał na daleki spacer po okolicy. Dowiedział się że 7 minut od hotelu jest basen. To by był dobry pomysł aby się tam wybrać jednego dnia po pracy.
Wieczorem okazało się, że jutro ponownie jadę do fabryki... Pewnie ponownie cały dzień cięcia i składania. Godzina znośna ponieważ muszę wstać przed 6. Ale mi się zmieniło... :) Wieczorem jeszcze jakiś film w telewizji i można się położyć spać. Chciałbym wcześniej ponieważ mój organizm dzisiejszą drzemką dał mi znać, że
tego potrzebuje.

sobota, 12 grudnia 2009

Jest sobota, jest robota

Jak już się zdążyłem tu przyzwyczaić, jak co dzień nie wiem jakie będzie moje zadanie, nie wiem co będę robić i gdzie. Wiem tylko dzień wcześniej o której godzienie mam się pojawić na wyznaczonym miejscu spotkań, reszta to już los...

W dniu dzisiejszym byłem w fabryce mebli. Duże maszyny cieły, duże kawałki płyt na mniejsze o wcześniej wprowadzonyh do komputera rozmiarach i kształtach. Potem w tym różne otwory na wkręty i srubki.
Naszym zadaniem, a raczej wszystkich oprócz mnie było składanie tyh części do jednej większej całości. Ja natomiast zajmowałem poniższe stanowisko:




Myśle sobie, ze mój szwagier (którego gorąco pozdrawiam razem z siostra i Zuzia, która nie może się zdecydować na wyjście z brzuszka :) ) byłby w swoim żywiole gdyby tutaj był. Mianowicie dzisiaj zajmowałem się cieciem na wyżej widocznej pile plastikowych elementów do drzwiczek do szafek, a pózniej laczylem 3 przeciete w zdłuż elementy w jeden szerszy. Na zdjęciu z tylu na Palecie leżą już gotowe. I tak jak tu już bywa takich elementów nie liczy się na sztuki tylko setki, a mianowicie mam do zrobienia 11set (1100) takich większych elementów. Dziś zrobiłem około 270, wiec jeszcze trochę zostało...
Jutro nareszcie wiem gdzie będę pracować, a mianowicie własnie w tej fabryze... Tylko nie wiem czy będę robić to samo, czy przypadkiem nie będę zajmować się skrecaniem szafek, ponieważ one musza być zrobione do jutra a to co ja dziś robiłem może jeszcze miesiąc poczekać.
Po powrocie standardowo kilkanaście prób aby się połączyć z internetem, który ciagle się urywa; prysznic i zakupy  aby czymś zapełnić żołądek.
Dostałem od Malinki informacje o zachowaniu współlokatorów. Po prostu przekraczają wszelkie granice kultury, a raczej antykultury osobistej. Na początku mieliśmy o nich naprawdę sympatyczne zdanie, zazwyczaj bardzo miło się z nimi rozmawiało. Można było wyczuć od dłuższego czasu jak coraz bardziej budują miedzy nami jakaś barierę. Staralismy się jak najlepiej, przynieslismy pizzę, czasami za nich sprzatalismy. Jednak z ich strony nie było żadnych sygnałów, czy tez próby "zaprzyjaznienia" w celu chociażby milszej atmosfery. Niestety wszystko szło w druga stronę, na każdym kroku krytyka do tego co robimy, bądź nie robimy... Wydaje mi się ze momentem zwrotnym, atraktorem, był ten wysoki rachunek za internet. Rozumiem, na ich miejscu tez bym nie chciał płacić tego rachunku, ale pzeciez bierze się odpowiedzialnosc za swoje czyny, albo i przyjemności w postaci oglądania meczów i wiadomości on-line. To jest niestety tylko początek, ponieważ w domu jak są, a są na okrągło, wytwazaja takie negatywne fluidy, toksyczna atmosferę... Szkoda tylko ze Malinka musi z nimi teraz się uzerac... Wygonili nawet wlascicielke z jej własnego mieszkania po bardzo ciężkim powrocie!!! Wcale się nie dziwie, ze Malinka chce i przyjedzie jutro do mnie! Strasznie się cieszę ze się zobaczymy. A z tymi lokatorami na szczęście tylko do środy i będzie już spokój!

piątek, 11 grudnia 2009

Komu szafę z półkami?!?

Zanim dojechaliśmy z ekipą na miejsce, to jeszcze słońce nie zdążyło wstać zza horyzontu. Byliśmy tak wcześnie ponieważ już stała ciężarówka z przyczepą i czekała aż ją rozładujemy. Zawartość była inna niż do tej pory się spotykałem, a mianowicie głównie szafki, duże metalowe komodo-szuflady oraz szafy. Do godziny 10 zdołaliśmy wszystko rozładować w miarę sprawnie. Czasami brakowało wózeczków (mała deseczka na 4 kółkach skrętnych) do przewożenia i były zastoje i oczekiwanie, ale to był w sam raz moment na złapanie tchu :)
Zauważyłem ciekawą zależność, a mianowicie kiedy ja podchodziłem do ciężarówki i wkładałem towar na wózek to mi się przytrafiała najcięższa metalowa komoda!!! Zaraz po tym jak odchodziłem to były
lekkie półki!!! Przynajmniej darmową siłownia z rana :)
Jak już udało się wszystko rozładować i mniej więcej poustawiać, to trzeba było każdą szafkę otworzyć, zamontować haczyki i włożyć półki. Co w sumie zajęło 1/2 czasu wnoszenia ich z ciężarówki. Co
prawda było nas mniej i mieliśmy bardzo poważny "problem" a mianowicie musieliśmy zadecydować co ile otworów ma iść półka. Do wyboru mieliśmy 9, 10, 12 albo tam gdzie są dodatkowe kropki. W

końcu osoba decyzyjna podjęła męską decyzję i padło na 10 w małych szafkach (po dwie półki) a w dużej szafie 4 półki + jedna leżąca na dole szafy, bez haczyków (zupełnie tego nie rozumiem ale nie za
rozumienie w tej pracy płacą tylko za robotę).
Tak dla zaintetesowanych zdjęcie krzesel czekających na ostateczne rozmieszczenie :) No i ładny widok za oknem.

czwartek, 10 grudnia 2009

Praca, a po pracy co?

Jak się wstaje rano, to do około godziny 10 dzień wydaje się jakiś długi, a potem to zaczyna lecieć jak szalony i w sumie to nawet nie wiem kiedy ale już jest późny wieczór.
Dla ciekawych wyglądu poniżej wstawiam zdjęcie hotelu w którym mieszkam :)


Z samego rana wszyscy mieli ponownie spotkanie w miejscu gdzie wczoraj było za dużo rąk do pracy. Stamtąd zostałem oddelegowany z 2 jeszcze innymi osobami do miejsca gdzie wczoraj skręcaliśmy ławki na uniwersytecie. Tam mieliśmy je porozstawiać tak jak były narysowane na planie. Robiliśmy to ze starannością kosztem czasu. Układaliśmy aby były równe odstępy wszędzie, aby rzędy były równoległe itp. W pewnym momencie zadzwonił szef i powiedział, że musimy szybko ruszyć w inne miejsce ponieważ przyjechała ciężarówka, którą trzeba rozładować. Zostały jeszcze 3 sale + czwarta w której już nie dbaliśmy o jakikolwiek szczegół. Popędziliśmy rozładować ciężarówkę. Na poczastku rzeczy łatwe, a mianowicie krzesła, mnóstwo krzeseł. Później zaczęły się schody, a mianowicie niewymiarowe przedmioty, które nie mieściły się do windy. Trzeba było rozpakować i pojedynczo wwozić, co było strasznie ciężkie. Następnie około 10 kontenerów ważących po około tonę każdy. Tego już nie można było rozpakować, ale na szczęście mieściło się do windy! Ledwo, bo gdyby było 5 cm szersze to by był duży problem. Ale dziś się
naużywałem ręcznego podnośnika widłowego! W tym miejscu jeszcze straszna była szybkość windy, chyba wolniejszą nie jeździłem...
Nie skończyliśmy wnosić dużych ścianek przedzielających poszczególne stanowiska w open space-ach, a znowu dostaliśmy wezwanie. Tym razem na lotnisko. Pozwoliliśmy wykonać resztę pracy komuś innemu. Na miejsce przyjechaliśmy razem ciężarówką z przyczepką pełną malutkich szafeczek do rozładowania! Dokładnie takich samych jak wczoraj tylko prawie dwa razy więcej. Tym już zajmowałem się do końca pracy. No jeszcze odmierzałem i poprawiałem wysokość biurek w open spacach, ale to już było może przez 10 minut. W porównaniu z resztą dnia to tyle co nic :)
Po przyjeździe do domu około godziny 4 poszedłem na zakupy, ale wciąż jeszcze sporo czasu do końca dnia. Postanowiłem się zapytać o pracę w okolicznych barach, restauracjach i pizzeriach. Tu jest jakaś inna kultura. Wszędzie mi mówili abym przyszedł jutro, co zapewne uczynię :) Chociaż może być ciężko, ponieważ jutro zaczynam pracę o 4.30 czyli pobudka przed 4!!! Ojojoj tego się nie spodziewałem. Na dziś już kończę moją opowieść i życzę miłego dnia :)

środa, 9 grudnia 2009

Skręcanie i hasło do wifi

4.50 to nie jest najlepsza pora do wstawania, no chyba że idzie się do pracy :) Jak to pięknie brzmi "do pracy" :) Ale jak to naprawdę wyglądało? O tym już za chwilę...
O 6:25 zwarci i gotowi razem z 3 innymi chłopakami czekaliśmy na samochód z resztą załogi. Pojechaliśmy do pierwszego miejsca. Tam poznałem głównego dawcę chleba. Po drugim pytaniu (pierwsze było
jak mam na imię) o miejsce pochodzenia z Polski jakoś skomentował i więcej się już do mnie nie odezwał... Czyżby stereotyp osób z centrum Polski nawet tutaj tak mocno obowiązywał? W środku budynku okazało się, że jest tam nas za dużo, ponieważ około 20 osób do pracy dla 4. Po niecałej godzinie z 3 nowymi znajomymi przemieściłem się do nowego miejsca. To był kampus uniwersytecki, gdzie w nowym budynku było trochę biurek do skręcenia. Tak prawdę mówiąc więcej czasu zajmowało rozpakowywanie nóg niż
składanie ich do postaci użyteczności.
Niestety okazało się, że potrzebuję do tej pracy jeszcze kilka rzeczy. Wiedziałem, że jeszcze bedą jakieś ukryte koszty, ale żeby aż takie!!! Mianowicie dziś wydałem prawie $100 na buty (specjalne z wzmocnieniami na palce "safety boots"), do tego prawdziwy kask budowlany!!! Teraz jestem budowniczym :) Pewnie jeszcze będę musiał sobie wyrobić "white card", czyli takie coś jak RSA czy RCG tylko że potrzebne do pracy na budowie (około $100). Do tego potrzebuję wkrętarkę ($150~300). Jeszcze muszę sobie wyrobić numer uprawniający do wystawiania faktur! (to już za darmo ale ogólnie jak na razie to większa inwestycja niż zysk). Ale przynajmniej coś się dzieje!!!
Po przerwie i zakupach wyruszyliśmy w kolejne miejsce koło lotniska, gdzie w nowo powstałym biurowcu było zapotrzebowanie na około 300 małych szafeczek na kółeczkach (takie co mieszczą się pod
biurko około 60 cm wysokości). Po przetransportowaniu tego do budynku wnieśliśmy i porozstawialiśmy blaty do biurek i już nic nie było do roboty czyli około 15:30 byłem wolny :) Podczas przenoszenia blatów
aby nie było, zaczepiłem o jakiś wystający element z szafy i podarłem sobie spodnie. Jak na pierwszy dzień to może być dobra statystyka :)
Jak dojechałem do hotelu, po prysznicu postanowiłem zrobić zakupy. Niestety nie mam tu kuchenki, więc gotowane rzeczy jak makaron czy warzywa niestety odpadają. Mogą to być dwa tygodnie o waciatej bułce :(
Po drodze wstąpiłem do motelu, z którego w pokoju mam zasięg sieci wifi i poprosiłem ich o podanie hasła. Powiedziałem, ze mam przygotowane dwa maile do wysłania i czy mogą mi podać abym mógł
je wysłać :) Bez problemu dostałem, nawet mi zapisali na karteczce! :)
Ale śmiesznie...
Jutro zbiórka 30 minut później, ale jak na mnie to i tak wcześnie, dlatego już szykuję się do snu.
Cieszę się bardzo, że nareszcie coś się ruszyło. Tylko szkoda, że do tego trzeba tyle dokładać. Przynajmniej na pewno czegoś nowego się nauczę :)

wtorek, 8 grudnia 2009

I co ja robię tu?!?

Już dawno tak zakręconego dnia nie było. Miało się sporo rzeczy wyjaśnić, a tylko sprawy się pokomplikowaly... Tyle tytułem wprowadzenia.

Jak to bywa u osób zdiagnozowanych jako sowy, ciężko rano zwlec się z łóżka. Pomimo kilku budzikow nadal słodko spałem i drzemałem. Za którymś z kolei budzikiem mała myśl zapukała do głowy, czy to przypadkiem nie dziś miałem iść na rozmowę do agencji... Ach tak, to dlatego te budziki tak dzwonią natarczywie! Szybki orzeźwiająco-pobudzający prysznic, śniadanie hmmm i tu już sprawa się komplikuje. A co mi tam nie ma to jak 2 pyszne kawałki pizzy. Biegiem na prom, co nie było łatwym zadaniem z powodu telefonu, jaki otrzymałem i decyzji, jaką musiałem podjąć nie znając jeszcze rezultatu rozmowy na którą właśnie biegłem. Uf udało się, prom odpłynął razem ze mną na pokładzie. Miałem chwilę czasu aby przemyśleć czy dobrze zrobiłem podejmując decyzję o wyjeździe. W centrum jeszcze tylko wydrukowałem swoje resume. Cena oszałamiająca, ponieważ zapłaciłem $2 za jedną stronę A4, ale już nie miałem wyjscia i czasu.
Tuż przed wejściem zmieniłem buty na czarne abym był ubrany tak jak sobie życzyli, czyli czarna koszula z czarnymi spodniami (mówi się trudno, że trochę brudnymi po ostatnich 3 wieczorach pracy w Castel d'Oro) i czarnymi butami.
W agencji spędziłem ponad 2 godziny z pozytywnym rezultatem, a mianowicie chcą mnie w ten piątek wieczór! Podczas tych 2 godzin dostałem SMS-a do jeszcze jednego chłopaka, Czecha, który się zdecydował na wyjazd do Canberry.

Czyli mam problem, a mianowicie umówiłem się, że jadę dziś do Canberry do Świąt. Na piątek mam zapewnioną pracę i jeśli pójdę wtedy to najprawdopodobniej też będzie coś na sobotę. Czyli ewentualnie zostaje mi wrócić na piątek, sobotę i może niedzielę do Castel d'Oro? A jeśli tam też będzie praca na weekend? Wszystko się okaże wkrótce.

Tylko dlaczego przez tyle czasu nie było żadnej pracy i żadna agencja mnie nie przyjęła, a teraz nagle mam dwie propozycje wykluczające się wzajemnie?! Tyle dylematów...
Wracając z agencji do przystani mój wzrok przykuła ta oto choinka zrobiona z odpadków! Super pomysł!

poniedziałek, 7 grudnia 2009

W oczekiwaniu

Tak to już w życiu bywa, że kiedy się na coś liczy niefortunnie to nie wychodzi. I tak się stało w moim przypadku...
Ale od początku. Od jakiegoś czasu miałem możliwość wyjazdu do Canberry aby zarabiać na życie skręcając meble. Wtedy jednak okazało się, że mam pracę na sobotę. Postanowiłem nie opuszczać Sydney  aby nie stracić zaufania pracodawcy z Castel d'Oro. Nie wyruszyłem więc w drogę do stolicy Australii, tylko postanowiłem jeszcze poczekać aż może coś się wydarzy, może kogoś na przyjęciu poznam, może będzie odpowiedź na któreś z ogłoszeń... I stało się, poznałem i dostałem namiar na osobę która obecnie kogoś szuka. Jednakże i tym razem się nie udało. Kontaktowałem się z osobą, która potrzebuje
chłopaczków do remontów i ogrodów, okazało się jednak, że mam zły adres oraz koleś nie odpowiadał na moje telefony. W końcu w sobotę postanowiliśmy z Malinką, abym pojechał do Canberry i trochę zarobił na przeżycie. W sobotę dostałem jasny komunikat, że w poniedziałek będę mógł pojechać. Okazało się, że to jednak nie takie proste.
A do mieszkania właśnie przyleciała właścicielka. Ciekawe jak sytuacja się rozwiąże, czy będziemy spali w 5 osób w małym domku w tym jedna osoba w przedpokoju na kanapie? W sumie dobrze by było gdybym
pojechał do tej stolicy. Luźniej by się zrobiło :) Ciekawe też co się stało z internetem, ponieważ wczoraj otrzymaliśmy wiadomość, że ktoś własnie ściągnął dane za $50. Jeśli tego nie zapłacimy w ciagu 24 godzin wyłączą dostęp do świata.
Rano jak zadzwoniłem w sprawie wyjazdu do Canberry to jeszcze nic nie było jasne. O godzinie 14 nie
było jeszcze nic wiadomo, a ja cały czas czekałem w gotowości do szybkiego spakowania się i wyruszenia na nieodkryte przez nas australijskie lądy. O godzienie 16 doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu. Wyszedłem z Malinką, odprowadziłem ją do pracy, a raczej sklepu gdzie zrobiliśmy zakupki na kolejny tydzień i Malinka pojechała do pracy a ja z siatami wróciłem do domu.
Grubo po 18 ostatni autobus do Canberry już pojechał. I tak praca już pewna okazuje się, że nie do końca... Czy to tylko ja mam takiego niefarta?!
Po rozmowie z właścicielką dowiedziałem się, że aby dostać tu pracę trzeba być natrętnym, trzeba codziennie, tak - codziennie! odwiedzać te miejsca w których jest cień szansy na pracę. Właśnie
dlatego postanowiłem, że odwiedzę znajome już mi miejsca na Mosmanie.
Z internetem okazało się, że nasi lokatorzy przesadzili z oglądaniem telewizji on-line oraz z jakimś "interesującym" meczem na żywo, więc na szczęście pokryją koszty nadprogramowych ściągniętych GB.
Tuż przed wyjściem na kolejny wieczorny obchód zadzwonił mi telefon z jeden agencji hospitality, do której wysłałem swoje resume w zeszły piątek. Chcą mnie widzieć jutro o godzinie 11 rano. Nie ma
sprawy, może w końcu coś się ruszy.
Wieczorne poszukiwania zakończyłem w Crows Nest odbierając Malinkę z pizzą z pracy. Tym razem wróciliśmy razem na rowerkach do domu, gdzie przy włoskim przysmaku zamieniliśmy jeszcze kilka słów z
właścicielką.

niedziela, 6 grudnia 2009

Castel d'Oro po raz trzeci

Po wczorajszym mało owocnym dniu przyszedł czas na dzień, w którym udało się coś zrobić :) Wczesna pobudka jak na niedzielę podziałała niekorzystnie, a mianowicie cały dzień miałem ból głowy, ale to
szczegół. Ważne, że udało się popracować i o normalnej porze wrócić do domu. Ale zacznijmy od porannego wstania o 6:00. Szybki w miarę zimny prysznic potrafi ożywić organizm. Jeszcze szybsze
śniadanie i jesteśmy w drodze pieszej na przystanek autobusowy. Niestety pierwszy prom w niedzielę z naszej przystani odpływa dopiero o godzinie 9:36. Za to trzeba przyznać, że komunikacja w ten dzień
była punktualna, przynajmniej na ten transport, którym jechaliśmy. Po 30 minutach podróży autobusem czekaliśmy 45 minut na prom z głównej przystani w Sydney. Przy okazji pięknej słonecznej porannej pogody zrobiliśmy sobie mini sesję zdjęciową przy Operze oraz Harbour Bridge. Na promie
cały czas pilnowaliśmy, aby nie przeoczyć naszej przystani, ponieważ czas do godziny spotkania mieliśmy idealnie wymierzony od przypłynięcia do dojścia do Castel d'Oro. Godzina 9:34 a według Googla
mamy 32 minuty na dojście, czyli trzeba odrobinę przyspieszyć kroku. Ale żeby tak idealnie to się nie spodziewaliśmy, ponieważ równo o godzinie 10 byliśmy na miejscu. Gdybyśmy czekali na autobus spod promu, spóźnilibyśmy się ponieważ akurat temu nie chciało się przyjechać.

Na stołach już były już przygotowane sztućce, talerze, kieliszki. Trzeba było tylko przygotować chleb, wino, masło, piwo i nalac coli do brzydkich, plastikowych dzbanków, które nijak pasowały do eleganckiego wystroju sali. Godzina 11 Festę Italianę czas zacząć! Zniecierpliwieni goście czekają już przed wejściem popijając a to sok pomarańczowy, a to szampan malinowy przegryzajac drobnym poczęstunkiem. W sali głównej jeszcze ostatnie poprawki, szybkie odkurzanie wykładziny, ostatni
zaczepiany balon z helem, ostatnie sprawdzenie czy każdy stolik ma to co powinien mieć. Po czym goście powoli zaczęli wypełniać salę.

W tym miejscu pominę opis chodzenia w tą i z powrotem a to z łyżeczką, a to z winem, talerzem z deserem. Sprzątanie też nie jest aż tak pasjonującą czynnością aby jej poświęcić kilka słów. O godzinie 18 z minutami bogatsi o nowe doświadczenie, zmęczone nogi, butelkę wody mineralnej, 10 bułek oraz kopertę z wynagrodzeniem za dzisiejszy dzień wyruszyliśmy w dwu i pół godzinną drogę powrotną do domu. Spacer po kilku godzinach kelnerowania nie jest tym czego organizm w tym momencie potrzebował, szczególnie po całym tygodniu podobnej pracy. Ale udało się, dotarlismy do promu sporo przed czasem.
Malinka usnęła mi na kolankach, kiedy ja czytałem książkę. Podróż promem o zachodzie słońca z widokiem na Operę i słynny most jest przepiękna, ale... no właśnie jest to straszne słowo ale... nie w momencie kiedy człowiek ma niespełnione potrzeby niższych rzędów z piramidy Abrahama Maslow'a.
Po promie spacer do autobusu, a później kolejny dłuższy spacer do domu tak nas zmęczył, że siły nam starczyło tylko i wyłącznie na ciepły prysznic i spanie.
Jutro się okaże czy to co po części zaplanowaliśmy się uda. Niestety na wynik tego nie mamy wpływu, wiec pozostaje czekanie i poleganie na losie...

sobota, 5 grudnia 2009

Co dalej?

Dzień podobny do poprzednich, w sumie mało co można opisywać. No może za wyjątkiem, że oddzwonił do mnie ten koleś z czwartku i mnie przeprosił... Ale i tak na razie nie wiadomo, co z tego będzie.

piątek, 4 grudnia 2009

Prawa Murphy'iego

Od dłuższego czasu można by się poczuć jak na wakacjach, czyli w sumie jakiś większy spokój. Niestety tylko z pozoru... Dzieje się coś takiego, że powoli przestaję wierzyć, że istnieje tu jakaś praca. A jeszcze się dowiedziałem, że właśnie się zaczęły wakacje dla studentów, którzy też będą chcieli sobie trochę dorobić. Pracodawcy będą oczywiście woleli ich zatrudnić niż obcokrajowców...
W ogłoszeniach o pracę się nic nie zmieniło, cały czas jest ich sporo, jednakże moje resume omijają szerokim łukiem, a może i nawet orbitą.
Spodziewałem się, że na początku może być ciężko, jednakże popełniłem błąd. Nie zakładałem, że aż tak długo będę poszukiwaczem... Nie zakładałem tego w ani jednym planie awaryjnym i pomocniczym ani w palnie Z planu Y, planu X, planu W planu... W tym miejscu muszę przyznać rację prawu Murphy'ego: "Jeśli coś może się nie udać, nie uda się na pewno" (2). Ale co zrobić, jak nawet nie zakładałem, że się nie uda?!? Już wydaje mi się, że gorzej być nie może, a tu kolejne powiedzenie Pana Murphiego (26), że na pewno będzie gorzej!  Może to wina tego, że wszystko zabiera więcej czasu niż by się wydawało (19)? Pozostaje mi już chyba tylko uśmiechnąć się (do dnia dzisiejszego)... jutro będzie jeszcze gorzej (16). W cuda już nie ma co wierzyć teraz trzeba na nich polegać (12).
I tym optymistycznym akcentem polegam na cudzie, że dzisiejsze poszukiwania przyniosą pozytywny rezultat, że może ktoś do mnie zadzwoni, że już... hmmm nawet nie wiem co. Polegam na cudzie, oby i w tym wypadku Murphy miał rację :)

czwartek, 3 grudnia 2009

Poranek filmowy w dzionek zimowy

Nie pamiętam kiedy był taki luźny początek dnia. Szkoda tylko, że początek, ponieważ później poszedłem na spotkanie. Okazało się, że zostałem wystawiony. Nie wiem tylko dlaczego i po co, w jakim celu?!? Otóż wczoraj telefonicznie umówiłem się na dzisiaj na konkretną godzinę pod konkretnym adresem. Okazało się, że adres jest, ale osoby pod nim mieszkające o niczym nie wiedzą... No to dzwonię to tej osoby, a telefon milczy. Za którymś razem włączyła się poczta głosowa... Nagrałem się, potem próbowałem jeszcze dzwonić, ale wciąż żadnej odpowiedzi. Ciekawe, co mnie jeszcze dzisiaj spotka...
I właśnie, życzenie się spełniło, otóż straciłem prawie godzinę pod drzwiami klatki schodowej ponieważ miałem ten komplet kluczy bez takiego "pipka" którym dałoby się otworzyć główne drzwi do klatki schodowej. Do mieszkania na szczęście już miałem, ale co z tego jak i tak jak już dostałem się do domu to musiałem wychodzić po list, który Malinka dostała na poprzedni adres. Udało się biegiem zdążyć na prom, gdzie już w miarę sprawnie przedostałem się do miejsca spotkania. Pogadałem sobie z poprzednią lokatorką o tym co słychać itp. List, a raczej reklama czegoś tam nie warte zachodu, ale to już szczegół.
W drodze powrotnej zabrakło mi jednej jedynej minuty na prom powrotny i pozostało mi czekanie 39 minut na kolejny... Dobrze, że chociaż miałem ze sobą książkę.
Na promie na szczęście, chociaż strasznie mi się z nimi nie chciało rozmawiać, spotkałem współlokatorów, którzy mieli "pipka" na klatkę schodową (oni mają dwa choć zawsze chodzą razem, zresztą głównie na plażę(!), ale oczywiście nam nie dadzą żadnego otwieracza drzwi wejściowych, i potem jeszcze się dziwią że ich budzimy w nocy domofonem kiedy Malinka wraca z pracy)... Po powrocie pozostało mi już tylko położenie się spać i w takim stanie zastała mnie Malinka jak przyszła. Podobno coś mi jeszcze opowiadała, ale ja już miałem włączoną funkcję autorespondera i odpowiadałem do rzeczy choć nic nie pamiętam, czyli ta funkcja u mnie jeszcze nie przestała działać... :)

środa, 2 grudnia 2009

Naprawa roweru...

2 grudnia 2009, środa. Rozpoczyna się 9 tydzień pobytu na antypodach. Do tej pory jeszcze nie udało się mi zobaczyć misia koala, kangura. Byłem jedynie 3 razy na plaży i tylko jeden raz się cały zamoczyłem. Plan na przyszłość: poprawić statystyki! :) Jednak jeszcze nie dzisiaj...
Bez szkoły jakoś tak dziwnie... to ona wyznaczała rytm dobowy, to ona wyznaczała godzinę pobudki, to ona zajmowała większość czasu, a teraz to miejsce przydałoby się czymś wypełnić... Tak więc wypełniłem robiąc ćwiczenia z angielskiego :) Później trochę porządków i czynności domowych i wyruszyliśmy z Malinką do kilku sklepów no i do serwisu rowerowego... Tam powiedzieli mi, że linka to koszt około $10 + naprawa około $15 i że dopiero będzie na za tydzień. Postanowiłem, że kupię linkę i specjalny scyzoryk do roweru. Taki w tym serwisie kosztował $50 (dokładnie taki sam mam w Polsce), ale na szczęście wiedziałem, gdzie można kupić z większą ilością funkcji i tylko za $20. Pewnie trochę gorszej jakości, ale aby naprawić linkę wystarczy. Byłem przed sklepem minutę po 5:00 i już był zamknięty :( Na szczęście ktoś wychodził i udało mi się jeszcze wślizgnąć i kupić. Oto bohater dnia dzisiejszego:


I tak po przyjeździe do domu w ciągu godziny naprawiłem hamulce w rowerze i wyregulowałem przerzutki! Więc zamiast płacić $25 za naprawę samych hamulców zapłaciłem $10 linka + $20 scyzoryk, a satysfakcja bezcenna :)!
Po 15 minutach mycia rąk, nareszcie były w miarę czyste i zdatne aby przyrządzić sobie coś do jedzenia. Nie było to skomplikowane, ponieważ zagrzać piekarnik i włożyć do niego pizzę potrafi (chyba) każdy.
Reszta dnia upłynęła na nadrobieniu zaległości w blogu, trochę ćwiczeń z angielskiego, trochę nowych słówek z sobotniej gazety...

wtorek, 1 grudnia 2009

I po hamulcach!

Już dawno nie było takiego dnia, abyśmy mogli go spędzić ze sobą od świtu do nocy. Ja nie miałem szkoły, Malinka nie pracowała, ale za to szukaliśmy zatrudnienia! Po śniadaniu wybraliśmy się na łowy pracodawców. Ja jeszcze raz popróbowałem w niektóre miejsca, w których już byłem wcześniej, odwiedziłem też kilka zakładów fotograficznych. Rezultat jak zwykle.., ale przynajmniej odebraliśmy rower! :) Tylko co z tego jak znowu zaczęło padać i nie mogliśmy wrócić susi!?!
Wstąpiliśmy na kawkę do pracy Malinki. Zobaczyłem jak to wygląda w porze lunchu. Po kawce jeszcze kilka miejsc, parę sklepów i udało się przeczekać deszcz! Spokojnie zaczęliśmy się kierować w stronę domku zaglądając jeszcze gdzieniegdzie... Tuż przy jednym ze sklepów podczas hamowania urwała mi się linka hamulcowa do tylnego hamulca! Dobrze że przy sklepie, gdzie nikogo nie było, a nie w momencie hamowania z górki tuż przed skrzyżowaniem bez pierwszeństwa przejazdu! Z jednym przednim hamulcem będzie bardzo niebezpiecznie jeździć, w szczególności, że jeżeli z jednym się to stało to możliwe, to że i z drugim będzie podobnie. W końcu rower nie był kupiony w sklepie, tylko jest z odzysku...
Do domu udało się bezpiecznie wrócić, ja wykonałem telefon do poznanej osoby na sobotnim przyjęciu. Ma oddzwonić jeśli jego znajomy dalej szuka jakiegoś kelnera do restauracji. I w tym momencie straszna niespodzianka, a mianowicie zadzwonili Mary i Grześ! Wow ale niespodzianka!!! Kurcze tego się nie spodziewałem!!! Strasznie Wam dziękuję jeszcze raz!
Z powodu pogody podobnej do wczorajszej i mojego zepsutego hamulca w rowerze resztę dnia spędziliśmy w domu...

poniedziałek, 30 listopada 2009

Imieninowy deszcz

Po pierwsze dziękuje wszystkim za życzenia imieninowe. Bardzo miło, że pamiętaliście. Dziękuję!

Po weekendzie pełnym wrażeń przyszedł dzień spokojniejszy, gdzie w sumie nic nie miałem zaplanowane. Strasznie miłe to było i tak jak bywa z miłymi dniami, szybko minął. Rano, no dobrze, przed południem wstaliśmy, a raczej ja. Drugi budzik zaczął dzwonić, ale go wyłączyłem ponieważ Malinka jeszcze spała a podczas weekendu na mnie czekała aż przyjadę z zakamarków Sydney. Chciałem aby mogła się wyspać. Ja w tym czasie zdążyłem dodać co nieco do mojego dziennika. Tuż przed południem oboje już byliśmy na nogach i zaczęliśmy planować dzisiejszy dzień.
Po pierwsze śniadanie. A raczej śniaadaaanieeeee. Chyba przez pogodę jakoś wszystko powoli szło, źle się myślało. Jak się w końcu zebraliśmy po śniadaniu, krótkiej lekcji angielskiego, zrobiła się godzina, że Malinka już musiała wychodzić do pracy. Ja postanowiłem nie tracić czasu i po dobrym weekendzie dobrze rozpocząć tydzień od wypłaty za ulotki. Ledwo co zdążyłem na prom. Zapomniałem zabrać ze sobą książki do czytania. Znalazłem za to dzisiejszą gazetę, którą z chęcią sobie przywłaszczyłem i część przeczytałem :)
W sumie mało mi się opłacało jechać po tą wypłatę, ale już chciałem mieć to z głowy, a zawsze parę dolarów więcej w kieszeni nie zaszkodzi.
W domu próbowałem zrobić coś  pożytecznego, jednakże straszny brak koncentracji mi dokuczał, więc pojechałem na rowerze zobaczyć jak Malince idzie praca. Jak zwykle dostaliśmy przepyszną pizze! :)
W momencie kiedy powrotu przyszedł czas, rozpadało się na dobre. Jak bym pojechał na rowerze, w ciągu 15 sekund bym był cały mokry! Na szczęście podwózkę pod dom zaoferował nam Joe pizza maker! Zostawiłem rower na parkingu, na pewno uda się w najbliższym czasie po niego pojechać.
W domciu jak na Malinkę i jej wspaniałą rodzinkę przystało, zrobiła niespodziankę i mieliśmy przepyszną kolację z winem! Zjedliśmy przesoczysty i słodziutki imieninowy melon! Mniam! :)

niedziela, 29 listopada 2009

Praca i satysfakcja

W ciągu 5 godzin ciężko się wyspać, a moje nogi odczuły ponad 10 godzin pracy + długie spacery do przystanków i do domu, jednakże nareszcie wstałem mając dobry powód, a mianowicie ponownie do pracy! W stronę Castel d’Oro podróż zabrała mi  półtorej godziny, tak jak wczoraj. Spodziewałem się, że może to dłużej zająć z powodu niedzielnego rozkładu jazdy, więc w końcu na miejsce dotarłem godzinę przed umówionym czasem. W sumie dobrze się złożyło, bo się przydałem, ponieważ dopiero co skończyła się jedna impreza i w godzinę trzeba było wszystko posprzątać i przygotować do wesela, które ruszyło o 4-ej z minutami. Tempo niesamowite, ale wszystko ruszyło z najwyższą starannością o każdy szczegół jak na to miejsce przystało. Dziś byłem w drugiej, mniejszej sali, więc było trochę mniej zajęć. Moje obowiązki były dokładnie takie same co wczoraj.
Podczas wesela odbył się pokaz pary tancerzy (gości weselnych) oraz niesamowite wytańczenie przez około 6-7 latka dwóch piosenek Michela Jacksona. Naśladował go niesamowicie, włącznie z jedną białą rękawiczką i najsłynniejszymi krokami.
Wszystko razem z posprzątaniem skończyło się o 1:00 w nocy! Podróż minęła podobnie jak wczoraj, z tymże w autobusie spotkałem jednego z kucharzy. Razem z nim dojechałem do North Sydney, gdzie złapałem ten sam autobus co wczoraj. Na jutro nie mamy większych planów, więc wyspanie można powiedzieć gwarantowane!